środa, 11 stycznia 2017

Okoliczności przyrody w pracy

Pracuję od wschodu do zachodu słońca...

W drodze do pracy:




Z okna w pracy...



Także z Pszczółkami...




I wreszcie zachodzi słoneczko - mogę iść do domu. :)


piątek, 6 stycznia 2017

sobota, 24 grudnia 2016

Święęęęęęęęęętaaaaaa...

Wszędzie pełno życzeń - na poczcie, na gg, na fesjbuku, w telefonicznych rozmowach i w smsach. I tych składanych osobiście. Dobrych słów nigdy za dużo. Niech się więc ładnie spełniają, byśmy się czuli bardziej kochani i stawali się lepsi. I powiem Wam rzecz jeszcze jedną - miejcie obok siebie bliskich - rodzinę, przyjaciół, dobrych znajomych - takich, na których można liczyć, którzy są obok, kiedy radość i powodzenie, ale i wtedy - zwłaszcza wtedy - kiedy trud, kiedy ból, kiedy niedobry czas. To takie ważne: być razem i czuć to wsparcie, tę obecność. Kiedyś wymyśliłam, że świat zbawić mogą dwie rzeczy: poezja (i całe piękno) oraz poczucie humoru. Miałam napisać o tym wiersz, ale przecież ostatnio nie piszę. Ale mogę Wam złożyć życzenia: tych bliskich tuż obok, piękna i poczucia humoru. Wyściskuję!


sobota, 17 grudnia 2016

A jeśli...

"A jeśli ten świat jest najlepszym z wszystkich możliwych światów?" Czy najlepszy, czy najgorszy - robi się coraz trudniejszy, momentami okrutnie bolesny. I tu myślę o Kacprze, naszym uczniu, leżącym w śpiące, z którym kazano rodzinie się żegnać. I myślę o Aleppo - właściwie nie wiedząc, co jest prawdą, a co tylko "njusem". I o nienawiści, która się gotuje w nas, o tych warczących na siebie ludziach. O wylewaniu się z fb rzek nienawiści, o pokazywaniu wyższości nad innymi. Kiedy po 89' powoli przechodziliśmy "do innego świata" nigdy nie pomyślałabym, że społeczeństw nic nie nauczą okrucieństwa wojen. Mija sto lat i na Ziemi gotuje się jak w tyglu - jakby mieszkańców ogarnęło szaleństwo. A przecież "dla wszystkich starczy miejsca". Skąd ten pęd, ta potrzeba posiadania, zabierania, zagarniania? W pracy rozmowa z Wojtkiem - że nie, nie chciałby wygrać milionów w totolotka. "Czy mi czegoś brakuje? Po co mi miliony? Skąd mam wiedzieć, czy nie stałbym się wtedy innym człowiekiem?". Pięknie i prosto. Prawdziwie. 

Słucham Szostakowicza, gotuję rosół, ogarniam przedświątecznie mieszkanie, czasem z kimś pogaduję - zwyczajne czynności, a w głowie kłębowisko nieustające. Staram się trzymać małych dobrych rzeczy - tych samych, dla których kilka lat wstecz założyłam bloga. Bliscy, przyjaciele, ukochane książki, moje teatry, praca, muzyka, radość śpiewania. 

Wciąż nie piszę, tym razem za dużo we mnie spraw, z którymi nie umiem się pogodzić. Może "pełno światła" będzie ostatnią moją książką? Ot, dzielę się dziś z Wami słowem, na które ostatnio zabrakło mi czasu. Próby i próby, angielski, Łódź i spotkania, praca, poszukiwania pomysłu na nowy spektakl dla Kluczyka, klasówki i prace do sprawdzenia, lekcje do przygotowania. Nie skarżę się - dzielę. Bądźcie łagodniejsi dla siebie.

sobota, 19 listopada 2016

JEDEN / WIELE


Podlaskie. To tu prawosławie ma swoją świętą Świętą Górę Grabarkę. Tu znajdują się parafie staroobrzędowców, synagogi, czy katolickie sanktuaria w Różanymstoku, Krypnie czy Świętej Wodzie. Tu do dziś stoją stare, drewniane meczety (Bohoniki, Kruszyniany). Wiele związków wyznaniowych istnieje tu od wieków i określa specyficzny charakter tego regionu. Podlaskie jest jednym z najciekawszych kulturowo regionów w skali nie tylko Polski ale i Europy. To symboliczna granica między Wschodem i Zachodem.

Tak zabrzmiało wprowadzenie do premierowego koncertu Karoliny Cichej i Elżbiety Rojek, na który - trochę przypadkiem, bez wcześniejszego planowania, trochę w ostatniej chwili dotarłam wczoraj. Ów koncert stał się w piątkowy, wczorajszy wieczór konkurencją nie tylko jubileuszu mistrza Maksymiuka, ale i meczu Jagiellonia-Legia. Zupełnie wypadły mi z głowy rozgrywki sportowe i wjeżdżając po dziewiętnastej do Białegostoku zdziwiłam się, że o tej porze tworzą się korki! Kiedy zbliżyłam się do stadionu i zobaczyłam kibiców w barwach Jagi, odzyskałam pamięć. Na szczęście udało mi się przedrzeć przez Kawaleryjską i zaparkować pod Forum.

Koncert. Zestaw instrumentalny niezwykły, dodatkowo ubogacony elektroniką, którą Karolina posługuje się z finezją. Dwie utalentowane, piękne kobiety z głosami o niezwykłych barwach w towarzystwie równie utalentowanego mężczyzny. I pieśni - pieśni różnych religii, różnych narodowości i w różnych językach. Pieśni, które łączy Podlasie, ponieważ tutaj brzmiały - w kościołach, cerkwiach, molennach, świątyniach protestanckich, muzułmańskich, synagogach... Koncert szczególnie wymowny w czasach współczesnych. A poza tym - po prostu piękny z tymi wielogłosowymi śpiewami, z rytmami - ach, z jakimi rytmami, z tą zabawą dźwiękiem, z "odpustowym instrumentarium", ze świergotami, gwizdami, szelestami. 

Teraz będę czekać na płytę, której wydanie zapowiedziano na przyszły rok. Karolino - gratuluję. W tym opętanym pragnieniem jednej (oczywiście - mojej!) racji świecie ten wielogłos jest balsamem na serce.


„JEDEN / WIELE”. Podlaskie i języki jego świątyń
Karolina Cicha – głos, akordeon, bębny, klawisze, sampler, perkusjonalia
Elżbieta Rojek – głos, taniec, harmonium, diabelskie skrzypce, instrumentarium odpustowe
Bart Pałyga – instrumenty etniczne/gościnnie

piątek, 11 listopada 2016

Choruje się w reteskowie

Już od dawna mam przekonanie, że organizm ludzki (w tym mój) trzyma się, póki musi - a więc póki na mojej głowie były ważne sprawy w pracy, póki - teoretycznie - byłam nie do zastąpienia, trwałam. Tylko mniej-więcej pozamykałam te "niezastąpialne", a przed oczyma zamajaczył czas wolny - pstryk i poddałam się wirusom. Ratowałam się jak mogłam w czwartek, ratuję i dziś, i widać, że rusza ku lepszemu. W roli głównych ratowników wystąpiły: maliny, lipa, miód, cytryna, nalewka malinowa ma własna, nalewka pigwowa Basina, czosnek (zionę!) oraz ugotowany dziś od niechcenia nieco byle jaki rosół, ale zawsze rosół. W efekcie zużyłam całą lipę (w przyszłym roku nazbieram więcej!), cytrynę, wykończyłam obie nalewki (bez obaw - nie były w wielkich ilościach, a posiadam też inne, gdyby kto chciałby spróbować ;)). 

Niestety, przez owe zmagania, nie mogłam wziąć udziału w świętowaniu Odzyskania Niepodległości - a lubię te nasze uroczystości zakończone wojskową grochówką i wspólnymi śpiewami żołnierskich pieśni. A w planach jeszcze w środę miałam wyskoczenie do Warszawy na czwartkowy wieczór z książką Doroty i szybki poranny powrót w piątek. I nici z tego wszystkiego. Jedynym plusem było to, że odespałam wszelkie zaległości - bo cóż można robić, gdy głowa boli, a człowiek się nieco rozsypuje. Poranne godziny beztemperaturowe wykorzystałam do przeczytania "Sample story" i w ten sposób zamiast wieczornego, miałam poetyckie spotkanie poranne. Na liście tegorocznych lektur ten tomik stał się 60. numerem. 

Dobrze, że jutro sobota, a pojutrze niedziela. Liczę, że w poniedziałek zapomnę o wirusach.

I jeszcze wiadomość, która szybko obiegła świat - zmarł Leonard Cohen. Żal i smutek.


poniedziałek, 7 listopada 2016

O nasz dniu codzienny!

Po słabo przespanej nocy przymusiłam się do wybrania do pracy, przypominając, że lubię swoją pracę, aczkolwiek wolałabym po stokroć pozostać ze dwie godziny w łóżku. W pracy, jak to w pracy - dużo pracy, dzień minął jak jedno mgnienie, pędem wracam do domu, albowiem muszę się nieco ogarnąć. Kilka spraw w międzyczasie załatwionych, i szybko, szybko do auta, bo robi się późno, a dziś ważny wieczór i chcę zdążyć na czas - uroczystość wręczenia XXII Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Franciszka Karpińskiego, której laureatem w tym roku jest - ta dam! ta dam! - sam Wiesław Myśliwski. Kto mię zna, ten wie, że jestem wielbicielką powieści owego Autora i uważam Go za największego współczesnego polskiego prozaika. 

Podirytowana sobą, że znów jestem w ostatniej chwili, nie mogę znaleźć miejsca parkingowego, zawracam, zdaje się niekoniecznie prawidłowo i wreszcie dostrzegam lukę, w której zmieści się mój Mundek. Parkuję, kurcgalopkiem pędzę do parkomatu, płacę, wracam, zostawiam kwitek, jest 17.00! Więc jeszcze szybciej lecę do Książnicy, wpadam przez otwarte drzwi i... nie zauważam kolejnych. Zamkniętych. Przygrzmacam czołem, łukiem brwiowym, policzkiem w szybę, której naprawdę tam przed chwilą nie było. Trochę chyba odruchowo zamortyzowałam uderzenie ręką. Huk poszedł. Szyba cała, dzięki Bogu. Sprawdzam czoło - nie krwawi, więc macham ręką, zostawiam okrycie w szatni - na górę, jeszcze ludzie się schodzą, jeszcze się nie zaczęło. Ufff. Siadam. Obmacuję dyskretnie łeb, bo pobolewa. Nie mdleję, nie mam mdłości - mam nadzieję, że to nie wstrząśnienie mózgu. Zaczyna się. Oczywiście powitania, przemowy i wszelkie obowiązkowe takie tam. Wręczenie nagrody - "za najwyższej próby twórczość powieściową, która odsłania metafizyczny wymiar istnienia człowieka". Ładna laudacja profesora Kuleszy, ładna i mądra - lubię. I słowa Laureata o pisaniu "z niewiedzy". Wzruszam się. Jeszcze koncert pieśni Karpińskiego w wykonaniu męskiej grupy i ustawia się kolejka z książkami. Wzięłam wszystkie, które mam, ale nie odważam się widząc ten tłum, podsuwać wszystkich do podpisu. Wyciągam "Traktat o łuskaniu fasoli", otrzymuję autograf. I - robię to - odważam się zapytać, czy mogę podzielić się swoją książką. Pan Myśliwski przyjmuje, odkłada na stolik. Dziękuję i odchodzę ściskając kciuki, żeby jej nie zapomniał i żeby przeczytał choć jeden, najmniejszy wiersz. Wzruszam się jeszcze bardziej.

Trochę miłych słów wymienionych ze znajomymi, herbata - i znikam. Wpadam po drodze do sklepu. i kogóż to widzę tłumaczącego ekspedientce: że nie ta ryba, nie ta, w prawo, nie, niżej. Kupującego w białostockim PSS Społem nototenię Karola! Który wpada co tydzień z Warszawy prowadzić zajęcia ze studentami i akurat w tym momencie zdecydował się na nototenię. Dostaje moją książkę, pstryka fotkę pod tytułem "z poetką w Społem". Chichramy się, gadamy, ogarniam się zaraz, robię zakupy, ściskamy się pożegnalnie. Autko, noc, droga do domu.

W domu sprawdzam twarz. Wygląda, że się nie przebarwia póki co, obejrzymy jutro. Łepetynka lekko pobolewa. Karol już zdążył wrzucić zdjęcie na fb! Przeżywam spotkanie z Myśliwskim. Co za dzień!