piątek, 31 grudnia 2010

A dosiego!

Taka kolęda-niekolęda z życzeniami na nowy rok. :)

Peron III

Całą noc padał śnieg, trudno było
wygrzebać się spod puchów, rozstać się
ze sobą nie było łatwo. Nie dzieliliśmy dotąd niczego,

od świąt jest inaczej, sypie nieustannie. Odkrywamy
nowe: czas odprowadzania, stania na peronie,
czas uśmiechów, nieukrywania oczu

na mokrym miejscu. Czas
oczekiwań, spotkań niespodzianych,
szczęścia.  Zimą świat jest czystszy

i prostszy - mniej kolorów,
więcej kontrastów.

środa, 29 grudnia 2010

Samogłoski

Ze dwa lata temu na pewnym portalu poetyckim jeden z użytkowników wysunął tezę, cytuję:
że nie może istnieć dobry wiersz, jeśli jego wszystkie wersy zaczynają się od spółgłosek. Czyli innymi słowy żadna z nich nie zaczyna się od samogłoski więc dla dobrego wiersza co najmniej jedna (a lepiej dwie i więcej) powinny się zaczynać od samogłoski.
Owa teza, zwana ze względu na twórcę "postulatem haikera" została potraktowana dość lekceważąco, raczej jako żart czy wymysł. Ale znalazł się ktoś, kto trochę tomików przejrzał pod tym względem i próbował wyciągnąć wnioski. Przemku, mój podziw. Sama jestem ciekawa, na ile te spostrzeżenia można w szerszym kontekście zastosować.  A ponieważ otrzymałam pozwolenie na zamieszczenie notatki o otwieraniu wersów samogłoskami i ponieważ mój tomik został pod tym względem również przeanalizowany przez Przemka, niniejszy zapis w Reteskowie zamieszczam. Ciekawe, co Wy na to? :)
--------------------------------------------------------------------------

Wersy rozpoczynające się na samogłoski - analiza

Temat mnie zaciekawił na tyle, że postanowiłem przeanalizować parę wierszy pod kątem występowania samogłosek na początku wersu.
Do analizy wybrałem fragmenty tomów "Wiersze wybrane" Herberta, "Wiersze" i "Haiku" Miłosza, "Czynny do odwołania" i "Nieczynny" Świetlickiego, "Gorzkie jezioro" Ryszarda Będkowskiego i "Lewa Strona" Teresy Radziewicz.
Każdemu wierszowi przyporządkowałem schemat w którym wpisywałem kolejne pierwsze samogłoski każdego wersu, w przypadku gdy wers otwierała spółgłoska wpisywałem "x".

Oto moje spostrzeżenia:

(1)
Są autorzy w których układ wersów zaczynających się na spółgłoski jest wyraźny i rytmiczny, są tez tacy w których wiersze trzeba się wpatrzyć by znaleźć jakieś reguły. Do tych pierwszych spośród analizowanych należą Miłosz i Świetlicki.

(2)
Przyjęty przeze mnie sposób notacji przenosi na siebie charakter twórczości danego autora. Spójrzmy na zapis pierwszych wierszy z tomu "nieczynny" Świetlickigo:

uoxxo xxxxx uxoxa i

xox xxx x

xooo xixa xxxx

xxxx xxxx a

zupełnie inny rytm ma notacja poezji Miłosza - wiersz "na plaży":

xxix xxix xxxa xxxi
xxxx xxix xxix
xixx xxax xxxx
xixx xxix xxxx iixx
xxxx xiax xxix
xxxx xxxx xxix aixxx

O ile u Świetlickiego kolejne części są budowane na zasadzie kontrastu (w jednej same samogłoski w następnej same spółgłoski), u Miłosza widać powtarzające się rytmy.
Schematy innych wierszy Miłosza są również spokojniejsze niż u Świetlickiego:

xxxxx xxx oiix xxxxx xxx xxxa

xaxx xxix xxix xxxx xxxx xxxi xxxi xxxi xxax xxia xxix

xxxx xxxx xxio

xxxx xxxx xxxx xxxx xxxxx


(3)
Kolejne spostrzeżenie jest takie, że u różnych autorów występuje różne zagęszczenie samogłoskowych wersów.
W Miłoszowym "haiku" tylko co 15 wers zaczyna się od samogłoski, u Świetlickiego co piąty.
Wydaje się że samogłoskowe wersy służą rozbiciu formy wiersza. Świetlicki lubi eksperymentować z formą. W haiku forma jest określona i za bardzo nie ma co rozbijać.

(4)
Tomiki z większą ilością samogłoskowych wersów są bardziej ekspresyjne, ekstrawertyczne i łatwiejsze w czytaniu, te o mniejszej ich liczbie introwertyczne, trudniejsze w czytaniu i mniej błahe.

Procent samogłoskowych wersów w tomikach:
Miłosz "Ocalenie" 23%
Świetlicki "Nieczynny" 21%
Miłosz "To" 20%
Swietlicki "Czynny" 14%
Radziewicz "Lewa Strona" 11%
Będkowski "Gorzkie jezioro" 9%

(5)
Schematy samogłoskowe wierszy są różne jak różne są same wiersze. Da się jednak znaleźć pewne zasady co do tego w którym miejscu wiersza można spodziewać się samogłoski.
Samogłoska prawie nigdy nie pojawia się na początku wiersza. Spośród przeanalizowanych 140 wierszy tylko 4% zaczynało się od samogłoski (czyli trzy razy rzadziej niż średnia).

(6)
Samogłoski często natomiast anonsują koniec wiersza. Najbardziej to widać u Ryszarda Będkowskiego u którego w drugiej części wiersza dominują wersy rozpoczynające się od spółgłosek. Natomiast tuż przed końcem pojawiają się jeden lub dwa samogłoskowe wersy.

(7)
Odrębną kategorię stanowią wiersze, w których w dużej ilości kończących utwór wersów żaden nie zaczyna się od samogłoski. Może akurat tak trafiłem, ale większość tych wierszy mówi o fatalizmie, pogodzeniu z losem; ma wydźwięk "wszyscy umrzemy/nie ma żadnego ratunku":

herbert "porzucony"
...uxx x xx xx xx (porzuciło mnie nawet/poczucie śmierci)

będkowski "anatomia wg rembrandta"
xoxox xxxxxxxx xxx (martwi mnie rozkład. pociągi odeszły przedwcześnie/ jak wody płodowe. a przcież mieliśmy się dzisiaj narodzić/ w innym miejscu na innym brzegu)

herbert "pan cogito z marią rasputin" cz.2
xox xxxxx xx xxa uxxx axx xoxxxxxx
xxxxxxxxxx
xxx (nikt się tego nie dowie/zabrała torbę ze sobą)

(8)
Paradoksalnie fragmenty w których jest dużo wersów zaczynających się od samogłosek też często mówią o śmierci. Ale o takiej śmierci na którą patrzy się z nadzieją.
Refren pieśni którą się śpiewa podczas pogrzebów ma wszystkie wersy na samogłoski:
(Anielski orszak niech twą dusze przyjmie/ Uniesie w górę ku wyżynom nieba/A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi/ Aż przed oblicze Boga najwyższego).

Wielka Improwizacja ma więcej samogłoskowych wersów niż sąsiadujące sceny trzeciej części Dziadów.

Samogłoskowe wersy towarzyszą też wierszom pisanym pod wpływem alkoholu. Można powiedzieć że zarówno kontakt z Absolutem jak i z "Absolutem" sprzyja samogłoskowym wersom.
Podsumowaniem tych dwu tendencji może być fragment wiersza Czesława Miłosza "Alkoholik wstępuje w bramę niebios":
(Aż zrozumiałem, że tylko błądzę od nadziei do nadziei/ i zapytałem Ciebie. wszechmogący czemu/ udręczasz mnie. Czy to próba, jak u Hioba,/ aż uznam moją wiarę jak ułudę/ i powiem: nie ma Ciebie ni twoich wyroków,/a rządzi tu na ziemi tylko przypadek?)

(9)
Swoisty klimat wydają się mieć wiersze w których sporo wersów zaczyna się na "o". Wiersze te operują szeroką perspektywą, czy to przestrzenną czy historyczną. "otoczenie, ogród, okolica, opowiada, o". Tomikiem, w którym znalazłem najwięcej wersów z "o" (jedna trzecia wszystkich samogłoskowych) jest "Lewa strona" Teresy Radziewicz.

Tyle wniosków. Oczywiście materiał analityczny jest dość niewielki i niektóre spostrzeżenia mogą być nieco na wyrost, ale temat wydaje się niezwykle ciekawy.

pozdrawiam tych którzy dobrnęli do końca:)


piątek, 24 grudnia 2010

Boże Narodzenie



Wszystkim, którzy zaglądają do Reteskowa,
z serca i po staroświecku
życzę błogosławionych świąt Bożego Narodzenia. :)

czwartek, 23 grudnia 2010

Kaczka to kaczka

Białostockie kaczki nad rzeką Białą, popularnie zwaną Białką. :)


wtorek, 21 grudnia 2010

Wiesław Szymański, Skrawki

Do napisania paru słów o tej najnowszej książce białostockiego poety przymierzam się od jakiegoś czasu. Mam takie poczucie, że chcę o niej powiedzieć, a jednocześnie jest we mnie obawa przed opisywaniem wrażeń po lekturze tak intymnych zapisków. To trochę tak, jakbym po kryjomu czytała czyjś pamiętnik, tak się czuję. To nic, że autor zastosował "wybieg" trzeciorzędnej narracji, to nic. Sam zresztą mówi, że to jego zapiski z ostatniego dziesięciolecia. Więc czuję się, jakbym wygrzebała zeszyt z notatkami i czytając je poznawała właściciela owego zeszytu. Tym bardziej jest to przeżycie, że wszystko dzieje się niedawno i w miejscach na ogół mi znanych, takie "tu i teraz". Prawie teraz.
Jest w człowieku skłonność do podglądania i w tracie czytania skrawków ta skłonność pasła się słowami. Poza tym jest we mnie skłonność do porównywania doświadczeń, przemyśleń, przeżyć - własnych i autora bieżącej lektury. Czytam pierwszy rozdział i wspominam swoje wrażenia z pierwszego pobytu nad rzeką tworzącą granicę ze wschodem, swoje obawy. Czytam drugi i przed oczyma mam spektakl pana Szymańskiego "Białe światło śniegu", który oglądałam w ubiegłym roku podczas Podlaskiego Forum Teatrów Dziecięcych i Młodzieżowych. Otwieram "Próbę rozmowy z cieniem" i ostatnie przeżycia wracają. Wzruszam się, wzruszam też przy "Notatkach ze spotkania z Elą M" i wzruszam się jeszcze w innych momentach. Ale i uśmiecham się czasem, na szczęście, a czasem trochę przez łzy. Ludzie, zdarzenia, miejsca, nazwiska, nazwy, książki, spektakle - znajome, znane, a oglądane z innej perspektywy.
Przeglądam "Skrawki" jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze. Szukam fragmentu, który przepisałabym skrupulatnie. Szukam i... nie znajduję. Musiałabym przepisywać i przepisywać. Akapit czy dwa mogą tylko zmylić, więc cóż - trzeba przeczytać całość...

Skrawki, Wiesław Szymański, Wydawnictwo Forma, Szczecin 2010

sobota, 18 grudnia 2010

A za oknem...

Zima, zima, mróz i śnieg. Czyli to, co na naszej szerokości geograficznej w miesiącach zimowych występować powinno. No i właśnie, właśnie... Idę sobie dziś rano i patrzę, patrzę... a tu wróble ćwierkają na lipie. Kilka kroków dalej - jabłoń, na niej kilka zmarzniętych jabłuszek i znów jakieś skrzydlate stworzonka. Te żółte brzuszki to sikorki, ale obok nich, no proszę, proszę, a cóż to za cudaki. Szare toto, wielkość między wróblem a gołębiem, zadziorny czubek nad łebkiem, na końcu ogonka żółciutko, a na skrzydełkach biel, czerń i żółć. Mam swoje podejrzenia, w domu rzucam się do Wikipedii i... jest! Oto ona! Jemiołuszka! Aczkolwiek pojawiają się wątpliwości. Te "moje" jabłuszkowe jemiołuszki nie miały na sobie czerwieni. A może miały, tylko ja nie zauważyłam? A może nie musiały mieć? Mój ulubiony Biolog wyjechał i nie mam u kogo zasięgnąć języka! Skandal!

środa, 15 grudnia 2010

Niepamięć

Paweł Podlipniak

Jeśli się rozsypiesz, nazwij to lodem.
Zima jest tkanką, a po drugiej stronie
czeka Alicja, córka diabła. W jej snach
jesteśmy najprawdziwiej żywi.

Nazwij to snem i narysuj mnóstwo,
zanim nas nie przerwie śmierć
- nieistotny odnośnik do wszystkiego
co ważne (postaw krzyżyk, cyfrę, gwiazdkę).

Lepiej nazwij to czasem, a pod powiekami
zatrzymaj lepki łubin, dojrzewanie,
łatwopalny fragment wspólnej drogi,
bo nie trafimy po raz drugi w to samo miejsce.

Czasem nazwij mnie. Może moje imię
z łaskawych krain o łagodnych zimach
ułoży się do snu. Diabeł tkwi w szczegółach.
Alicja zna je do głębi. Dobrze o nich milczy.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Jak prawdziwa poetka z prawdziwą poetką... :P

Czyli o życiu. Z gg wzięte. ;)


Ja
sprawdzałam co słychać u karkówki
:D

Jo
i jak żyje?
:D

Ja
dusi się

Jo
nie boli jej głowa
otwórz może piekarnik co?

Ja
wyjęłam wczoraj z zamrażalnika

Jo
albo pokrywkę odsuń
wpuść trochę jej świeżego powietrza

Ja
i musiałam wstawić dziś do piekarnika
:|
właśnie wpuściłam
sprawdzając czy już zmiękła
ale jeszcze nie
niech posiedzi
to zmięknie
:D

Jo
:D
nieźle przeskrobała w tym zamrażalniku

Ja
stwardniała :D

Jo
a grypsowała?

Ja
twarda sztuka, nie?

środa, 1 grudnia 2010

Popiół

Grudzień był tak ostry, że ptaki zamarzały,
gdy tylko przysiadały na gałęzi. Hanna codziennie
odgarniała śnieg, czekając, kiedy mróz schwyci

te najgorętsze. Przylecą, a zimna bestia ściśnie skrzydła
i puste kostki wypełni lodem. Wreszcie przestaną wracać,
pojawiać się z nienacka, zagarniać ciało, podpalać. Dni

kłuły coraz mocniej, zdawało się, że rtęć w termometrach
zniknie. Hanna czekała. Sprawdzała każdego ranka,
kiedy na ścieżce zalegną spopielałe

ognistopióre.

wtorek, 30 listopada 2010

Hanna wyrusza

I nagle przychodzi koniec listopada, jakby rok
pojął swój kres. Przepowiednie sprawdzają się:
coś się zatrzymuje, a coś rusza, toczy się. Świat

mija za oknami pociągu. Każdy kolejny dom,
tablice z nowymi nazwami, każde wzniesienie,
z którego zbiegają wątki ozimin
i bruzdy osnowy - wszystko odkłada się

w pamięci. Zbiera się, przepełnia
osad przemijania.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Ostry wiersz

Musi skończyć z tkliwością, wzruszaniem się
na widok mlecznego światła pierwszego śniegu
i nieporadnych staruszków na przystanku. Dość,

dość oczu na mokrym miejscu i dość tych poruszeń
mięśnia po lewej stronie klatki piersiowej. Hanna
wyciąga stare krawieckie nożyce matki, które skroiły

niejeden najważniejszy ubiór: żołnierskie szynele,
sutanny, garnitury do ślubu i do trumny. Hanna tnie,
ostrza przeciągnięte szlifierką, jak brzytwa, odrzucają

tęsknoty. Nie ma dla was miejsca w życiu, nie ma miejsca
w wierszach, idźcie precz, pępowina odcięta. Żyjcie cudzym
cierpieniem.

środa, 24 listopada 2010

Wyboooryyyyyyyyy

Uważam, że cudownym komentarzem jest rysunek mojego braciszka, o ten:

czwartek, 18 listopada 2010

Wspomnieniowo - Stachura

 Do słuchania, przeżywania, wspominania. Najpiękniejsze wykonanie Jacka Różańskiego.

Tango triste

środa, 10 listopada 2010

O tym, jak dzieci potrafią nazywać

Tymuś, dziecię nasze rodzinne najmłodsze, czteroletnie, odprowadził mnie dziś do drzwi, kiedy wychodziłam od rodziców. Stał pomiędzy korytarzykiem a schodami i kiedy gasiłam światło, zawołał: ale ciemno! Ja na to mu, że Tymuś, tam jest jasno za tobą, idź tam. Na to chłopię rezolutnie rzekło, wycofując się na schody i zamykając drzwi łączące klatkę z korytarzem: zamknę ciemność!

wtorek, 9 listopada 2010

źródło, Wiesław Kazanecki

a
jemu
została
tylko chęć
pobożna dłoń
aby znowu napiąć
ścięgna palców bólu
pochłeptać ze spoconej
skóry zdartą obgryzać tak
dokładnie żeby żaden skrawek
nie  stwardniał nad mięsem kiedy
spotkają się znowu u podnóża skały
tak  hardej  że  nie  zniży  jej  stromizny
niczym ani groźbą jedynym co dorzucić do
szczytu  potrafi  ani zmiękczyć błaganiem potu
co  się  stacza  z  całego  ciała  tak  obficie  że  ze
zbocza jak strumień  górski  spada  z  zaciekłością  w
dół oto znowu powraca do swego kamienia Syzyf źródło
dorzeczem  nabrzmiałych  żył  Syzyf  źródło  początek  rzek

środa, 3 listopada 2010

Szaleństwo

Grzyby w tym roku oszalały. Hanna najpierw pośród sosenek samosiejek
wycinała maślaki. Lepiły się do rąk i wszystko znaczyły brunatną farbą,
która szczególnie polubiła linie papilarne i zgięcia palców. Z kapeluszy

ściągało się później kołderki. Pobudka, mili mali panowie, pobudka!
Przed wami długa droga i ach, jakie nowe wyzwania! W świetle zachodu
Hanna szukała długonogich kani, w odpowiednich miejscach, na obrzeżach,

w słońcu. Czasem nos podpowiadał zapachem grzybni, w którą stronę
się skierować. Grzyby w tym roku oszalały! Świat zdobywały prawdziwkowe raje,
wesołe miasteczka pełne czerwonogłówców, leśne sceny zatłoczone tancerkami

w seledynowych spódnicach. Zielonki, najlepsze w occie -  myślała Hanna,
a cała ta maskarada tłoczyła się, wyrastała, wyglądała, przepychała. Łap,
łap ten moment, tę chwilę, ten dzień, zdawały się wołać wszystkie kapelusze.

Jeszcze październikowo

Zapomniałam opisać, jak to w ostatnich dniach października zostałam zaproszona do białostockiego liceum jako "żyjąca poetka". Panie z biblioteki zorganizowały spotkanie, a ja pierwszy raz miałam za publiczność młodzież szkolną. O czymś opowiadałam, przeczytałam wiersz, odpowiadałam na pytania. A jaki był odbiór? Nie mam pojęcia. To byli bardzo uprzejmi młodzi ludzie i nawet jeżeli się nudzili, to nie dali mi poznać...
A potem sobie wędrowałam ulicą i na tle październikowego nieba podziwiałam piękną barwę dębowych liści. Przechodnie zapewne zerkali, czego ta kobieta wypatruje w koronie drzewa. A wyglądało to tak:

sobota, 30 października 2010

Prezencik

W dniu imienin obdarzono mnie różnymi kwiatkami, w tym i doniczkowymi. Jedna z roślinek okazała się zaskakująca. Kiedy dotarła do domu, miała niewielkie pąki, które... opadły. No cóż, widocznie niezbyt lubi zimno albo przeprowadzki - doszłam do wniosku. Ale wkrótce pojawiły się nowe pąki, które rozkwitły. Liście są ciemnozielone, mięsiste, a kwiat wygląda cudacznie, oto tak:

wtorek, 26 października 2010

Ach i och

Ach, ach. Byłam dziś u taty w szpitalu, a potem poszłam do bankomatu i zamierzałam udać się na drobne codzienne zakupy. Niestety, po drodze podstawiły mi nogę dwie księgarnie. Nie miałam wyboru. MUSIAŁAM wstąpić. No i och. Och. Oto zakup nr 1. W Akcencie, na niewielkiej półeczce z poezją taki oto "drobiazg" Tomasza Różyckiego:


















Oraz (tu niektórzy z zawiści stłuką monitor) taaaaaaaaaaaaaaaki album w Świecie Książki. "Alfons Mucha i jego świat". Secesja (którą kocham) w najczystszej postaci, historia życia i najpiękniejsze dzieła. Cudownie wydany wieeelki album. Oto zakup nr 2:

czwartek, 21 października 2010

O melancholii

Oto zdanie, które dostałam w prezencie:

"Wy, którym ciężko zwalczyć melancholię, pomyślcie, że są ponoć kraje, gdzie drzewa co roku tracą wszystkie liście."
Apoloniusz z Tiany

Dziękuję. :)

Pierwszy śnieg

Zazwyczaj spada nad ranem. Budzisz się - a tu biało. I to jest czarujące doświadczenie. Ale śnieg w październiku, po południu, połączony z chlapą i wiatrem urywającym łby - to jest mniej cudne. Jakby nie było jednak - pierwszy śnieg na Podlasiu mamy już za sobą. Resztki ukrywają się jeszcze w trawie. :)

MAM KOTA

No tak. Tak. Tak. Jestem wariatem. Szaleńcem! Tydzień temu doświadczyłem halucynacji, a dwa tygodnie wcześniej uległem manii prześladowczej. No i mam efekt. Nieodwracalny... Kupiłem Kota. Czy to znaczy, że mam dwa koty? Jeden panoszy się we łbie, a drugi w mieszkaniu. I ten jest stanowczo znacznie bardziej niebezpieczny. Siada przede mną i wpatruje się zielonymi, jadowitymi ślepiami. A dziś, dziś wkradł się w moje sny! Śniło mi się, że tak zirytował mnie wgapianiem się, iż rzuciłem w bestię pantoflem! W odwecie potwór skoczył mi do gardła, rozdrapał tęnicę, rozgryzł krtań! Leżałem w pościeli, która nasączała się krwią, a Kot czekał, oblizując się... Dlaczego się oblizywał?! Obudziłem się wreszcie, spocony jak mysz, czując się jak biedne zwierzątko przygwożdżone wzrokiem kata. Ślepia zdawały się mówić: no spróbuj, spróbuj, rzuć tym pantoflem, tylko czekam... Delikatnie, powoli, nie spuszczając oczu z bestii, omijając z daleka, wpadłem do kuchni. Chciałem tylko wstawić wodę na kawę i choć chwilowo odetchnąć. Ale skąd! Zagrożenie skradało się tuż za mną, a potem siadło przy lodówce. O matko! - przemknęło mi przez głowę. - On jest głodny! Stąd ten wzrok! Wyciągnąłem puszkę kociego żarcia. Prześladowca unicestwił ją sprawnie, po czym ziewnął, przeciągnął się i... ruszył w moją stronę! Stało się! - pomyślałem i zasłoniłem rękoma szyję. Potwór z mruknięciem otarł się o moją nogę, usiadł i najspokojniej w świecie rozpoczął kocią toaletę. Tym razem przeżyłem.

środa, 20 października 2010

Grzybek :)

A to z jesiennego zbioru, znalazłam w swoim telefoniku i dzielę się. Była pyszna. :)

poniedziałek, 18 października 2010

"Wujaszek Wania" w Teatrze Polskim w Warszawie

Czechow w czystej postaci, reżyserowany przez Rosjanina Wieniamina Filsztyńskiego. Czyli spektakl trwający 4 godziny. Cztery akty, trzy przerwy. Spektakl "gadany". Nuda, prawda? A guzik, właśnie o dziwo wcale nie!
Owszem, szereg rzeczy irytujących: sztuczne kwiaty z daleka jadące plastikiem, bukiet sztucznych róż rzucanych przez wujaszka z odgłosem uderzenia plastiku o deski podłogi. Maszynowe dzianiny swetrów bohaterów, współczesne elementy odzieży. Dudniąca pod butami przesadnie podłoga. Widoczne kulisy i techniczni w tle. Tak, takie niby drobiazgi, ale w teatrze takiej rangi po prostu irytują.

Gra aktorów. Nierówna jednakże. Fantastyczny Astrow, dzięki któremu wprost czuje się wiszący w powietrzu erotyzm, chociaż na scenie właściwie nic się nie dzieje. Dwie krótkie sceny "miłosne" - jeden pocałunek i jeden uścisk. Więc  - Astrow, mimo że nie jest typem amanta-przystojniaka. Tak, Astrow nadawał całości swoisty rytm. Pełen zachwyt. Helena jako ta "piękna niedziałająca", a jednocześnie przecież spiritus movens historii opowiedzianej przez Czechowa, ciekawie znalazła się na scenie. Cudowna niania, której każde mruknięcie, chrząknięcie brzmiało znacząco. Tieleginowi zaś z tą rudą brodą i przylizanymi włosami należy się pełen podziw za trwanie w roli, naprawdę świetne. Profesor. No tak, niezły, po prostu niezły, choć mógłby być bardziej wyrazisty. Urok starszego, dystyngowanego pana, który pod spodem ukrywa doskonały egoizm.
No i pozostałe postacie, co do których nie jestem jakoś do końca usatysfakcjonowana. Sonia. Jej ogromną, aczkolwiek niezasłużoną wadą jest... uroda i wdzięk. Sonia jako ta "nieładna" jest za ładna! Owszem, stara się grać osobę chromą jednak czasem wychodzi z roli. Nie jest Sonią, a "pokazuje". Jest jednak kilka momentów, kiedy widać potencjał młodej aktorki. Zachwycająca scena, kiedy dziewczyna gryzie ogórka, którego przed chwilą jadł jej ukochany. Wzruszające dialogi z wujaszkiem. Matka Wani. Hmmm... prawdę mówiąc zdała mi się... trochę nijaka. Za elegancka, za bardzo umalowana. No i wreszcie wujaszek. Główna, a jednocześnie najbardziej kontrowersyjna postać. Przede wszystkim - zabrzmi to brutalnie - niedopasowany wiekiem. No za stary. I zbyt zniewieściały. Jakby nie było, wujaszek przez tyle lat zajmuje się gospodarstwem, pracuje na wsi, winien mieć odrobinę krzepy. Drażniło mnie to właściwie przez cały spektakl. Dodatkowy minus jak dla mnie, to zachowania, które miały, zdaje się, świadczyć o szaleństwie bohatera, a były rodem z gestów "równiachy" z XXI wieku. Nie powiem, że cała rola była zła, absolutnie. Wspomniane sceny z siostrzenicą czy kilka innych momentów "zagrały".

Jaka więc ogólna ocena? Chyba niezła, skoro nie odczułam niewygody krzeseł. Z pewnością to zasługa kameralnej atmosfery, ponieważ scena i widownia tym razem zmieściły się na scenie. Tylko kilka rzędów krzeseł, siedziałam w pierwszym i miałam możliwość zauważenia każdego potu, każdej łzy, każdego drgnienia mięśni aktorów. Wieczór z pewnością niezmarnowany i pomimo zastrzeżeń, spektakl gotowa jestem polecać.

Mózg

Z rozmów telefonicznych:

Ja: A w ogóle to byłam na warsztatach organizowanych przez wydawnictwo i dostałam mózg.
Jo: E????
Jo: Mózg?
Ja: No mózg, taki mały.
Jo: Ale do czego ci ten mózg?!
Ja: Eeeee... Nie wiem, chyba do gniecenia ręki.


Niniejszym mam zaszczyt przedstawić Państwu: Oto mózg! :P

środa, 13 października 2010

FESTIWAL LITERACKI W BIAŁYMSTOKU!

No wreszcie, wreszcie cokolwiek i w moim mieście...








wtorek, 12 października 2010

Kino objazdowe

Na ostatni piątek miesiąca czekaliśmy jak na zbawienie. To była
nasza mała Wielkanoc, comiesięczne Boże Narodzenie. Trzy rzeczy
powtarzalne, równe linie w zeszytach: szum taśmy, dziesiątki oddechów

i kurz w rozszerzającej się smudze światła. Cztery-trzy-dwa-jeden-zero
i wpadaliśmy w przygodę, w las, w miasto, w nieznane i nowe. Na łeb,
na szyję, z sercem zawieszanym na chybił trafił w sali pełnej zaduchu

i przyszłych odkrywców. Otwieraliśmy pyszczki, rybki pozbawione
swojego środowiska, wrzucone w obce i niebezpieczne. Do tej pory
pamiętam ten blask w oczach, kiedy cichł cudowny terkot projektora,

ten charakterystyczny dla wracających do świata żywych wyraz twarzy,
kiedy zapalane światła zdawały się krzywdą nie do naprawienia.

poniedziałek, 11 października 2010

Październikowo

Za takimi dniami będę tęsknić nawet w doskonałej wieczności. Światło. Jasne, o wyjątkowej świetlistości. Mądre światło, które za sobą ma większość roku, już wszystko widziało, od mrozów, przez odradzanie się, po uparte słońce. Widziało, a odkrywa coś nowego, blask przecedzony przez muślin, mleczny i delikatny jak koronka. Światło - pieszczota, światło - otucha. Potem kolory. Naręcza całe najcieplejszych kolorów. Kolorów - przyjaciół najmilszych, barw - wielbicieli doskonałych. Rysunek liści klonu, mozaikowe wzory, wyklejanki, wydzieranki. Popołudniowe powroty, gdy wszystko staje się jednością: zapatrzony w grudzień kalendarz, chylący się ku zachodowi dzień i życie.

piątek, 8 października 2010

ZMOWA

Nie minął tydzień, a znów poczułem, że coś niedobrego wkracza w moje życie. Znów, znów! Znowu! Tym razem zagrożenie przyszło ze strony przedmiotów. Sądzę, że się zmówiły i postanowiły utrudnić moją spokojną egzystencję. Kto wie! Może planują coś poważniejszego... Tak, tak, pewnie się uśmiechacie z przekąsem, ale proszę bardzo. Podam przykłady! W ogóle odnoszę wrażenie, że nie tylko przedmioty w moim mieszkaniu, ale przedmioty w całym mieście, ba! w całym kraju, a może i na świecie są nieprzychylnie nastawione do człowieka. Co? Nieprawda? Niedowiarki tomaszki! A mało razy stolik wystawił róg polując na ludzkie biodro, czy krzesełko nóżkę podstawiło?! Ha! Ale ostatnia zmowa dotyczy czego innego. Moje ubrania, książki, dokumenty, naczynia... wychodzą z szaf, szafek, biurek, regałów i... nie wracają... Och, robią to sprytnie, cała niecna procedura trwa, dniami i nocami, ooo, zwłaszcza nocami, już ja znam te przedmiociki. Przecież wiem, wiem doskonale, że nie używałem tego krawata od miesięcy, a raptem znajduję go pod kanapą czyhającego na trąbę odkurzacza, żeby dać się wessać. Te wszystkie koszule, swetry, skarpety... Skąd się biorą w dziwnych miejscach, przecież zazwyczaj wszystko kładę do szafy! A książki? Książki! Tylko wystarczy odwrócić się plecami i "Kuchnia Polska", którą dostałem od mamy na ostatnie urodziny leży na stole, "Amatorskie łowienie ryb" na parapecie, a stos innych towarzyszy im z uciechą! Na podłodze przy łóżku jakieś pisma, co do których w ogóle mam wątpliwości, czy je kupiłem... Sprytnie... potrafią przenikać przez zamknięte drzwi! Nadal mi nie wierzycie? No dobrze... a ile razy omawiano syndrom zaginionych w praniu skarpetek?! No gdzie one giną?! Gdzie?!! Mówię wam! To zmowa! Ale ja wyśledzę te nędzne robaki, jak pełzają, rażone żądzą zemsty na człowieku, założyłem pułapki, śledzę, czuwam...

czwartek, 7 października 2010

KOT

Obudził mnie przelatujący za oknem cień. Wyjrzałem. Na lipie tuż przy ogrodzeniu siedziało siedem wielkich gawronów. Wszystkie wpatrywały się w okno, w niewinne okno mojej sypialni. Miałem wrażenie, że przed chwilą się namawiały, a teraz udają, że po prostu sobie patrzą, ot, przypadkowo, ale to naprawdę zupełnie przypadkowo właśnie w tym kierunku. Pidżama lekko zwilgotniała na karku od tych myśli. No, rzuciłem sam do siebie, chyba nie masz kota? Faktycznie, kota nie miałem, bo po co mi kręcący się pod nogami śmierdziuch. Chociaż w tym momencie przydałby się. Skoczyłby na lipę i przegonił to ponure tałatajstwo spod mojego prywatnego okna. Wkurzony na potencjalnego nieobecnego kota przygotowałem śniadanie. Jadłem w poczuciu permanentnej inwigilacji ze strony siedmiu indywiduów na niewinnym drzewie. Na niewinnym? Kto wie, czy na takim niewinnym?! Z ukosa zerkałem na lipę, która zdała mi się równie podejrzana, co moi prześladowcy. Zasłaniając się teczką przemknąłem do autobusu. W pracy doszedłem do wniosku, że moje odczucia są wynikiem przewrażliwionej słowiańskiej duszy i że gawrony, skądinąd przemiłe przecież ptaki, po prostu znalazły chwilowe schronienie pod moim oknem. Wracałem do domu gotów przeprosić szkalowane zwierzęta, aczkolwiek przekonany, że nie będę miał przecież kogo przepraszać. Tymczasem te podłe kreatury trwały na straży! Przykryłem głowę marynarką przekonany, że w innym przypadku poznają mnie i przekradłem do mieszkania. Nie zapalałem światła. Wyjąłem valium i starałem się nieco uspokoić szalejące serce. Jutro kupuję kota! – postanowiłem. I niech ten sierściuch tylko spróbuje zlekceważyć to nastroszone zagrożenie!

poniedziałek, 4 października 2010

Nike 2010

Lauretaem został Tadeusz Słobodzianek, nagrodę otrzymał za dramat "Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach.".

"Akcja  "Naszej klasy" osnuta jest wokół pogromu w Jedwabnem w 1941 roku. Opowiada o uczniach i uczennicach jednej klasy szkoły powszechnej, Polakach i Żydach z małego miasteczka na wschodzie Polski. Słobodzianek przedstawia ich losy od lat 20. ubiegłego wieku aż po współczesność. Razem uczą się, bawią, wchodzą w dorosłość, aby podczas wojny stać się dla siebie katami i ofiarami."

Taka informacja o książce, która zwyciężyła, znalazła się na oficjalnej stronie Nagrody Nike. Z ogromną ciekawością sięgnę po dramat, zainteresowana podwójnie - i ze względu na moje przygody z literaturą, i ze względu na teatralne inklinacje.

czwartek, 30 września 2010

I przypadkowe "a'propos" tekstu poniżej...

PRZEMIANY
Józef Czechowicz

Żyjesz i jesteś meteorem
lata całe tętni ciepła krew
rytmy wystukuje maleńki w piersiach motorek
od mózgu biegnie do ręki drucik nie nerw

Jak na mechanizm przystało
myśli masz ryte z metalu
krążą po dziwnych kółkach (nigdy nie wyjdą z tych kółek)
jesteś system mechanicznie doskonały
i nagle się coś zepsuło

Oto płaczesz
po kątach trudno znaleźć przeszły tydzień
linie proste falują - zamiast kwadratów romby
w każdym głosie słychać w całym bezwstydzie
Ostatecznego Dnia trąby

Otworzyły się oczy niebieskie
widzą razem witrynę sklepową i Sąd
przenika się nawzajem tłum - archanioły i ludzie
chmurne morze faluje przez ląd
ulicami skroś tramwaje w poprzek
suną mgliste rydwany
pod mostami różowe błyskawice choć grudzień

Otworzyły się oczy niebieskie
widzisz siebie - marynarza w Azji
a zarazem 3-letniego 5-letniego chłopca
na warszawskim podwórku
i siebie przed maturą w gimnazjum
namnożyło się tych postaci stoją ogromnym tłumem
a wszystko to ty
nie możesz tego objąć szlifowanym w żelazie rozumem

Myśli proste falują światy zaćmiewa wichura
gdzie wiatr dmie - gasną latarnie
trąba w ciemności ponura
i wołasz
WŁADYKO PRZYGARNIJ

Otóż i jesteś umarły
w mechanizmie poruszają się kółka ale nie te
przez zepsucie się małej sprężynki
spadłeś piękny meteorze na zupełnie inną planetę

I znowu o życiu

Jakie to jednak życie bywa dziwne - no może niezbyt to odkrywcze słowa, ale jakie prawdziwe. Szukając czego innego, wyciągnęłam notatki z dawnych lat i otworzyłam zeszyt z zapiskami z moich nastoletnich czasów. I taki żal mi się zrobił, kiedy czytałam, co ta dziewczynka myślała, o czym marzyła, co pisała... Nie, nie zamieszczę tu fragmentów. Zbyt cenne są. Gdybym mogła, pogłaskałabym tamtą siebie. :)

poniedziałek, 27 września 2010

Madame Butterfly

Nie ukrywam, że z wielką ciekawością jechałam w ostatnią sobotę do Warszawy. Zachciało się nam... do opery. Oglądałam różne spektakle, ale tak się złożyło, ze jeżeli chodzi o spektakle muzyczne, to opera była mi zupełnie obca. Spodoba się? Nie spodoba? Wynudzę się jak mops? Będę przeżywać? No i przekonałam się.... przepadło. Czy sprawiła to rzewna historia nieszczęsnej dziewczyny, czy zachwycająca, czysta scenografia, czy po prostu ten śpiew, a może wszystko razem, że wróciłam zachwycona.

Libretto z pewnością nie jest bardzo skomplikowane. Amerykanin, Pinkerton, podczas pobytu w Japonii bierze za żonę młodą śliczną dziewczynę - tytułową Madame Butterfly - nie traktując tego zbyt poważnie. Wkrótce wyjeżdża i zapomina o zobowiązaniach. Jego małżonka jednak odrzuca innych konkurentów, kocha i czeka. Wychowuje synka licząc, że mąż wkrótce wróci. Po trzech latach ukochany powraca... z nową żoną i tylko po to, żeby zabrać dziecko. Butterfly popełnia rytualne samobójstwo.

Kilka informacji zaczerpniętych z programu:

MADAME BUTTERFLY, Giacomo Puccini

Tragedia japońska w trzech aktach
Libretto: Giuseppe Giacosa i Luigi Illica
Prapremiera: Regio Teatro alla Scala, Mediolan, 17 lutego 1904
Premiera polska: Teatr Wielki, Warszawa, 3 grudnia 1908
Premiera obecnej inscenizacji: 29 maja 1999


Dyrygent: Tadeusz Kozłowski
Reżyseria: Mariusz Treliński
Scenografia: Boris Kudlička
Kostiumy: Magdalena Tesławska, Paweł Grabarczyk
Ruch sceniczny: Emil Wesołowski
Przygotowanie chóru: Bogdan Gola
Światła: Stanisław Zięba
Soliści, Chór i Orkiestra Opery Narodowej

Obsada:
Madame Butterfly - Hiromi Omura
Suzuki - Małgorzata Pańko
Kate - Magdalena Idzik
Pinkerton - Sergey Semishkur
Konsul - Artur Ruciński
Goro - Krzysztof Szmyt
Yamadori - Tomasz Piluchowski
Bonza - Mieczysław Milun
Komisarz - Jacek Kostoń

Więcej informacji na stronie Teatru Wielkiego

I zdjęcie - scena przybycia panny młodej.

sobota, 25 września 2010

Świecić. Czyli o życiu.

Częścią wczorajszej rozmowy telefonicznej były rozważania o świeceniu. Jako że język polski ma wyjątkowy urok i bogactwo, pozwolę sobie zaprezentować Państwu niektóre elementy tegoż dialogu.

Można świecić:
- przykładem (najchlubniej),
- gołym tyłkiem (za przeproszeniem),
- na gadu (świecić i wisieć),
- pustką w kieszeni (nie polecam),
- odbitym blaskiem (tu księżyc przykładem),
- oczami (za kogoś),
- tyłkiem w ogóle (jak świetliki).

No i cóż, na więcej zabrakło nam fantazji... ;)

Lista dzięki łaskawym komentatorom została nieco uzupełniona, a mianowicie można jeszcze:
- świecić łysiną,
- świecić się mogą spodnie (na przykład na tyłku),
- tudzież świecić pustkami mogą półki sklepowe,
- oraz (tylko że trzeba być Nie-Byle-Kim) świecić można nad czyjąś duszą.

Kto da więcej? ;)

środa, 22 września 2010

Mam nadzieję, że będzie mi to wybaczone...

Zauroczona wciąż tym wierszem, wklejam go tu, żeby mieć "u siebie".

sidła

Joanna Lewandowska


szczygły trznadle bekasy gąsiorki dzierzby kszyki
wszystkie nasze brzuchate głoski dźwięki litery
łowione w sieć neuronów w potrzask giętkiego języka
chwytane po dwie za ogon

i w gorączkowych uchwytach zmuszane do treli i beczeń
do piania na oślep do rana w klatce z kościanych żeberek
zbierane niczym hosanna i darte w niebo na papier
darte jak ostrze w perzynę

zlewane jak rzeka w atrament w ścianę
rzucane jak grochem o puszkę czaszki oparte
chowane pieczołowicie pod wiekiem
w drewnianej skrzynce

poniedziałek, 20 września 2010

Fejsbuk 2

No cóż... zwabiona przeróżnymi korzyściami dałam się skusić... Znaczy zarejestrowałam się na fejsbuku. I trwam w szoku nieustannym. Naprawdę są tam WSZYSCY.
:)

niedziela, 19 września 2010

Lubię stare perony

Lubię stare perony, szary marmur asfaltu
poprzecinanego żyłkami zieleni, tory
zarośnięte dżunglą roślin, których nazwy
zostawiają gorzki smak na języku. Natura

odbiera zrabowane tereny znacząc miejsca podwójnie
- życiem i rozkładem. Te ciche stacyjki z tłumem cieni,
odbić podróżnych, wystarczy tylko odpowiednio umieć

mrużyć oczy: oto rzędy sukien, płaszcze, oddziały pantofli,
trzewików, sandałów - maszerują małe wojska codzienności.
Widać, jak czekają albo jak się śpieszą, nudzą, ostrożnie
odwijają podróżne kanapki jakby odkrywali

inną stronę życia. Lubię stare perony,
dowód niepodważalny na stałą przemijalność
świata i człowieka.

Carramba!

Delikatne wspomnienie z weekendowych zajęć. Ponoć jestem nie do poznania... ;)

piątek, 17 września 2010

W drogę!

Przede mną weekend w Warszawie - podyplomóweczka. Ale droga do stolicy i z powrotem to nieco czasu i okazja, żeby poczytać (lub wyspać się ;)). Jak zwykle wrzucam do torby coś do czytania. Dziś jest to tomik Macieja Roberta "Puste pola" oraz wspomnienia Ireny Jurgielewiczowej "Byłam, byliśmy". Tomik Macieja Roberta, bo mam niedosyt czytania jego tekstów, na wiersze rzuciłam zaledwie okiem, a mam przekonanie, że warte są solidnej lektury. Jurgielewiczowa, ponieważ... w klasie VI lekturą jest "Ten obcy", a ja lubię wiedzieć coś więcej o autorze omawianej książki. Sama jestem ciekawa, która pozycja zostanie przeczytana pierwsza. Do zobaczenia w niedzielę wieczorem, o ile nie będę za martwa na życie blogowe.  ; )

wtorek, 7 września 2010

Najlepsze kino dla kobiet

Babcia Genowefa była wyjątkowa - oglądała
westerny i wojenne filmy. To kino specjalnie
dla kobiet - mawiała - grają w nim najlepsi

faceci. Zresztą, jeżeli chodzi o mężczyzn,
miała swoje zdanie. Co to za facet - tłumaczyła
- jeżeli od czasu do czasu nie śmierdzi
wódką i papierosami? Silna i dzielna,

przeżyła Niemców, przeżyła Ruskich,
przeżyła wywózkę dziadka do Katynia.
Twarda kobieta - miękko opowiada Piotr

o babci Gieni.

Macierzanka















Umieszczona tu na życzenie pewnego Pana. Zdjęcie zrobione w czasie ubiegłych wakacji na zacnej ziemi warmińskiej, w drodze nad jezioro (cudna droga i jeszcze cudniejsze jezioro). Przypomniałam, że je mam, na szczęście, albowiem nie wiem czy jeszcze macierzankę kwitnącą zdybałabym gdziekolwiek o tej porze roku. Jeżeli chodzi o nawłoć, to owszem, owszem, widziałam ją w kilku miejscach i w stosownej chwili udam się na polowanie z aparatem. :)

poniedziałek, 6 września 2010

Mężczyzna buduje dom

Z dedykacją wszystkim budującym, którym brakuje cierpliwości. ;)

Dlaczego mężczyzna musi zbudować dom? Może chodzi
o cierpliwość? Kobieta nosi dziecko, daje czas, uczy się

jak nie być dla siebie. Ojciec szykuje kołyskę - czyści drewno,
wygina bieguny, wszystko dla syna. Albo inaczej: studiuje

kształty jętek, krokwi i dachówek, wybiera między karpiówką
a falistą. Czeka na kolejny strop, a jeszcze wcześniej kopie

fundamenty. Fundamenty i bieguny - wszystko w słowach,
fundamenty i bieguny - wszystko w działaniu. Od pokoleń

w krwi, w męskości, w konieczności trzymania korzeni,
wszystko w konieczności.

niedziela, 5 września 2010

Wrotycz

No i proszę - Hanna skarżyła się, że wrotycz za szybko przekwitł, naznaczony upałami. Łąki wrotyczowe pokryły rdzawe łodygi:















Ale po suchych sierpniowych dniach przyszły deszcze i wrotycz zakwitł jeszcze raz, oto dowód:















No i kto by się spodziewał, że jeszcze tego lata żółte kwiaty wrotycza można będzie znaleźć przy drogach? Zdjęcia zrobiłam w czasie spaceru do rodziców - wprawdzie jakościowo są może nienadzwyczajne, ale kwitnący wrotycz jest? Jest! :)

No i och! Nie mogę, po prostu nie mogę nie przytoczyć kilku zdań z Wikipedii:

Liście:
Duże, pierzastosieczne, dolne pierzastowcinane, górne wcinanopiłkowane, skrętoległe.

Kwiaty:
Baldachokształtny (podbaldach), składający się ze spłaszczonych koszyczków, w których znajdują się brzeżne kwiaty wyłącznie żeńskie, pomarańczowożółte, rurkowe jednostronnie ścięte, wewnętrzne, rurkowate, obupłciowe, nieco jaśniejsze. Kielich w postaci błoniastego rąbka.

Owoc:

Pięciożeberkowa niełupka.

sobota, 28 sierpnia 2010

Listy

Hanna pisze znowu o tym samym, bo co innego może
się zdarzyć? Ot - wrotycz przy ściągniętych upałem drogach
nagle wysechł, na łąkach zostały tylko rdzawe cienie. Tego lata

za wcześnie zakwitł, oszołomiony nadmiarem słońca. Kogo obchodzi,
że macierzanka wyczerpała się nasionami? Że nawłoć przekwita,
lipowe liście żółkną, a jarzębina już od połowy sierpnia syci się

czerwienią? Kogo obchodzi spojrzenie nieba zaciągnięte
stalowym odcieniem, niepotrzebna słodycz owoców
pod jabłoniami? Hanna wytrwale wszystko spisuje

i rozsyła. Czytaj - prosi - czytaj, ty, który nie chcesz
patrzeć przed siebie i ty, który już za siebie
przestajesz spoglądać, czytaj o każdej zmianie,

o szyszkach chmielu na płocie, o bzie wybarwionym
czarnofioletową jagodą, o smaku i zapachu powietrza,
tym samym co roku i co roku innym. Trzeba to spisać,

trzeba to wysłać, podzielić się
z potrzebującymi.

piątek, 27 sierpnia 2010

Hanna odkrywa w sobie staruszkę

Kiedy słońce kładzie się na twarzy, Hanna obserwuje
delikatne promienie pod okiem, śledzi linie łączące
usta ze skrzydełkami nosa i czuje: nitki gęścieją,

łączą czoło z policzkami, rozpinają się na dekolcie,
łagodnie obejmują szyję. Wyobraża sobie: umacniają
korzenie, stają się silniejsze i rozrastają

z dnia na dzień. Hanna oswaja małe proroctwa
ukryte w cieniach przyszłych krzywizn palców,
w gniazdach zmarszczek na kostkach,

w coraz słabszym sprzeciwie ciała. Kreśli
studium rzeczy spodziewanych.

28 sierpnia 2010 r.

piątek, 6 sierpnia 2010

Pantałyk i nienacek

Niedawno Wuszka w rozmowie ze mną użyła określenia "nie przeszkadzaj sobie". Zastanawiałyśmy się głęboko, jak można sobie przeszkadzać, no jak? Doszłam do wniosku, że mogę sobie przeszkadzać, kiedy na przykład chcę założyć nogę za głowę. Wuszkowe przemyślenia tutaj. Ja jeszcze ewentualnie byłabym skłonna przyznać, że mogę sobie przeszkadzać, kiedy chcę pisać i zasłaniam sobie sama światło. No to jasne, że sobie przeszkadzam! Z kolei Janusz na moim blogu zadał równie interesujące pytanie, o tu. Mianowicie chodziło o "gadanie po próżnicy". Czymże więc jest owa "próżnica"? I jak po niej gadać? Ha! Ja dołączyłabym nasze przepiękne pojawianie się z nienacka i zbijanie z pantałyku. Ach ileż długich godzin spędzamy na rozważaniu czymże jest ówże tajemniczy "nienacek" oraz równie budzący obawę "pantałyk". A Państwo? Czy są wyrażenia budzące takową fascynację u Państwa? ;)

wtorek, 3 sierpnia 2010

Fejsbuk

Ostatnimi czasy zastanawiałam się, dlaczegóż taki marny ruch w interesie poetycko-komentatorskim. Portale poetyckie półżywe, na blogach literackich pustki. Marazm. Nuda... No i wiem, wiem! Wszyscy poeci są na fejsbuku! Grają w różne ciekawe gry, czyli prowadzą gospodarstwa rolne i otwierają restauracje, tudzież inną tego typu działalność prowadzą... Sądzę, że odezwał się w poetach instynkt samozachowawczy... Trzeba skończyć z tymi gryzmołami nieopłacalnymi i zabrać się za interesy! Najpierw maleńkie wprawki fejsbukowe, a potem... rzeczywistość stoi otworem! Ach! Te pola kukurydzy i kabaczków! Ach te wielkie fermy hodowlane! Ekskluzywne potrawy we wciąż nowych restauracjach! Fabryki! Nowe zakłady pracy! Co za ruch! Co za zmiany! I jeszcze inna sprawa, ale to ciiii... na ucho.... Ponoć, jeżeli kogoś nie ma na fejsbuku, po prostu nie istnieje, a poeta to całkiem - ginie z kretesem. Zaczynam więc lękać się i poważnie myśleć o utworzeniu konta... Jakaś niewyraźna się robię ostatnimi czasy....

niedziela, 25 lipca 2010

Astrid Lindgren

Pamiętacie "Pippi Pończoszankę", "Karlssona z Dachu", "Braci Lwie Serce", "Dzieci z Bullerbyn", "Ronję, córkę zbójnika" i wiele innych? O, ja pamiętam doskonale. Tym bardziej, że pierwszą książką, która mnie, bardzo nieletnie dziecię, zachwyciła i porwała, była historia Lisy i jej przyjaciół, czyli "Dzieci z Bullerbyn". Do tej pory mam gdzieś w głowie to poczucie dziecka, które dziwi się, że to już ostatnia strona i jak się opowieść może tak po prostu skończyć? Wiele razy czytałam tę małą książeczkę, a tamtą okładkę mam przed oczami. Było to stare wydanie, być może z 1956 roku, bo w bibliotece szkolnej takich staroci znajdowało się mnóstwo, ilustrowane przez Hannę Czyżewską. Wyglądało mniej-więcej tak:











A wspominam te lektury, ponieważ wpadła mi w ręce biografia autorki: "Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości" napisana przez Margaretę Stromstedt. Lubię biografie, tym bardziej, gdy w jakiś sposób związane są z moimi lekturami. Margaret Stromstedt w pewnym momencie cytuje fragment dziennika szwedzkiej pisarki z 1964 r. - słowa, pod którymi mogłabym się podpisać i powtarzam wiele razy, nie wiedząc, że nie ja jedna "tak mam". :)
"Jak mogą istnieć ludzie, którzy się nudzą, Boże Drogi! Jak może starczyć czasu! Jak, na Boga, zdążyć przeczytać wszystkie książki, wysłuchać całej muzyki, zobaczyć wszystkie miejsca na świecie, nie, to by było kłamstwo, ja nie chcę oglądać wszystkich miejsc, ale zamiast tego chcę mieć czas na niezwykłe przeżywanie natury i ludzi, i sztuki, które oferuje ta krótka chwilka życia. I jeszcze trzeba by mieć kilka chwil na to, aby tylko posiedzieć i pogapić się bezmyślnie!"
Margaret Stromstedt, Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości, przeł. Anna Węgleńska, Warszawa 2000, Nasza Księgarnia

sobota, 24 lipca 2010

Lipce

Wszystko jest jak co roku: przekwitły dziewanny,
a dziki szczaw sypie nasionami jak rdzą. Sierpień

sięga po nas parzącą ręką, łąki karleją. Idziemy
w świat namalowany wyrazistą plamą: niebo

wygładza się jasną smugą błękitu, w oddali las
wyostrzony szorstkim ruchem szerokiego pędzla,

niżej sieną paloną podkolorowana pszenica. Gęsto
od koniczyny i babki. Wszystko jak co roku: słońce

wciska się w każdy skrawek nieosłoniętego ciała,
a na językach osiada powietrze ciężkie od kurzu

i żaru. Wszystko jak co roku, jedynie droga
jakby dłuższa, czas krótszy, a poranki

coraz większymi podarunkami.

wtorek, 20 lipca 2010

Piosenka w samą porę

Prawie w ostatniej chwili przed wieczorem poetyckim w Augustowie podjęłam decyzję - skoro już jestem na Mazurach, to może by zostać tam na kilka dni, odetchnąć, złapać tchu. Tylko - gdzie? I - olśnienie - Łękuk! Miejsce, które tworzy moja przyjaciółka Iza z rodziną. Więc telefon, więc radosne Izowe: przyjeżdżajcie! Więc w piątek zamieniam się w pilota i próbujemy trafić do miejsca zapomnianego - na pierwszy rzut oka - przez Boga i ludzi. Droga z szerokiej asfaltówki zmienia się w wąską, krętą, kluczącą między drzemiącymi w upale jesionami i lipami, potem staje się jeszcze węższa, a przed starym cmentarzem skręca i prowadzi brukiem, jakiego nie widziałam od lat. Później jeszcze wita nas piaszczysty trakt, w oddali błyska błękitem jezioro i... staje się Łękuk. Kto nie był, niech żałuje.

A w sobotę niespodzianka nad niespodziankami... Niedaleko, w kolejnej zapomnianej przez świat miejscowości, szykuje się... koncert Lubelskiej Federacji Bardów. W Wiatraku Artystycznym w Grądzkich od 1996 r. odbywają się Wietrzne Spotkania z Poezją. Oczywiście - MUSIMY tam być. :)

W mazurskich ciemnościach po mazurskich drożynach docieramy na miejsce. Wszędzie, dookoła, nad wodą, w trawie, w brzozowym zagajniku, wzdłuż drogi - świece. Stary młyn. I muzyka. Nie wiem jak to się stało, że do tej pory mijałam się z tą muzyką, nie było nam po drodze jakoś. Ale jak się spotkałyśmy, to stało się - miłość od pierwszego wejrzenia. Nie mogę przestać jej słuchać.

Wyszukałam nagranie z któregoś koncertu "Piosenki w samą porę", posłuchajcie, szukajcie płyt i koncertów. Ja już ostrzę pazury na koncert STACHURA-URODZINY w warszawskim Teatrze Kamienica 20 sierpnia 2010 r.


Piosenka w samą porę

Pozwól odejść już
Że nie całkiem zechciej wierzyć
Pozwól odejść już
Najlepszemu z twych żołnierzy
Miejsce w szyku znam
Żołnierz mieszka w czasie przeszłym
Gdy w swojej roli
Ma trwać

Tam we mnie obłoki
Obłoki gęstnieją
Tam dzban przepełniony
Lekko się chyli
Tam para danieli
Przykrywa się knieją
Noc wróży z nocnych
Motyli
Ref:

Na mnie już pora
Nim słowo za ciasne
Nim gest za obszerny
Nim karta znaczona
Nim zimna koszula
Obejmie całunem
Tę chwilę co w nas
Jak ikona

Tam we mnie granica
Granica za cicha
Tam grobla mizerna
Nadmiaru nie zbiera
Tam strażnik zakłada
Łach przemytnika
Noc wróży z ręki
Dżokera

Ref:

Na mnie już pora...

Pozwól odejść już
Że nie całkiem możesz wierzyć
Pozwól odejść już
Najlepszemu z twych żołnierzy
Miejsce w szyku znam
Moje miejsce w czasie przeszłym
Gdy w swojej roli
Mam trwać

środa, 7 lipca 2010

Zaprasza się serdecznie :)


15 lipca 2010 r. o godz. 18:00
w Miejskim Domu Kultury w Augustowie (Rynek Zygmunta Augusta 9)
odbędzie się spotkanie z Teresą Radziewicz,
autorką Lewej strony (SLKKB, Łódź 2009),
laureatką 19. edycji
Nagrody Literackiej Prezydenta Miasta Białegostoku
im. Wiesława Kazaneckiego
za najlepszą książkę 2009 r.
twórcy związanego z Podlasiem.

środa, 30 czerwca 2010

Muzeum Teatralne

Setki drzwi, framug, korytarzy. Idziemy. W objęcia nas biorą
marmury jak z grobowców, chłód ścian i posadzek. Półmrok,

półmrok, półmrok. I zza kryształowych girland rozproszone
wspomnienia światła. Świata. Dzień dobry, panie Bogusławski,
jak się masz, Osterwo - szepczesz, że słyszysz głosy, łatwo

uwierzyć w szaleństwo, które staje się prawdą. Ciii, może
po tych schodach spłynie Modrzejewska. Stuknie obcas,
odwrócimy się, ale już odejdzie. Albo nie! Oto nowy świat

i goście z nierzeczywistości: tu Oberon obmyśla zemstę
na Tytanii, a tam Hekate i siostry rządzące losem, wiedźmy,
czekają już na wrzosowiskach. Ktoś ty? - odpowiedzi

domaga się duński królewicz i płynąć w żyłach zaczyna
czysta zemsta. Świat powołany, świat zapomniany:
afisze i programy, starodruki, plakaty. Dekoracje,

kostiumy, projekty i makiety - wszystko czeka na cud
wskrzeszenia, jak zmarli na dzień sądu. Drżymy, łapie
nas chłód wilgotnymi rękoma zapomnianych zakamarków;

biegniemy. Gonią nas nasze własne kroki. Wreszcie
wyjście: ulica Moliera, czerwiec, życie, słońce.

czwartek, 24 czerwca 2010

O wszystkim, co się teraz dzieje, milczę

O wszystkim, co się teraz dzieje, milczę. Jakaś
mgła, dym chwyta za gardło, kiedy rodzą się słowa.
Sowa ciszy świdruje błyskającym okiem, mowa
gaśnie, zduszona, zanim zacznie mówić. O wszystkim,

co się teraz dzieje, milczę. O bliskich, których los łapie
w swoje tłuste pułapki, o miłości, której nazywać nie można,
bo zużyła już wszystkie głoski i litery. I nawet ostrożnie
lepiej o niej milczeć, kiedy raz kolejny kwiaty jarzębiny

zwijają się za szybko w niedojrzały owoc. Milczę o czasie,
który patrzy uważnie, jakby chciał jakiś sekret mi przekazać,
ostrzec przed dniami, które przyśpieszają, przed tym, co naraża
nas na dystans. Także i o tym milczę, czego nie ma, bo po co

tracić język na pustkę i zamiar.

wtorek, 22 czerwca 2010

Nie znacie dnia ani godziny... ;)

Nie umiemy przewidywać najistotniejszego.
Każdy z nas zaznał w życiu największych radości wtedy,
kiedy nic ich nie zapowiadało.

A. de Saint-Exupery

:)

środa, 16 czerwca 2010

Nijakości - wróć!

Kiedy przychodzi czas, że wszystko się sypie, a różne nieszczęścia czyhają tuż za progiem i napadają, jak tylko się ten próg przekroczy, wówczas człeczyna zaczyna kląć siebie samego. Za co? A za narzekanie, kiedy było spokojnie i nijak. I ta umęczona człeczyna zaczyna błagać: nijakości - wróć. I zaczyna doceniać, co to znaczy, kiedy wszystko idzie w miarę spokojnie swoim torem. I chciałoby się, żeby to wszystko wróciło. Niech znów się żyje bez wielkiego "dziania się".

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Czas

Wszystko ma swój czas,
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem:
Jest czas rodzenia i czas umierania,
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono,
czas zabijania i czas leczenia,
czas burzenia i czas budowania,
czas płaczu i czas śmiechu,
czas zawodzenia i czas pląsów,
czas rzucania kamieni i czas ich zbierania,
czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich,
czas szukania i czas tracenia,
czas zachowania i czas wyrzucania,
czas rozdzierania i czas zszywania,
czas milczenia i czas mówienia,
czas miłowania i czas nienawiści,
czas wojny i czas pokoju.

Koh 3.1-8

poniedziałek, 7 czerwca 2010

sobota, 5 czerwca 2010

Tam, gdzie diabły mieszkają...

Jo na nielotce zamieściła notkę o diabłach w nawiązaniu do "Żywotów diabłów polskich" Witolda Bunikiewicza, a właściwie do jednego z nich, przesympatycznego Hejdasza (czyż nie wygląda słodko na ilustracji?). Ja skupiłam się najpierw na mapie diabłów regionalnych, po czym stwierdziłam, wyciągając wnioski: im więcej ludzi, tym więcej diabłów. Coś w tym jest... ;)

piątek, 4 czerwca 2010

Małe rzeczy - piwonie

Mam słabość szczególną do tych kwiatów, może dlatego, że kojarzą mi się z czasem dzieciństwa i dojrzewania. Czerwiec zawsze pachniał piwoniami. Peonie można, a właściwie nawet trzeba, ścinać w pąkach, wtedy odrobinę dłużej stoją w wazonie. Wstawione do wody w pełnym rozkwicie, już następnego dnia gubią płatki. Dlatego wczoraj w ogrodzie u rodziców ścięłam gałązki z pąkami, a już dziś rozkwitnięte - pachną.














Przypomniała mi się jedna z moich pierwszych próbek poetyckich. Wyszperałam ją w odmętach zapisków. Brzmiała tak (nie śmiejcie się... głośno ;)):

***
 
jestem białą peonią
z zielonym sercem niepokoju
w cieple słowa
rozkwitam zaufaniem

gdy wieje wiatr niezrozumienia
umieram

wtorek, 1 czerwca 2010

Pisze się, pisze...

Zabieram "Honoratę", żeby nad nią popracować. Zamieściłabym moje najnowsze opowiadanie, o miłości (sic!), ale Jo z jednego fragmentu tak się śmieje, że muszę go zmienić, inaczej umrze ze śmiechu i będę miała ją na sumieniu (Jo, zabraniam Ci cytować tutaj fragmenty! :P). Rozkręcam się także z "Miasteczkiem", ale proza wymaga czasu, oj wymaga...

piątek, 28 maja 2010

Rodzaje kwiatostanów

Jakiś czas temu zainteresowana pewną roślinką dopytywałam zaprzyjaźnioną Panią Biolog o rodzaje kwiatostanów. A dziś, ku memu zadowoleniu, dostrzegłam w rękach jednej z Pań od przyrody tę oto planszę, którą skserowałam, zeskanowałam i z dumą prezentuję. ;)

Oczywiście dołączam nazwy schematów kwiatostanów:
A - grono, B - baldachogrono, C - kłos, D - kłos złożony, E - kolba, F - wiecha, G - wiecha złożona, H - baldach, I - baldach złożony, J - główka, K - koszyczek, L - sierpik, M - wachlarzyk, N - wierzchotka dwuramienna.

Czysta poezja. :)))


wtorek, 18 maja 2010

Miasteczko - część II

Sen był dziwny. Goląc się w hotelowej łazience nie mógł przypomnieć, komu bądź czemu przyglądał się, stojąc nad brzegiem stawu, a właściwie nad kilkoma stawami, które dzieliły groble i zastawki. Zdawało mu się, w tym śnie, że idzie, podnosi i opuszcza te zastawki, woda przelewa się ze stawu do stawu, a on szuka i szuka... Swoją drogą, jeszcze miesiąc i może być całkiem ciepło, ciekawe czy gdzieś w okolicy jest jakieś kąpielisko. Musi się od czasu do czasu poruszać, bo od siedzenia w papierach bynajmniej nie przybywa tężyzny. W głowie układał plan dnia: śniadanie (nie, nie w hotelu, jakiś sklep po drodze), a potem biblioteka i ogólny przegląd – oczywiście nie zamierzał sprawdzać wszystkiego, etap lektur szkolnych miał dawno za sobą. Interesował się wąskim zagadnieniem epistolografii przełomu XVIII i XIX wieku, a jakimś cudem w tym miasteczku na końcu świata zachowały się fragmenty, nie wiadomo dokładnie nawet jakie, korespondencji ówczesnych właścicieli pałacu z ówczesnymi wielkimi tego świata, ponoć nawet nieznane listy jakiegoś słynnego pisarza. Wojnę przetrwały ukryte gdzieś przez okolicznych mieszkańców i niedawno przekazane przez tajemniczego darczyńcę pani Jadwidze. Z zastrzeżeniem, że zostaną w miasteczku, nie pojadą do wielkich muzeów. Stąd obecność Piotra. Jako naukowiec „na dorobku” nie zastanawiał się długo, kiedy zaproponowano mu stypendium i opracowanie tego, co odnajdzie. Rektor sam niezbyt wierzył, że może to być cenne odkrycie, ale – wyjaśniał – na wszelki wypadek trzeba sprawdzić, a to akurat pańska działka, panie Piotrze. Piotr wiedział dokładnie, że gdyby było to coś interesującego, zaraz znaleźliby się chętni postawieni nieco wyżej w hierarchii uniwersyteckiej, a tak – jest tutaj, jest maj, a przed nim godziny pracy w chłodzie starej biblioteki. Lubił to. Nawet jeżeli, jak się spodziewał, nic ciekawego nie znajdzie, nie zamierzał cierpieć z tego powodu. Ot, wróci szybciej do wcześniejszych, chwilowo zawieszonych prac. No, panie Piotrze – wyszczerzył się do lustra – świat przed panem stoi otworem! Zachichotał. Ten świat to trzy uliczki na krzyż w zapomnianym miasteczku. Przechodząc namiastkami arterii pomyślał, że zapyta w szkole, na początek pani Jagody, czy ktoś w okolicy nie ma wolnego pokoju i nie chciałby zarobić paru groszy goszcząc naukowca – niekłopotliwego (no raczej...), młodego (hehe) i z perspektywami (taaaa...). Wpadł do szkoły równo z dzwonkiem i miał wrażenie, że za moment pani woźna zapyta go o powód spóźnienia i spisze klasę, żeby donieść wychowawcy.
Pani Jagoda układała w bibliotece karty i po uśmiechniętym dzień dobry wyszła na zaplecze, a za chwilę przyniosła kawę.
– Moja nie będzie taka dobra jak dyrektorska – zaśmiała się – ale na dużej przerwie może pan się zgłosić do gabinetu i pani Ania na pewno zaparzy lepszą.
– O, pani Jagodo, wypiję i taką, tym bardziej, że przydałoby się zjeść śniadanko.
– W hotelu pana nie nakarmili?
– Chyba pani żartuje. Gdybym zaczął jeszcze stołować się w hotelu, to poszedłbym z torbami szybciej, nim bym tu dotarł – śmiał się głośno. I jakoś beztrosko. Dobrze mu robiło to miejsce, przypomniał, że ma poczucie humoru.
– W takim razie, panie Piotrze, proszę na zaplecze, tam wygodniej panu będzie.
– Taaaa... Chodzi pani o to, żebym tych cennych pozycji nie wytłuścił – wskazał na rząd najbliższych książek, zdaje się, że z serii słynnego Harrego Pottera.
– Rozszyfrował mnie pan, a poza tym mam na zapleczu rzodkiewki. Świeżutkie! Przed godziną jeszcze rosły spokojnie w moim ogródku. Do tego biednego serka, który pan ukrywa w reklamówce będą w sam raz – pani Jagoda miała w oczach lekką kpinę.
Po śniadaniu bibliotekarka zaprowadziła go do archiwum.

niedziela, 16 maja 2010

poniedziałek, 10 maja 2010

Prawdziwy świat

Jak to jest z wierszami, że pisze się je sądząc, że oto jesteś odkrywcą myśli, przecierasz szlak, że przed tobą, to nikt wcześniej... O ja głupia... :)

A tymczasem proszę, oto:


Zabawkowy [z rozmów Lali i Ceratowego]
Joanna Lewandowska

tam jest świat mój piesku
za tą szklaną szybą. świat. prawdziwa zima
i mróz. i nawet nie można przylgnąć
nosem bo zaraz przymarzają
im mordki. popatrz Guciu

w taki mróz to się tylko całować
mogą chyba pluszowe zabawki
jak my. nie prawdziwi ludzie.

tu jest świat. zima

Oryginał zamieszczony na nielotce.

sobota, 8 maja 2010

Miasteczko - cz. I

Miasteczko było tak małe, że jeździła tu tylko jedna taksówka. Piotr wysiadł z autobusu i natychmiast poczuł, jak paski plecaka wpijają się w ramiona. Czego tam napakowałem? - przemknęło przez myśl, choć doskonale wiedział, co ciągnie bagaż ku ziemi. Głównie książki, bo nie liczył tych paru szmatek, a laptop przywiózł w oddzielnej torbie. Po wyjściu z autobusu skierować się w prawo, minąć dwa kościoły, po prawej i lewej, nieco w dole ma być widoczny park z pałacykiem w głębi – powtarzał plan. Wcześniej, po prawej, jedyny przyzwoity (ponoć) hotel. Ceny horrendalne. Ale póki co, nie miał wyjścia, musiał zamówić pierwsze noclegi zanim nie znajdzie tańszego kąta. Nie potrzebował wiele – miejsce do spania, miejsce do pracy. Łazienka. Jeżeli chodzi o posiłki, liczył na stołówkę szkolną. Przynajmniej w sprawie obiadów.
Szedł ukosem przez niewielki rynek, przeciął ulicę niezbyt zgodnie z zasadami ruchu. Hotel wyglądał całkiem porządnie, nawet jakieś iglaki w donicach stały obok wejścia. Nachylił się. Cis, Taxus baccata 'Elegantissima', dobry wybór odmiany, przynajmniej nie boi się polskiej zimy. Co jeszcze? Dwa żywotniki, piękne Thuja orientalis 'Aurea Nana', sosna karłowa, Pinus pumila, no no, ktoś tu zna się na ogrodnictwie i specjalnie wybrał wolno rosnące odmiany. Niebieska lobelia, żółte werbeny i biała skalnica ładnie odbijały się od zielonego tła. Może nie będzie tak źle, uśmiechnął się i popchnął drzwi. Dzień dobry, mam zamówiony pokój. Nazwisko, dowód, klucze. Pierwsze piętro, jasne wnętrze. Prysznic. Zbiegł na dół. Teraz reszta spraw. Dawną siedzibę Mięsickich zobaczył już po kilku krokach.
Łaaaaaadnieeeee, myślał przeciągając samogłoski, po prostu łaaadnie. Pałac zanurzony w zieleni, soczystej o tej porze roku, wyglądał jak wycięty z XIX-wiecznej ryciny. Jeszcze chwila i usłyszy turkot kół, obok przejedzie dorożka, roześmiane damy w białych sukniach i z piórami przy kapeluszach. Zaśmiał się, bo zamiast dorożki przemknął tuż za nim wielki tir. No tak, szosa przelotowa. Za bramą boisko i grające w kosza dzieciaki. Gimnazjum? Liceum? Nie pamiętał, jaka szkoła tu się mieści. Chętnie przespacerowałby się po parku, ale najpierw, najpierw sprawy zawodowe. Woźna w niebieskim fartuchu uśmiechnęła się, kiedy powiedział dzień dobry i wskazała drogę do dyrektorskiego gabinetu. Pani dyrektor. Krótki uścisk dłoni i propozycja kawy. Nie odmówił, chociaż domyślał się, że dostanie zalewaną wrzątkiem lurę. Pani Aniu, dwie kawy! Tak, proszę pana, dzwoniono już z uniwersytetu, wiemy o pańskim przyjeździe. Oczywiście, udostępnimy bibliotekę, oczywiście, pomożemy w czym tylko będzie można, mamy tu niewielkie muzeum, a przede wszystkim trochę listów. To chyba najbardziej pana interesuje, prawda?
Kawa była niespodziewanie dobra, żadnych fusów, żadnych rozpuszczalnych świństw, aromatyczna i z ekspresu, miód i niebo w gębie. Zaskoczony stwierdził, że odczuwa coś w rodzaju zadowolenia. Miejsce było interesujące, dyrektorka okazała się całkiem kompetentną osobą i szybko ustalili zasady współpracy. A raczej jego pracy na terenie jej szkoły. Energiczna pięćdziesięciolatka (tak na oko) sprawnie przeszła do podpisania odpowiednich dokumentów, równie sprawnie poznała go z bibliotekarką. Proszę, to pani Jagoda, proszę we wszystkich sprawach polegać na jej wiedzy, przekazuję pana w dobre ręce. Nauczycielka wyglądała jak uosobienie wszystkich bibliotekarek świata. Niewysoka, siwa, włosy upięte w kok, okulary na nosie. Ha! Uśmiechnął się w duchu i wyobraził zakurzone półki i stary katalog, gdzie nic nie można znaleźć, bo tylko pani Jagoda zna klucz. Później, kiedy wrócił do hotelu, myjąc zęby śmiał się do odbicia w lustrze. Zakurzone półki! Stary katalog! Dobrze, że nie zrobił z siebie idioty mówiąc o tym głośno. Biblioteka była jednym wielkim cackiem. Meble (później dowiedział się, że pamiętały ostatnich właścicieli), książki, archiwum, laptop na biurku pani Jagody (ku jeszcze większemu zaskoczeniu okazało się, że babcia całkiem nieźle potrafi się tym sprzętem posługiwać), komputery ustawione na stylizowanych stolikach, to wszystko nieco go zaskoczyło. Nieco. Zachichotał. I dobrze! Może oduczy się wyciągania pochopnych wniosków! Przed pójściem do łóżka sprawdził pocztę, przejrzał jakieś wiadomości, zdążył jeszcze pomyśleć, że musi poszukać tańszego noclegu, inaczej stypendium wystarczy nie do końca roku, ale do końca miesiąca. Póki ciepło, mogę spać w parku, mruknął i pozwolił zagarnąć się snom.

piątek, 7 maja 2010

Konkurs! Konkurs!

Ogłaszam konkurs na podpis pod zdjęciem zamieszczonym poniżej, autorstwa nielotki i wierszalotki. Kiedy zobaczyłam na jej blogu te dwa boćki na kominie kościoła (sic!) obok trzeciego, sztucznego, tudzież dowiedziałam się, że banda boćków żywych sprawiła tęgie lanie sztucznemu (aż się przekrzywił), dostałam ataku śmiechu, który, ilekroć popatrzę na fotografię, powraca. :)

wtorek, 4 maja 2010

Z historii "o życiu" :)

Ponieważ Jo uskarża się, że zaczyna wiać z mojego bloga literacką nudą, historyjka "z dziś", która mnie samą uśmiała. Ostatnie lekcje, próba "Smoczej blagi", spektaklu szykowanego na za dwa tygodnie, więc w stanie bardzo zaawansowanym. Na poprzednim spotkaniu w ciągu dwóch godzin zrobiliśmy sprawne dwie próby, które miały już ręce i nogi. Dziś - masakra, teksty się plączą, dzieciaki zamiast grać, gapią się za okna, ewentualnie okazują swoją żywotność (podziwu godną żywotność dwudziestki piątoklasistów), nic się nie klei, po raz pięćdziesiąty pokazuję już dawno omówione i przećwiczone wejścia... Wreszcie przerywam próbę i każę czorcikom usiąść gdziekolwiek. Zaczynam tyradę... dzieci... tratataaa... tratatatataaa... sami widzicie... plepleple... co się dziś z wami dzieje... Słuchają, kiwają głowami, sami widzą, itp., itd... W końcu Dawid mówi:
- Proszę pani, to może niech pani na nas nakrzyczy?

Na marginesie różnych dyskusji...

"Autor to nie jest narrator i narrator to nie jest autor - tak uczą na najwyższych szczeblach polonistycznych wtajemniczeń i mają rację. Jeśli ja konstruuję postać i jeśli nawet jest to postać wzorowana na mnie samym, jeśli nawet tak jak ja pije i jeśli nawet ma na imię Juruś, to i tak ta postać nie jest mną, na Boga!"

Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem

poniedziałek, 3 maja 2010

Urodzinowy prezent :P

Metanarracja na temat mitu Teresy Radziewicz jako nauczycielki życia
Jakub Sajkowski

Szedłem ulicą, samotny jak pies,
Bolało mnie serce i noga
Lecz nagle objawiła się Tess
O Tess! Olaboga!

Gdyby nie Twoje przyjście
Byłbym samotny dalej
Pogrążałbym się pogrążał
W samotnej rozpaczy i szale

Lecz ty przyszłaś w porę
I miałaś dobre słowo
Na moje serce chore
Na to, że mam coś z głową

Lecz trzeźwy umysł mam
Na tyle by dostrzec Ciebie
I nigdy nie będę już sam
Z tobą mi dobrze jak w niebie!


O Jakubie, dzięki. Skręcam się ze śmiechu jeszcze. :)))

sobota, 1 maja 2010

VIII Podlaski Festiwal Nauki i Sztuki

Program na stronie festiwalu, czyli TUTAJ.
Jako jeden z drobnych elementów - spotkanie z autorką "Lewej strony", szczegóły TUTAJ.
Zapraszam. :)

środa, 21 kwietnia 2010

czwartek, 15 kwietnia 2010

Byle co

Zachciało mi się dziś napisać o byle czym. Żadnych mądrości, żadnych cytatów, wierszy, przemyśleń. Bolą mnie wszystkie mięśnie, z dwóch powodów.
Ten pierwszy to prawo jazdy, zachciało mi się na stare lata i teraz mam, po pierwszych "jazdach", zakwasy. Słowo! Bolą mnie mięśnie nóg, hyhy. A wszystko przez to, że te pedały trzeba tak mocno przyciskać...
A jakby było mi tego mało (tu będzie drugi powód bólu mięśni), to po pracy słoneczko mnie zachęciło do wyciągnięcia z piwnicy roweru - i hajda! Sezon rowerowy najwyższy czas zainaugurować!
Pojechałam moją ulubioną polną drogą "ku granicy dzieciństwa" - za tory. Słońce świeciło, ptaszki darły się jak opętane, od pól czuć było obornikiem - ziemia potrzebuje wsparcia, żeby urodzić, tyle pokoleń z niej korzystało. Czarodziejskie miejsce, tory, pola obok, gdzie zbierałam kiedyś ziemniaki i bawiłam w kukurydzianych zaroślach w chowanego, zmieniły się niby, a jednocześnie pozostało tam coś dawnego, co przywołało dzieciństwo.
Ale, ale... Dość rozczulania się... Przez te wędrówkowe zachcianki ledwo mogę się poruszać i jedyną pociechą jest gorąca kąpiel, która za chwilę mnie otuli pachnącą pianą. A potem łóżko i sen. Dobranoc Państwu. :)

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Ostatni list

Katyń 1940

Skreślam dziś do Ciebie kilka słów,
Chociaż wiem, nie dojdą chyba znów...
Piszę stąd do Ciebie ten ostatni raz:
Żegnaj już, kochanie... Na mnie czas...

Nocą wciąż te same miewam sny:
Piękną panną młodą jesteś w nich...
Synek pewnie urósł... Za mnie przytul go...
Teraz jeszcze trudniej odejść stąd...

W takiej, jak ta, chwili chce się żyć...
Wszystko jest nieważne - byle być...
Lecz wyboru nie dał dobry Bóg;
Stoję dziś u kresu moich dróg...

Każą nam wysiadać... To już tu?...
Ten brzozowy lasek - to mój grób...
Jeszcze tylko westchnę jeden raz...
Jeszcze myśl ostatnia: Kocham Was...

sł. i muz. Lech Makowiecki

Tutaj można posłuchać.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Czytając E. E. Cummingsa

[w górę do ciszy]

w górę do ciszy zielonej
ciszy z białą ziemią w środku

wkrótce(pocałuj mnie)odejdziesz

w przestrzeń poranka młodego
poranka z ciepłym światem w środku

(pocałuj mnie)wkrótce odejdziesz

dalej do słońca pięknego
słońca z twardym dniem pośrodku

wkrótce odejdziesz(pocałuj mnie

aż do dna pamięci i twojej
pamięci i zapamiętania

ja)pocałuj mnie(odejdę)


Przeł. Piotr Sommer

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Świat trzeba unieruchomić

Znajomość z autorem książki z pewnością jest czynnikiem negatywnie wpływającym na obiektywność sądów. Paradoksalnie jednak, pozwala w pewnym sensie poszerzyć pole interpretacji o elementy "oautorskie". Niestety, istnieje ryzyko, że wówczas próba interpretacji stanie się cyklem nadużyć interpretacyjnych. W przypadku tomiku Magdaleny słyszę iście diabelskie podszepty pełne pokus, aby bohatera lirycznego utożsamiać z autorką. Spróbuję jednak zaryzykować i w paru słowach skreślić opinię na temat tomiku o jakże wymownym tytule "Fabryka tanich butów".

Próby interpretacji tytułu pojawiały się właściwie od momentu wydania książki. I Jakub Sajkowski, i Patryk Chrzan wyjaśniali tytuł nawiązując do słów autorki, która tłumaczyła, że czasem chcąc nie chcąc rzeczywistość staje się taką fabryką, a my "producentami" tanich wierszy, życiowych decyzji, związków, et caetera, nie ma sensu przed tym uciekać, ale nie oznacza to, że należy się poddać. Ja jednak nie mogę się opędzić od pewnego skojarzenia z wierszem Bolesława Leśmiana (poety, z którego twórczością wiersze Magdaleny nie mają wiele wspólnego) "Trupięgi". Z jednej strony - te buty wkładane zmarłemu na tzw. "ostatnią drogę" były bardzo tanie (owszem, można się zastanawiać czy mogłaby istnieć fabryka takowych), ale z drugiej, z drugiej... Ażeby pokazać Państwu, o co mi chodzi, muszę zacytować fragment leśmianowej twórczości:

Ja - poeta, co z nędzy chciałem się wymigać,
Aby śpiewać bez troski i wieczność rozstrzygać,
Gdy mnie w noc okradziono, drwię z ziemskiej mitręgi,
Bo wiem, że tam - w zaświatach mam swoje trupięgi!
Dar kochanki czy wrogów chytra zapomoga? -
Wszystko jedno! W trupięgach pobiegnę do Boga!
I będę się chełpliwie przechadzał w zaświecie,
Właśnie tam i z powrotem po obłoków grzbiecie,
I raz jeszcze - i nieraz - do trzeciego razu,
Nie szczędząc oczom Boga moich stóp pokazu!
A jeśli Bóg, cudaczną urażony pychą,
Wzgardzi mną, jak nicością, obutą zbyt licho,
Ja - gniewny, nim się duch mój z prochem utożsami,
Będę tupał na Niego tymi trupięgami!

Właśnie, właśnie... Widzę oczyma wyobraźni, jak autorka "Fabryki..." tupie na Pana Boga, ile sił ma w nogach. I tak właśnie czytam jej wiersze. Co prawda, stopy ma obute nie w trupięgi, ale z pewnością są to nieodpowiednie buty ("O konieczności trzymania bambusa w przegotowanej wodzie"). Uparcie tupie i tupie, jak gdyby sprawdzała wytrzymałość Stwórcy, trochę jak dziecko, które czeka na reakcję. A przecież, jeżeli On zareaguje, to przecież JEST. Jakakolwiek to by nie była reakcja.

To "tupanie" można zauważyć z w kręgach tematycznych, po których porusza się autorka. Część wierszy ma z pewnością autobiograficzne konotacje. Przykładem może być otwierający książkę, "Trzydzieści trzy",  kolejny, "Ultrasonografia", czy ten, w którym podmiot liryczny podpowiada: po trzydziestce zrobiłam się znów sentymentalna ("O konieczności trzymania bambusa w przegotowanej wodzie"). Utwory dedykowane najbliższym, takie jak "Mam świat i ciebie na myśli" (córce) albo "Magdalena" (prababci) kuszą, by chociaż chwilowo utożsamić autorkę z bohaterką tomiku.

Wychodząc od tekstów autotematycznych przechodzi autorka w kolejny krąg, krąg relacji damsko-męskich. Różne są te relacje. Bohaterka tęskni, kocha, żegna: kobiety żegnają zawsze tak samo,/ a potem zachodzą wszystkie ich słońca ("Lizbona"), cierpi, wyjaśnia: właściwie nie mam do nas żalu./ wszystko wygląda, jak tego chcemy,/ na czarno-białych fotografiach ("Wiesz, bo ja nie jestem rozmienialna"). Ot, kobieta. Często jednak pojawia się mężczyzna jako siła niszcząca, związek z nim, zamiast wzbogacać, ogołaca. Szczególnie mocnym akcentem jest "Zemsta", gdzie czytamy: odebrała sobie mowę, bo musiałaby zabić./ chciałaby aby zdechł albo pieścił językiem./ nie wie, co byłoby przyjemniejsze czy wiersz "Wszystkie wojny światowe toczą się za plecami" z twierdzeniem, że intelektualiści oddychają przez nos./ nie lubią się odwracać, patrzeć w twarz./ z każdym ruchem wbijają słowo./ akupunktura pozornie sterylnych igieł/ i mdląca woń wyczuwalna w powietrzu.// nie pachnie się przy próbie sił ani w odwecie./ za ilością wystawionych sztuk stoi ból.

Te relacje damsko-męskie niejednokrotnie przechodzą w relacje erotyczne, a uniesienia erotyczne są opisywane językiem religii. I tu najbardziej "słychać tupanie", właśnie kiedy Magdalena pisze: jestem/ czystą niewinnością, to aniołowie robią/ ze mną rozkosznie święte świństwa. ("Psychokinetyczne niedorozwinięcie migdałków"), to nie modlitwa, więc będzie bez grzechu./ nie odwracaj głowy,/ kiedy nie ma nic do powiedzenia/ - oczy wystarczą.// wypełniamy jak kolorowankę/ pokój z nami. ("Fabryka tanich butów"), a w wierszu "Obraz" jeszcze bardziej obrazoburczo: rozpięto mnie, rozkrzyżowano i schnę.

Szczególnie istotny dla całego tomu wydaje się wiersz "Negatyw", z twierdzeniem, że świat trzeba unieruchomić, bo tylko tak/ można spojrzeć mu w oczy,// rozszerzone do bólu z przerażenia. Istotny, gdyż widzę w książce "unieruchamianie świata" i przyglądanie się, a jeszcze bardziej - odczuwanie opisywanego bólu.

Sądzę, że tom Magdaleny wpisuje się w nurt tzw. poezji konfesyjnej, zarówno przez przyjmowanie pewnej formy zwierzenia, spowiedzi, wyznania, jak i  wprowadzanie do tekstu faktów łączących się z biografią lub sugerujących w inny sposób, że to autorka jest bohaterką opisywanych wydarzeń. Granica między „ja” autora a „ja” poetyckim zaciera się, ale w wierszach można dostrzec mocno zarysowane „ja” mówiące. Z pewnością "Fabryka tanich butów" do lektur łatwych nie należy, jest to jednak mocny akcent wśród ubiegłorocznych debiutów.


Magdalena Gałkowska, Fabryka tanich butów
Łódź 2009

sobota, 3 kwietnia 2010

Wielkanoc

Wszystkim, którzy tutaj zaglądają życzę odrodzenia, przełamania trudności, chęci i możliwości rozpoczynania od nowa. Spokojnego, radosnego i owocnego świętowania Zmartwychwstania.

piątek, 2 kwietnia 2010

Niespodzianka nad niespodziankami

Spotkała mnie wczoraj. Wpadłam na chwilę do pracy i w tym momencie odwiedził nas listonosz, który wręczył kopertę zaadresowaną na moje imię i nazwisko oraz adres szkoły. Adres został napisany nieznanym mi charakterem, więc lekko zaskoczona otwierałam, żeby sprawdzić, kto mi przysłał pocztówkę.
I otóż, otóż... zobaczyłam KTO i z wrażenia zamarłam.


Kartkę z gratulacjami i życzeniami otrzymałam od Pana Edwarda Redlińskiego.

Zdarzyło mi się kiedyś poznać tego Pisarza, z wielu powodów jest dla mnie kimś ważnym. Miałam możliwość przekazać swoją książkę, ale nie spodziewałam się  - ze zrozumiałych względów - odpowiedzi. A tu - nadeszła, na dodatek tak miła. Po cichu przyznaję się do wzruszenia.

wtorek, 30 marca 2010

Jesienin - wcielony liryk.

Czytałam dzisiaj o Siergieju Jesieninie, przedstawicielu imażynizmu. Znalazłam zdjęcia tego poety - z fotografii patrzy śliczny chłopiec z falującą czupryną, pięknie wykrojonymi ustami i wzrokiem wypełnionym - zdawałoby się - marzeniami. Dziwne było jego życie, pełne szaleństwa, aż po granice obłędu. Skończyło się też za wcześnie. Jesienin w wieku 30 lat popełnił (prawdopodobnie) samobójstwo, chociaż istnieją pogłoski, że został zamordowany.
I - żal. Ile wierszy mógł jeszcze napisać, jak się rozwinąć? Co stworzyć? Żal, żal, że tyle pytań bez odpowiedzi.

[Zawirują liście złotawe]
Sergiusz Jesienin

Zawirują liście złotawe
Nad różową wody powierzchnią,
Jakby rój motylków nad stawem
Trzepotliwie ku gwieździe pierzchnął.

Zakochałem się w tym wieczorze,
Bliskie sercu doliny płowe.
Chłopak wiatr białonogiej brzozie
Zadarł spódnicę na głowę.

Zmierzch podobny owczemu stadu,
Duszę chłód nadchodzi od łąki,
Za furtką zamilkłego sadu
Zadźwięczały i ścichły dzwonki.

Nigdym dotąd tak nie zawierzał
Rozumnemu ciała żywiołowi,
Chciałoby się przebierać jak wierzba
Gałązkami w wodzie różowej.

I jak księżyc, uśmiechając się sennie,
Pyskiem siano ze stogu wyciągać...
Gdzie jest radość, gdzie ukojenie -
Kochać wszystko, niczego nie żądać?

1918?
Przeł. Adam Pomorski

niedziela, 28 marca 2010

Radom! Radom! Radom!

Wróciłam do dom wreszcie, umęczona okrutnie.

O spotkaniu w Radomiu będzie jak odetchnę, tudzież ochłonę, chociaż sama nie wiem, kiedy to nastąpi. Zaraz święta, a wcześniej przygotowania do świąt, a w weekend po świętach znów zjazd w Warszawie. Makabrrrrrrra.

A dziś minęła 23 (dawna 24) i tylko na wannę i łóżko pozostały siły. :)

Więc zanim napiszę więcej - dziękuję. Pawłowi i całej pozostałej spółce.

Zamiast kryć się za regały,
lud radomski wlepiał gały.

:P

środa, 24 marca 2010

Mowa utrudniona

Michał Paweł Markowski, Polska literatura współczesna. Leśmian, Schulz, Witkacy, Kraków 2007

"Co to znaczy interpretować utwór literacki, co to znaczy interpretować wiersz? Od razu odpowiedzmy: interpretacja to stawianie pytań tekstowi literackiemu po to, by go lepiej zrozumieć. Romantyczni filozofowie podpowiadali, że w interpretacji chodzi o to, żeby daną wypowiedź rozumieć lepiej, niż rozumiał ją sam autor. Dzisiaj, kiedy postać autora - choć ważna - nie rozstrzyga już o sensie utworu, powiedzielibyśmy raczej, że w interpretacji chodzi o to, żebyśmy lepiej zrozumieli zarówno tekst, jak i samych siebie. Interpretacja to próba rozumienia wiersza, którego sens nie jest oczywisty, próba, dzięki której nasze rozumienie świata i samych siebie ulega rozszerzeniu. (...) Interpretując, nie stwierdzamy od razu, jaki jest temat wiersza, szybko porzucając obszar słów i lokując się po stronie jednoznacznej myśli, lecz staramy się przebywać w świecie wykreowanym przez słowa wiersza tak długo, jak niezbędny jest namysł, będący podstawą interpretacji. Interpretacja bowiem to namysł nad sensem wiersza. Innymi słowy: interpretacja pojawia się wtedy, gdy słowa wiersza "dają nam do myślenia". W efekcie powinniśmy więcej wiedzieć, więcej rozumieć, choć czasem bywa i tak, że wiersze - szczególnie te najtrudniejsze (a wiadomo skądinąd, że jedna z definicji poezji to "mowa utrudniona") - stawiają szczególnie silny opór rozumieniu. Skoro więc celem interpretacji jest rozumienie sensu wiersza, sens zaś wpisany jest w tekst, to nie powinniśmy pytać: "co poeta miał na myśli?", albowiem nie jest to w interpretacji pytanie istotne. Po pierwsze dlatego, że to, co poeta miał na myśli, wpisał w tekst, który istnieje już bez jego poręczenia i może być odczytywany niezależnie od sytuacji, w jakiej powstał. Po drugie zaś dlatego, że nie chcemy wiersza traktować wyłącznie jako klarownego przedstawienia myśli poety, gdyż - a zdarza się to bardzo często - poeta nie tylko przedstawia własne myśli, ale też to, czego nie udało mu się do końca przemyśleć, co dostało się do wiersza z jego nieświadomości (zakładamy bowiem, że nie nad każdą myślą człowiek pracuje w sposób całkowicie świadomy) lub z innych tekstów, zarówno własnych, jak i cudzych. Po trzecie wreszcie, wiersz zrobiony jest przede wszystkim ze słów, które owszem, odsyłają zarówno do rzeczy, jak i do pojęć, ale jednak odsyłanie to często nie jest pozbawione pewnych perturbacji."

Wiem, że to dłuuuuugi cytat jak na taki malutki blog, ale miałam ochotę nim się podzielić. No i co Wy na to, drodzy Poeci i Krytycy? :)

poniedziałek, 22 marca 2010

Czas, przestrzeń, aksjologia.

Michał Paweł Markowski, Polska literatura współczesna. Leśmian, Schulz, Witkacy, Kraków 2007


"Trzy projekty literackie opisywane w tej książce nie tylko odróżniają się - zarówno rozmachem, jak i klasą - zasadniczo od innych strategii pisarskich pierwszej połowy XX wieku (...), ale też ściśle się ze sobą wiążą w najbardziej elementarnych przeświadczeniach dotyczących literatury, rzeczywistości oraz działającego w niej człowieka - twórcy. Są to trzy najważniejsze krytyczne projekty literackie, które na zawsze zmieniły oblicze polskiej literatury i zmieniają do dziś, podczas gdy inne, dawniej niestrudzenie napędzające machinę polskiego piśmiennictwa - projekt Żeromskiego choćby - utraciły już chyba swą literacką żywotność, choć także bywają źródłem inspiracji. Leśmian, Schulz i Witkacy nie tylko stworzyli oryginalne, myślowe i stylistyczne idiomy literackie, stanowiące ich własny, niepodrabialny znak rozpoznawczy, ale wynaleźli też języki, którymi może posługiwać się literatura nowoczesna, wolna od dziewiętnastowiecznych naleciałości, krytycznie opukująca myślową współczesność. Bohaterowie tej książki to polscy logoteci, wynalazcy, albo lepiej: ustawiacze języków, które do dziś zasługują na baczną uwagę."

No właśnie. Ostatnio myślę szczególnie krytycznie o swoim pisaniu. Zastanawiam się, jakie są moje przeświadczenia dotyczące literatury, rzeczywistości oraz człowieka-twórcy, dopowiadając: mojej literatury, mojej rzeczywistości i mnie jako twórcy (o ile w tych kategoriach mogę o sobie myśleć). Jak szeroki, a jednocześnie przenikliwy trzeba mieć umysł, żeby nie tylko ogarnąć literaturę, ale znaleźć w niej swoje miejsce?
Jakiś czas temu w jednym z maili padło pytanie, czy w mojej książce są trzy ważne elementy, konstruujące świat: czas, przestrzeń oraz aksjologia. Nie umiem do tej pory na nie odpowiedzieć. Chciałabym rzec, że tak, że są, ale wiadomo co się dzieje z dobrymi chęciami...
Czas, przestrzeń, aksjologia... Czas, przestrzeń, aksjologia...