poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Trochę świata...

Gubałówka, Rusinowa Polana, Wiktorówki, Jurgów, Ścieżka nad smrekami w Bachledowej Dolinie, tańce przy góralskiej kapeli i Nosal. Tyle zdążyliśmy... :)





























niedziela, 14 lipca 2019

Na północny wschód - cz. 3, ostatnia - Mierzeja Kurońska

Z samego rana z Pałangi przez Kłajpedę jedziemy na Mierzeję Kurońską - korzystamy z przeprawy promem. Mierzeja Kurońska to wąski, 98-kilometrowy półwysep oddzielający Zalew Kuroński od Morza Bałtyckiego, którego południowa część należy do Rosji.  Na półwysep można wjechać lądem, jednak tylko z terytorium Rosji.  Juodkrantė, Pervalka, Preila i Nida, zbiór osad Mierzei tworzy jedno miasto o długości 50 km o nazwie Nerynga. Wjeżdżając na półwysep od strony Kłajpedy po paru kilometrach dojeżdża się do granicy Parku Narodowego nazwanego właśnie Nerynga. Park Narodowy Nerynga na Litwie powstał w 1991 roku, nieco wcześniej, bo w 1987 roku utworzono Park Narodowy „Kurskaya Kosa” w rosyjskiej części półwyspu. Od 2 grudnia 2000 roku Mierzeja Kurońska jako wspólny obiekt dwóch państw znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Niepowtarzalnym miejscem jest Góra Czarownic. Trasa na wzniesienie jest udekorowana drewnianymi, stylizowanymi na ludowe rzeźbami.  Część z nich odwołuje się do mitologii dawnych Bałtów. Wśród wyobrażonych postaci znajduje się Neringa, bogini-olbrzymka, która wedle legendy usypała z piasku mierzeję, by ochronić rybaków przed zazdrosnym bogiem morza. Dwa nazwiska, które zostały w szczególności w mojej głowie, to Tomasz Mann, pisarz, który tutaj posiadał letni dom i prawdopodobnie tu napisał powieść "Józef i jego bracia" oraz Jean-Paul Sartre, filozof francuski, którego wizytę na Mierzei utrwalono - nad wydmami wznosi się pomnik: mężczyzna idzie pod wiatr, zmaga się z tym wiatrem, który rozwiewa włosy i poły płaszcza. Widoki są zachwycające, osady pełne uroku, nastawione na turystów - pełno pamiątek. Napawamy się, spacerujemy, wdychamy morskie powietrze. Odwiedzamy też Litewskie Muzeum Morza. Delfinarium - właściwie do tej pory nie potrafię do końca się otrząsnąć z tej wizyty. Delfiny są piękne, cudownie wykonują wszelkie ewolucje, sztuczki, ale... No właśnie, jakiś czas temu czytałam artykuł o delfinach w niewoli i oglądając pokaz jednocześnie byłam pełna zachwytu dla tych stworzeń i zasmucona. Ogromną część Muzeum Morza tworzą wielkie akwaria, w których żyjątek przeróżnych bez liku, od drobiazgu po przerażające prawie że potwory. Można by przesiedzieć tam ze trzy dni co najmniej. Ale cóż - czas, czas... Jeszcze jakieś pamiątki, jeszcze zdjęcia. A później - nieco z przygodami, czekając w długiej kolejce na prom - wracamy do domu.

















środa, 10 lipca 2019

Tu zaszła zmiana...

Za oknem w pracy rosną lipy, dwie jabłonie, gruszka dziczka i śliwa. Kiedy jest mokre lato, w trawie pojawiają się grzyby, ogromne i jadalne, jakaś odmiana borowika. Drzewa owocowe są stare, pamiętają początki szkoły i mnie - nastolatkę - sadzącą młode roślinki. W ciągu roku szkolnego dzieciaki wybiegają tu na przerwy, jest bezpiecznie, auta z drugiej strony budynku. Teraz cisza. Oczyma pamięci widzę Tereskę w czasie wakacji, w granatowym sarafanie, zrywającą koniczynę. Później, kwiatek po kwiatku, łodyżka po łodyce, plótł się wianek pachnący miodem.

Na dziś koniec. Kończę sprawdzanie, przeglądanie, uzupełnianie... Spłukuję kubek po herbacie. Zamykam. Wychodzę, ruszam na niewielki spacer dookoła szkoły. mały przegląd okolicy. najpierw w wiśniowy kąt, z którego niewiele zostało - po odgrodzeniu placu sołeckiego po drugiej stronie została większość młodych wisienek. Tu tylko kilka, wiśnie są kwaśne, pod językiem pojawia się też jakiś rodzaj słodyczy. Owoców nie ma wiele, mogłabym oczywiście przejść na drugą stronę (nie, nie po siatce, dookoła, przez bramkę), ale skubię te kilka krwistych kulek, zjadam i wracam ku sadowi od frontu szkoły. Po drodze oglądam powój i cykorię podróżnik, które się w tym roku rozpanoszyły. Gdzieniegdzie krwawnik, dziki szczaw i różowa koniczyna, kilka krzaczków. Zrywam garstkę kwiatów. W domu zalewam wrzątkiem - nie ma taka herbata wyjątkowego smaku, ot - zaparzone siano, ale różowa koniczyna ma wiele pozytywnych właściwości i zalecana jest zwłaszcza kobietom w... eee... pewnym wieku... Trzymam więc w ręku tę koniczynową garstkę, wchodzę w sadek: śliwy, wiśnie, jabłonie, dookoła jarzębiny, klony i duże lipy. Jak zwykle mnie zaskakuje czerwień owoców jarzębin na początku lipca. Skubię tu i ówdzie wiśnię - przydałaby się wysoka drabina, bo na dole owoców tyle, co na lekarstwo. Robię przegląd jabłoni - właściwie pod jedną można znaleźć kilka jabłuszek na wczesny kompot. Moje ulubione, wrześniowe drzewko słabo w tym roku owocuje. Lubię po pracy przyjść i zebrać kilka jabłek - niepryskanych, jakiejś starej odmiany; w tym roku za sucho było. To nic, poczekamy na rok kolejny.

Tymczasem na zachodzie się chmurzy, nisko, nad horyzontem pojawia się granat. Zrywa się wiatr i nagle garścią twardych, dużych kropli uderza deszcz. Biegnę do domu myśląc o zamrożonych pierogach z serem, które odparzę na obiad. Smacznego!

W międzyczasie wciąż myślę, o różnych sprawach i od czasu do czasu uśmiecham się.






wtorek, 2 lipca 2019

Sarna na spacerze

Zanim trzeci i ostatni post o wyprawie litewsko-łotewskiej, kilka zdjęć "z dziś". Wracałam sobie dziś do domu przez cmentarz, do taty zajrzałam, a potem między działkami, między łąkami, między polami... Ten zapach jest niepowtarzalny i przywołuje łąki dzieciństwa takie rozgrzane słońcem, pachnące, pachnące tak bardzo. Wędrowałam więc sobie powolutku, aż tu nagle... Na środku NASZEJ działki, może 10 metrów ode mnie dostojnie spoglądała tęsknym wzrokiem w dal... ONA. Zatrzymałam się w pół kroku i zdjęcie zdążyłam zrobić, marnej jakości, inna sprawa. Ona podniosła się i hyc-hyc wskoczyła między wisienki sąsiadów i chyba tam została, nie chciałam sprawdzać, żeby jeszcze bardziej nie spłoszyć... Proszę, oto zdjęcia po kolei, szukajcie JEJ...