Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RECENZJE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RECENZJE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 listopada 2014

W poszukiwaniu guguł



Kiedy okazało się, że „Guguły” Wioli Grzegorzewskiej jakimiś dziwnymi drogami z Częstochowy przez Anglię dotarły do Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, ucieszyłam się niezwykle. Jak spektakl ubierze się w książkę, co z niej wybierze, na ile przedstawienie i tekst staną się jednością? Czy staną się? Czy w ogóle muszą się stać? Pytania pojawiały się w mojej głowie, kiedy w foyer czekałam w tłumie na rozpoczęcie premierowego spektaklu. Nagle rozległa się muzyka i kapela poprowadziła nas na nietypową widownię na scenie teatru.

Ścisk, tłok, szukanie miejsca… Taki wykreowano wstęp do tego, co za chwilę miało zadziać się na scenie. I już za moment w tym tłumie zjawiła się bohaterka „Guguł”, Wiola, wracająca do domu na pogrzeb ojca, aranżująca, improwizująca scenę na zatłoczonym dworcu, peronie, w przepełnionym pociągu. I kiedy już wszyscy jakoś się usadowili – popłynęła historia, a właściwie zbiór historii przenoszący widzów w dziwaczny, nieco już zapomniany, niejednolity świat lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Zbiór historii jakby niedojrzały, niedokończony, niepełny. „Dziwnie jest urządzony ten świat” – oznajmia ojciec bohaterki. „Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły.” Guguły – czyli niedojrzałe owoce. Ten zestaw opowieści, odsłaniający ludzką niedojrzałą kondycję, człowiecze pragnienie, by – z jednej strony – dorosnąć, osiągnąć jakąś formę doskonałości, ale – z drugiej strony – szukać wciąż niedojrzałości w sobie, wspominać ją, ćwiczyć się w niedoskonałości, odczuwać jak bolącą miazgę zęba, którego wciąż i wciąż trzeba dotykać językiem, szybko porwał widownię. I za chwilę – śmiech, wzruszenie, powaga, żal, rozczulenie – cały wachlarz emocji.

Mamy więc na scenie-niescenie czwórkę aktorów, którzy porywają obecnych pozwalając przeżywać i pierwsze uczucia, i pierwsze różnorodne doświadczenia, i przygotowania do wizyty papieża, i rozdarcie między wiarą matki a światopoglądem ojca. Mamy główną bohaterkę, Wiolę, która prowadzi nas przez okres swojego dojrzewania, ten czas niezwykły, kiedy jest się formą poszukującą, a poznawanie świata nie pozwala normalnie funkcjonować. I mamy wreszcie jakąś prawdę o nas samych, próbujących odnaleźć siebie w kalejdoskopie postaci pojawiających i przeistaczających się na scenie.

Nietypowa formuła spektaklu, gdzie widz czuje się jego częścią, a nie tylko obserwatorem, ten klimat jakiejś niezwykłej łączności między widownią a aktorami, pogłębiały poczucie „swojskości”, budowały atmosferę dziwnych czasów przełomu w Polsce. Autorka umieściła akcję w Hektarach, wsi w okolicach Częstochowy, ale „Guguły” mogły się zdarzyć wszędzie, więc dobrze, że trafiły na Podlasie. Z pewnością ten spektakl jest wyjątkowy dla pokolenia lat siedemdziesiątych i wcześniejszych, ponieważ może ono odnaleźć w nim własne doświadczenia, jednakże i młodszych widzów poruszy odkrywanie swoich guguł.




Reżyseria – Agnieszka Korytkowska-Mazur
Scenariusz teatru obrzędowego – Robert Wasilewski
Adaptacja powieści "Guguły" – Agnieszka Korytkowska-Mazur
Scenografia – Jacek Malinowski
Choreografia – Maciej Zakliczyński
Opracowanie muzyczne – Robert Wasilewski
Inspicjent – Jerzy Taborski

Obsada:
Jolanta Borowska
Katarzyna Siergiej
Sławomir Popławski
Mateusz Witczuk

Muzyka na żywo – zespół Transkapela:
Robert Wasilewski
Ewa Wasilewska
Iga Wasilewska
Michał Mościcki
  










piątek, 24 stycznia 2014

Polekturowo i przedlekturowo

Trzy rzeczy za mną, o których warto słówko skrobnąć. Pierwsza i druga to książki Joanny Bator, do sięgnięcia po które skłoniła mnie Nagroda Literacka Nike. Wcale nie jest łatwo w bibliotece zdobyć "Ciemno prawie noc", ale udało mi się dostać "Japoński wachlarz" oraz "Chmurdalia".

 
Ta pierwsza pozycja to felietonowy pamiętnik z dwóch lat spędzonych w Japonii. Rzecz bardzo ciekawa, bo dla takiego laika jak ja pokazująca egzotyczny kraj z różnych stron i sprawiająca, że zaczyna się rozumieć "co, jak i dlaczego". Mnóstwo interesujących informacji, ciekawych historii. Lekko, dobrze napisane, polecam wszystkim wielbicielom podróży.

Rzecz druga - "Chmurdalia" - ujęła mnie od pierwszej chwili tytułem zaczerpniętym ze Stachurowego "Coś srebrnego dzieje się w chmur dali". Mityczna Chmurdalia wymyślona przez dwie dziewczyny na dachu wałbrzyskiego bloku przewija się przez całą powieść. Atmosferą - może ze względu na miejsce części akcji, ale może i nie tylko - przypomina czasami prozę Olgi Tokarczuk. Wcale się temu nie dziwię, ponieważ miejsce urodzenia i zamieszkania często warunkuje sposób pisania. Przypominają mi się teraz podlaskie powieści z ostatnich lat - Jana Kamińskiego, Michała Androsiuka, Krzysztofa Gedroycia - one mają jakiś wspólny mianownik, "tutejsze" smaczki. Dlatego nie dziwię się, że "Chmurdalia" nosi cień (a może światło) Tokarczuk. Nie znaczy to, że jest naśladowaniem, właśnie nie, jest odrębną zupełnie rzeczą, a historia Dominiki wciąga mnie na tyle, że muszę sięgnąć po "Piaskową Górę", która jest pierwszą częścią. Cudownym pomysłem jest połączenie różnych światów w powieści przez historię... autentycznego nocnika Napoleona...

I rzecz trzecia, przez którą przebrnęłam i trawię, książka laureata Literackiej Nagrody Nobla w 2012 r., Mo Yana, "Obfite piersi, pełne biodra". Wcześniej czytałam już "Krainę wódki" tegoż i byłam całkiem usatysfakcjonowana lekturą, zwłaszcza zbudowaniem fabuły na narracjach kilku osób. W przypadku "Obfitych piersi..." jest inaczej, co nie znaczy, że to słaba literatura. Na pewno to książka rozedrgana, nosząca w sobie szaleństwo, zadziwiająca ogromem pracy, ilością tekstu (639 stron!), fantazją autora, ale i okrucieństwem, powieść, która zmusza do pytań o prawdę dotycząca Chin. Autor prowadzi nas przez dziesiątki lat historii jednej rodziny, rodziny Shangguan, w której kobiety odznaczają się właśnie tytułowymi obitymi piersiami i pełnymi biodrami, a główny bohater, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr, wzbudza w czytelniku całą gamę uczuć, od czułości, współczucia, bo zirytowanie, zdenerwowanie, a nawet chęć kopnięcia w... pomińmy milczeniem. W tle - wydarzenia historyczne: Powstanie Bokserów w 1900 roku, upadek dynastii cesarskiej, inwazja japońska, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucja kulturalna", aż do reform gospodarczych i lat 90. XX wieku. Polecam mimo wszystko.

 A przede mną - przeznaczone na pierwszy tydzień ferii książki. Pierwszą jest "Przyjaciółka z młodości" najnowszej noblistki "Alice Munro" - również nie znam tej autorki. Przyznam się, że nie przepadam za opowiadaniami, zawsze bliższe mi były powieści, zwłaszcza mięsiste i obfite, ale kto wie, co mnie spotka na stronach "Przyjaciółki z młodości".  Druga lektura na najbliższe dni to rzecz zupełnie inna, mianowicie "Wojna cukierkowa" Brandona Mulla, autora "Baśnioboru", który - zwłaszcza pierwsze części - czytałam z dużą przyjemnością. To powieści dla dzieci, ale lubię wiedzieć, co czytają.






poniedziałek, 25 lutego 2013

Frazy we Frazie


Przyfrunęła dzisiaj wprost do pracy (na wsi listonosz wie, komu trzeba zanieść korespondencję do pracy). A w niej zapowiadana recenzja Olgerda Dziechciarza, który pisze o "Samosiejkach" m.in. tak: 
Jest w tych wierszach - jako rzekłem - przede wszystkim wzruszenie światem prostym, wzruszenie, które udziela się czytającemu, zwłaszcza z roczników bliskich autorce. Wzruszają staruszkowie na słońcu, ich "Kruche ondulacje i starannie przyczesane pożyczki", skonfrontowani z początkiem życia, pięknem niemowlęcia śpiącego z zaciśniętą piąstką "Słowo/ piąstka" (Piąstka)...
oraz recenzja Eweliny Cenarskiej, autorka zwraca uwagę na to, co czasem jest niezauważane w tomiku "Sonia zmienia imię":
Pisanie to także swoisty sposób na życie. Jeden z bohaterów tomiku "umierał ilekroć pisał wiersze / jeżeli nie pisał / umierał dwukrotnie" (wiersz nie dla obcych). Słowa pozwalały mu trwać, zostawić po sobie coś, co sprawi, że nie odejdzie w zapomnienie, a zatem nie umrze po raz kolejny. (...) Tak więc Sonia jest zrodzona nie tylko z uczuć, ale i słów. To nimi opisuje rzeczywistość, uczucia, tęsknoty, radości i smutki. Za ich pomocą kreśli cały świat, który ją otacza.
Dodatkowo pięć wierszy, które, jeżeli sprawy ułożą się pomyślnie, znajdą się w nowej książce: "W tym kraju", "Gołębie na torowisku", "Powrót", "Że noc" i "Świat dzieje się za szybko". Jeden z tekstów ku przypomnieniu i zachęcie: 

Że noc

Mieszkam w kraju, gdzie na dworcach dziewczyny noszą lalki
zamiast niemowląt. Tak jest łatwiej - nie trzeba ubierać dziecka

- sztuczne tworzywo nie marznie. Ludzie patrzą na innych
jak w lustro - chcą widzieć tylko siebie. W pociągu

przesuwam się od przedziału do przedziału - klatka, klatka, klatka
- i w każdym spojrzeniu: to nie ja, nie ja, nie ja. Mieszkam

w kraju, gdzie w podziemnych przejściach chłopcy
zostawiają ślady. Idę i czytam: witamy w mieście,

w którym krew leje się litrami. Piszę o tym
w esemesach i nie mam odpowiedzi na proste:

dlaczego? Mieszkam w kraju, gdzie odpowiedzi
wciąż za mało, chciałabym pytać, ale wiem,

że nie warto. Niemowlę trzeba chronić przed światem,
tak jest łatwiej - niech rośnie, zanim dowie się,

że noc, że krew, że nic. 

poniedziałek, 28 maja 2012

Zaglądam do Toposu...

a tam, w najnowszym numerze, krótka recenzja "Samosiejek" autorstwa Roberta Rutkowskiego. Można ją także przeczytać na blogu Roberta, czyli TUTAJ

wtorek, 1 maja 2012

Ciąć czy rozplątać? - Tomasz Piekło i jego "Język gordyjski"



Leży przede mną niewielka, skromna książeczka, kształt kwadratu, dwadzieścia pięć tekstów, kilka czarno-białych zdjęć anonimowego autorstwa. Autor: Tomasz Piekło, tytuł: "Język Gordyjski". Czytam.

W czasie lektury natrafiam na wiersz [Miałem siedem lat], który swego czasu pojawił się na fejsbukowej Subiektywnej Liście Przebojów Poezji Współczesnej. Z przyjemnością czytałam go w owym zestawieniu, ale też wspominałam dyskusję i pretensje niektórych, że jest taki łagodny, zwyczajny, bez mięsa...

Niektórzy uznali to za wadę, a dla mnie to zaleta. Wiersz, który ma wszystko na wierzchu, który krzyczy, wymyśla, woła: popatrzcie jaki jestem bolesny i okrutny, nie zwiedzie mnie, wobec takiej poezji jestem na dystans, patrzę z nieufnością. Wolę pisanie, które więcej ukrywa niż wystawia na widok publiczny. I w ten sposób czytam tomik Tomasza - zbiór historii, w których odkrywam to, co na pozór ukryte. Mogłabym za Małym Księciem powtarzać, że "najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".

Tomasz Piekło, rocznik 83, miał 27 lat, kiedy w 2010 r. ukazał się "Język gordyjski". Nie dziwię się więc, że jest w tym tomiku wszystko, co może leżeć w kręgu zainteresowań młodego mężczyzny - odnajdujemy więc wspomnienia:

wydarzyło się nam. wszystkie gazety pisały o tym
święcie zmarłych, listach agentów, sprzedanych meczów,

zwycięstwie reprezentacji i porażce anglii. czy to nie piękne,
że listopad ma tak wielką moc zbawienia.  

(kronika listopadowa),

Szkolne wycieczki nad rzeką topią kukłę, tak
jak my kiedyś. Wszystko się powtarza.

(Dwudziesty pierwszy),

mamy wiele słów o miłości, relacjach damsko-męskich:

jeśli była, jak niewidomy mogłeś patrzeć
w słońce. A ona śmiała się, wiązała
włosy przed wyjściem - dzień z nocą.

Jeśli był język, miłością był - zaledwie
dotknął. Nazwał i pozwolił odejść.

(Kobieta),

Stoję przed wejściem, ale to tak jakbym już
kochał się z tobą. Kocham się z tobą
każdej nocy. Stoję przed wejściem.

(Lekcje śpiewu),

mamy także rozstanie i tęsknotę:

wydarzyło się nam. mamy szczęście, że trafiliśmy na siebie,

że rzuciłaś mnie, że ja rzuciłem ekonomię - przeliczyłem się

(kronika listopadowa),

Połowa marca. Rzuciłem palenie.
Nie wiem, za czym tęsknię.
Rzuciłem z tęsknoty, jak zawsze.
Słyszę twój głos w słuchawce,
stukot obcasów. Chodzisz za mną
od stołu do łóżka. Jestem głodny.

([Połowa]).

Subtelnie, nostalgicznie, często sensualnie opowiadane historie. Czytam z przyjemnością, a jednocześnie odkrywam poza tymi historiami coś więcej. Nie na darmo tytuł tomiku brzmi "język gordyjski". Fascynacja słowem, nakładające się dwie rzeczy - zabawa językiem oraz próba przeniknięcia fenomenu znaczeń, to odnajduję w książce Tomasza Piekło. Pierwszy wiersz pyta:

Jeśli ciało - do kogo należało ostatnio? Jeśli
słowo - do kogo należało ostatnie?

([Tutaj przecina się kilka szlaków]).

I dalej, jeszcze kilka przykładów rozwiązywania/rozcinania języka:

Zbiera się
na burzę. Śpij. Nauczysz się zbierać.

(Bajka z drugiej połowy
lat osiemdziesiątych),

Słowa są niecierpliwe, wyrywają się spod skrzydeł,
chcą mówić same za siebie, gdy patrzysz,
jak drzewo wiśni w środku lata, na jednym z brzegów
ogrodu, oblega gromadka szpaków, chwilę
przed burzą, przed ciszą, po niej.

(Lekcja),

nawet najdłuższe milczenie kończy się kiedyś
śmiercią - obiecaj mi ten koniec
słowem

([nawet najdłuższe milczenie]),

Historia, która trwa dłużej niż kilka zachodów razem
wziętych, razem opuszczonych.

(Projektanci wnętrz).

Całość zamyka tekst, który przez swoją puentę jeszcze bardziej podkreśla wagę słowa, jego rolę, wieloznaczność:

Wstęp do Dziewczyny z książką

Wolność zniewolona taki tytuł nosi drugi rozdział książki, którą czyta dziewczyna w autobusie.
Ma na sobie czarne rajstopy, spódniczkę po kolana, cielisty jasny sweterek – spod niego przebija
czarny stanik. Przebija wszystko.

Na przejściu dla pieszych czekam z nieznajomą na zielone. Światło. W jednej ręce trzyma
siatkę z zakupami. W drugiej, jak na szali, pięć książek Mastertona. Co więcej waży?
Światło. Idziemy.

Wrzesień. Gnój na polach, zaduch w dalekobieżnym autobusie. Siada przy szybie
po przeciwnej stronie, siedzenie w siedzenie, noga na nogę. Czyta i spogląda w moją stronę,
jeszcze niezapisaną.

Ni to proza, ni to poezja - być może proza poetycka. Nieważne, bo jak twierdzi O'Hara przywołany w motcie do jednego z wierszy: "To jest nawet proza, jestem prawdziwym poetą". Zakończę efektownie: Tomasz Piekło także jest prawdziwym poetą.

Tomasz Piekło, Język gordyjski, Kraków 2010

czwartek, 26 stycznia 2012

I "Samosiejki" w Ziemi Olkuskiej

Recenzja Jarosława Nowosada w Ziemi Olkuskiej, czytałam z przyjemnością.


poniedziałek, 23 stycznia 2012

"Samosiejki" w Gazecie Współczesnej

Krótka recenzja Artura Jana Szczęsnego ukazała się w weekendowym wydaniu Gazety Współczesnej. Pozdrawiam Autora!

piątek, 28 października 2011

Opowieść o opowiadaniu opowieści...

Niejako "z obowiązku" przyszło mi ostatnimi czasy przeczytać powieść Grahama Swifta "Kraina wód". Rozpoczęłam lekturę z obowiązku, ale kontynuowałam i zakończyłam już z przyjemnością wynikającą z obcowania z dobrą książką. Może trochę za wcześnie zdradzam własną opinię, zamiast zostawić ewentualnego czytelnika w niepewności, ale cóż: czy moje zdanie na temat "Krainy..." wygłaszam teraz, czy podałabym je na końcu, jest ono jednakowe. Znacznie ciekawsze zdaje się pytanie - dlaczego uważam "Krainę wód" za rzecz wartą polecenia. I tutaj jak zwykle, kilka argumentów i parę słów o tym, jak autor prowadzi narrację.

Z pewnością każdy z nas układał w życiu puzzle. Szuka się podobnych motywów i łączy, łączy w całość poszczególne fragmenty. Tu znajdzie się kawałki nieba, tam lasu, oddzielnie grupuje się budowle i w ten sposób powstaje jakiś obraz. Taką budowę "puzzlową" ma "Kraina wód". Wkraczamy w książkę w momencie, kiedy Tom Crick, nauczyciel historii, zamiast uczyć dawnych dziejów, zaczyna... opowiadać historie. Różne historie, które zaczynają się, ale nie kończą od razu, do których narrator wraca, nawiązuje, po kolejnych rozdziałach nagle puentuje - to wszystko przypomina mi układanie puzzli. I im bliżej końca, tym lepiej widzę sens, poszczególne cząstki zazębiają się, coraz większe fragmenty wyłaniają się z początkowego chaosu. I wreszcie - mamy to, całość. Wiemy już kto, kiedy, jak, dlaczego... Oczywiście wiemy to w warstwie historii, moglibyśmy złożyć w chronologiczną całość wyznania Toma.

O czym więc opowiada nasz narrator? Można powiedzieć, że na poszczególnych stronach kompletuje sagę swojej rodziny, zawiłą, fascynującą, związaną z tytułową "Krainą wód" - wschodnioangielską Fenlandią. W powieści dzieją się rzeczy mniej i bardziej niesamowite, mamy i miłość, i śmierć, morderstwo i samobójstwo, mamy detektywistyczne poszukiwania i młodzieńcze dorastanie, kidnaping i kazirodztwo... Wreszcie mamy warstwę filozoficzną - rozważania na temat roli, wartości i sensu historii rozumianej jako przeszłości.

Jest w powieści Swifta to, co lubię bardzo - dobra, wciągająca "story", a poza fabułą o wiele, wiele więcej i dlatego warto sięgnąć po "Krainę wód". Polecam. A ja z pewnością poszukam w bibliotece kolejnych książek tego autora.

czwartek, 22 września 2011

Czyta się Karpowicza - cz. II: chińskie ciasteczko

Kiedy kilka lat temu zaczęłam grać w literaki, odkryłam, że literakowy słownik zezwala na użycie form czasownika w czasie przeszłym, w rodzaju nijakim i nie tylko w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Byłom, robiłom, czytałom... I uczyłoś, śpiewałoś, tańczyłoś... Wówczas zastanawiałam się, kto i w jakiej sytuacji w ten sposób może mówić. 

Kilkanaście dni temu trafiłam wreszcie w bibliotece na "Balladyny i romanse" Ignacego Karpowicza; po "Niehalo" i "Nowym kwiecie cesarza" chciałam sięgnąć po kolejną powieść tego autora. A powiem, że "Balladyny..." w ciągłym były czytaniu, polowałam na nie już od kilku miesięcy. Wreszcie jednak wpadły w moje ręce. Otworzyłam na pierwszej stronie i... cóż to... Narratorem pierwszoosobowym pierwszej cząstki okazało się... chińskie ciasteczko! Które o sobie mówiło, rzecz jasna, w rodzaju nijakim! Rozbawiło mnie to bardzo i  - jednocześnie - wciągnęło od pierwszych stron w lekturę.

Co mogę powiedzieć w tym momencie, kiedy książkę nominowaną do nagrody Nike mam już za sobą? Przede wszystkim - po lekturze różnych rzeczy w ostatnim czasie wiem, co szczególnie cenię w powieści. Jest to tzw. "story". Książka musi opowiadać dobrą historię, fabuła ma wciągnąć i nie pozwolić się oderwać, zmuszać do powracania, aż do ostatniej strony. I z pewnością "Balladyny i romanse" mają swoją "story". Na dodatek na tyle niezwykłą, że w czytelniku budzi przeróżne uczucia. Zaczyna się z pozoru całkiem zwyczajnie - zwyczajne miejsca, zwyczajni ludzie, no może czasem jakieś niepokojące zdarzenia... Z biegiem akcji wszystko się zapętla, rozkręca, a apogeum osiąga, kiedy autor przenosi nas do... nieba, które zamieszkane jest przez rzesze bogów z różnych epok i religii. Funkcjonują obok siebie, w miarę zgodnie, w mieście miast do czasu, kiedy podejmują decyzję, że należy zamknąć niebo, a bogowie, gromadnie, zstąpią na ziemię - czyż to nie interesujące "story"! Jak najbardziej!

Gdybym jednak ktoś mnie zapytał - o czym są "Balladyny i romanse", powiedziałabym, że o sprawach wiecznych - o miłości i samotności, o pragnieniach i niespełnieniu. O życiu i śmierci. To wszystko podszyte nutką ironii, opisane z niemałym poczuciem humoru, czasami czarnego.

Przypomniałam sobie, już po lekturze, rozmowę na temat książki Karpowicza, w której usłyszałam, że to typowa powieść postmodernistyczna. Nie powiem, że nie, ale z przyjemnością takie postmodernistyczne powieści mogę czytać.

niedziela, 11 września 2011

Łódź w Białymstoku

Teatr, ach teatr, ta magia, czar, gdy w ciągu wieczoru jestem w Paryżu, w innych stolicach europejskich, w Stanach Zjednoczonych... Na dodatek w towarzystwie samej Edith Piaf... Słucham jej piosenek, oglądam życiowe klęski i szczęścia... Wszystko to za sprawą łódzkiego Teatru Małego w Manufakturze, który przyjechał do Teatru Dramatycznego im. A. Węgierki w Białymstoku. Spektakl "Ja, Edith Piaf", jak sugeruje tytuł, opowiada historię francuskiej piosenkarki. Pomysł, nienowy - schorowanej, u kresu życia bohaterki, która wspomina i jeszcze raz przeżywa przeszłość - został odświeżony za sprawą wykorzystania lalki. Postać Edith Piaf, w czerni, ze szczupłą twarzą wyrzeźbioną w drewnie i ogromnymi, sugestywnymi oczami, usadzona na fotelu i animowana nierzadko przez kilku aktorów, wywiera niesamowite wrażenie. Podziw budzi aktorka grająca artystkę, która raz jest schorowaną Piaf, by za moment stawać się młodą Edith, śpiewającą, śpiewającą i śpiewającą, dla której życie bez muzyki i miłości jest nic nie warte. Sporo ciekawych rozwiązań scenograficznych przy minimalnych dekoracjach - fotel, kilka walizek - wszystko. Ze dwie dłużyzny w pierwszej części przedstawienia - nie wiem, czy to były jakieś potknięcia, ale się pojawiły. Oczywiście sam motyw życia Edith potraktowany bardzo wybiórczo - kilka wyrazistych faktów, bez wielkiego psychologizowania, ale chyba nie o to chodziło reżyserowi. W sumie spektakl, który obejrzałam z przyjemnością, słuchałam z równą przyjemnością piosenek, którym towarzyszył akordeon (bardzo dobry, zdaniem takiego laika jak ja). Dobry czas, czas wzruszeń, chwila zatrzymania się i zastanowienia nad ludzką konstrukcją.

Kilka danych:

  • "JA, EDITH PIAF"  -  Mieczysław Gajos, Alina Skiepko-Gielniewska
  • Reżyseria: Alina Skiepko-Gielniewska
  • Lalki i kostiumy: Maria Balcerek
Obsada:
    • w roli Edit Piaf Joanna Stasiewicz
    • Anna Zadęcka
    • Jerzy Stasiewicz
    • Robert Wojciechowski
    Więcej: http://www.teatr-maly.pl/spektakle/ja-edith-piaf.html

    czwartek, 30 czerwca 2011

    Hanna we Frazie :)

    Rano do pracy - prysznic, kanapka, klucze... Wychodzę. Naciskam klamkę i słyszę, że z drugiej strony coś upadło. Uchylam ostrożnie drzwi... Szara koperta z książką! Nadawca - Fraza! Ach! Zamykam mieszkanko i w drodze rozdzieram opakowanie. Na światło dzienne wyciągam nowiutkie pismo. A w nim - mnóstwo do czytania, jak to zwykle we Frazie. W Portretach - Olgerd Dziechciarz, o którego najnowszym tomiku pisałam TUTAJ i Alicja Baluch, z pewnością sięgnę po jej echobajki ze względu na moje teatralne poszukiwania scenariuszy. Dalej cały dział poświęcony Michałowi Fostowiczowi. A w Nieznanych Miejscach Zamieszkania (Literatury) min. Ewa Włodarska-Lorek i Janusz Radwański, na którego tomik czekam, ale przede wszystkim - Hanna, wydrukowana. Niedługo pojawi się w książce, ale póki co, rzeszowskie pismo zamieściło wiersze laureatów Konkursu im. Ratonia. Oprócz moich tekstów - poezja Patryka Czarkowskiego (II nagroda) i Kasi Zając (III). Jednak w najcudowniejszy nastrój wprawia mnie słowo p. Janusza Pasterskiego "Notatnik otwarty: Harmonia i rozedrganie" - słowo o wierszach laureatów z Olkusza, a szczególnie słowo o Hannie. Z przyjemnością skanuję stronę i zamieszczam ją tutaj:


    FRAZA, nr 1 (71) 2011

    piątek, 24 czerwca 2011

    Sonia w sZAFie

    W najnowszym, 39 numerze kwartalnika literacko-artystycznego sZAFa można znaleźć słowo o Soni autorstwa Teresy Rudowicz. :)

    Link: Teresa Radziewicz, Sonia

    Zapraszam do lektury.

    Poza tym w owej sZAFie różne inne interesujące rzeczy: poezja min. Izy Fietkiewicz-Paszek, Madzi Gałkowskiej,  Karola Graczyka, Krzyśka Kleszcza, Marka Radeckiego, Kuby Sajkowskiego, proza np. Małgosi Południak, a w części poświęconej Miłoszowi, również między innymi, słowo Zbigniewa Fałtynowicza. W sobotę podczas Seminarium Poetyckiego "Obecność" w Białymstoku miałam przyjemność wysłuchać gawędy o Miłoszu p. Zbyszka połączonej z prezentacją zdjęć, dlatego na pewno chętnie zaraz poczytam, co tam w sZAFie piszczy. Poza tym - wywiady i relacje ze spotkań (z mojego w Miłosławiu!). Tylko czytać, więc link podrzucam: sZAFa.

    niedziela, 12 czerwca 2011

    Notatki na marginesach wierszy - "Mniej niż zło" Olgerda Dziechciarza

    Lubię czytać wiersze z ołówkiem w ręku, zakreślać wyjątkowe dla mnie frazy, spisywać spostrzeżenia obok tekstów. Któregoś razu przepisałam te notatki i w ten sposób powstało coś w rodzaju recenzji, którą zamieściłam na blogu. Mam wciąż jeszcze kilka tomików, w których czekają moje ołówkowe zapiski. Jeden z nich to właśnie "Mniej niż zło" Olgerda Dziechciarza.

    Dwie rzeczy zwróciły moją uwagę na samym początku. Pierwsza to odmienność tych wierszy. Jest w nich coś osobnego - może to, że się nie mizdrzą, nie ubierają się ładnie, są takie bez makijażu - używając kobiecych skojarzeń. Druga rzecz natomiast, to kategorie moralne, o które książka pyta, o których opowiada.

    Na pierwszej stronie zapisałam: Mniej niż zło - czyli ile? Co oznacza tytuł? Nawiązuje do  "mniejszego zła"? Mniej niż zło - to lepiej czy gorzej? Czy w ogóle w tych kategoriach na ów tytuł należy patrzeć? Otworzyłam więc książkę na... spisie treści. Dwie części: "Z myślenia" - 30 wierszy i  "Sen(s)tencje (z lat 2005-2009)" - zbiór krótkich myśli, spostrzeżeń, krótkich notek, pojedynczych metafor. Przejrzałam tytuły wierszy...

    Już w tytułach znalazłam potwierdzenie swojej tezy. Wśród pierwszych wierszy: "Grzech pierworodny", a wśród ostatnich: "Zdrada", "Żal", "Confessio". Czytam kolejne teksty i odbieram je jak rozmowę dojrzałego człowieka na temat życia, naszego tutaj i teraz, na temat naszych wyborów, dobra i zła, na temat śmierci. To co w istnieniu najważniejsze, pojawia się ujęte w proste słowa, bardziej pytania niż stwierdzenia, bardziej spostrzeżenia niż prawdy objawione.

    Wiersz pierwszy: "Skaczemy" - potknęłam się na nim od razu, wybił mnie swoimi wątpliwościami z kolein myślenia. Mówił: myślisz, że to twoja decyzja, że jesteś tu, gdzie jesteś? Jeśli tak uważasz, jesteś w błędzie, twoja obecność to tylko gra, jaką prowadzi z człowiekiem rzeczywistość. To nie my skaczemy, nie nasza wola tu działa. Jesteśmy... odbijani... To poczucie niemocy wraca w kolejnych wierszach: 

    na awersie jest twarz
    mądra i łagodna
    na rewersie nienawiść
    pogarda i obrzydzenie

    rzuć monetą ofiaro obu stron

    /Władza/

    W jednym ze środkowych tekstów odnajduję tytułowe "mniejsze zło":

    zważyła w jednej ręce
    i w drugiej

    to chyba było tyle
    ile trzeba

    mniejsze zło
    oddzielone od większego

    /Oddzielenie/

    Pojawia się w wierszach konieczność wyborów, także tych (a może - szczególnie tych) najtrudniejszych, gdy nie ma dobrej decyzji, gdy każda decyzja niesie ze sobą zło - mamy jedynie wybór między mniejszym a większym złem.

    W dalszej części czytam wiersze - historie, wiersze - przypowieści. Pierwsza warstwa, to opowieść: o Cieluchu który ukradł Moneta z muzeum w Poznaniu, o milicjancie Marianie Dybaku, pojawia się Dustin Hoffman, który "ma duży problem z wyborem/ odpowiedniego jogurtu dla siebie" i paparazzi, który "przyczaił się jak wesz w gaciach/ i czekał i czekał i czekał// aż zdybał małego wielkiego człowieka/ na gorącym braku uczynku".

    Czytając tomik Olgerda mam wciąż w głowie słowo "wybór" i odczucie, że chociaż wybieramy i musimy wybierać, to te wybory są tak trudne. W "Zwyrodnieniu plamki żółtej" czytam narzekanie, że "nic już nie jest proste", a świat po najmniejszym błędzie "pcha się we własne ramiona". Wiersze o wybieraniu - tak mówiłabym o książce "Mniej niż zło" - uwierają bardziej, kiedy ten wybór jest szczególnie egoistyczny. Takie - szczególnie trudne - są wiersze ostatnie. Coraz wyraziściej prezentują złe wybory:

    zaproszenie zostało przyjęte
    smokingi szwedzki stół stado hostess

    i woda mnóstwo wody

    zdrady nikt nie zauważył
    zdrada nic nie waży

    /Zdrada/

    Tuż za "Zdradą" mamy "Żal":

    włosy będą rosły
    paznokcie będą rosły
    będziemy rośli w nieskończoność

    i nikt nie będzie nas podziwiać

    /Żal/

    Obok wiersza zapisałam: Wiersz o śmierci? Wiersz o pysze?

    Ostatni tytuł to "Confessio" - wyznanie, przyznanie się, spowiedź. A w wierszu więcej pytań niż odpowiedzi:

    ciepło we mnie skąd się bierze?
    czy przestrzeń którą zajmuję
    to moje miejsce?

    wracam do siebie?
    gdzie w rezultacie nie będę?

    /Confessio/

    Te ostatnie tytuły brzmią jak wyjęte z warunków sakramentu pokuty: najpierw mieliśmy swego rodzaju rachunek sumienia, był żal, teraz pojawia się spowiedź.  Gdzie jest zadośćuczynienie? Poeta przymusza do szukania odpowiedzi na pytania, które zadaje, a także na te, których nie zadał, a które zadajemy sobie sami.

    Lubię czytać wiersze z ołówkiem w ręku, a po jakimś czasie wracać do wierszy i notatek.

    niedziela, 22 maja 2011

    W poszukiwaniu lektury

    Dziś słówko o kolejnych dwóch książkach, które wpadły mi w ręce. Lektury "na trójkę", do przeczytania od niechcenia, przy okazji, kiedy nie ma się sił na coś lepszego. :)

    Pierwsza - "Dziękuję za wspomnienia" Cecelii Ahern, rodzaj komedii romantycznej, ona - po stracie dziecka i w separacji, on - po rozwodzie. Ona otrzymuje podczas transfuzji jego krew, a wraz z krwią - część jego wspomnień, w tym znajomość włoskiego i łaciny oraz obszerną wiedzę z dziedziny historii sztuki. W ramach wdzięczności za uratowanie życia anonimowo dostarcza mu bułeczki, kawę, gazetę, odbiera garnitury z pralni, zamawia limuzynę... On nie może zrozumieć, dlaczego kobieta, którą spotyka u fryzjera, a później na którą natyka się w różnych sytuacjach, wydaje się mu znajoma... Ot, nieco naciągana historyjka.

    Druga - "Nakarmić wilki" Marii Nurowskiej... Hmmm... O ile poprzednia powieść nie udawała czegoś innego, to odnoszę lekkie wrażenie, że ta książka ma ambicje być czymś więcej niż jest, także ze względu na zakończenie. Historia zaczyna się interesująco - młoda absolwentka SGGW spełniając swoje marzenia rozpoczyna prace badawcze związane z wilkami w najdzikszej części Bieszczad. I niestety, to połączenie "Tańczącej z wilkami" z jakimś rodzajem melodramatu rozczarowało mnie. Czytałam lepsze rzeczy p. Nurowskiej.

    sobota, 21 maja 2011

    Alicja w krainie rzeczywistości

    Taki tytuł nosi książka Melanie Benjamin, po którą sięgnęłam w bibliotece i zabrałam ze sobą do domu ze względu na słowa z okładki: "Powieść, która odsłania skandalizujące kulisy powstania ALICJI W KRAINIE CZARÓW".

    Prawdą jest, że książka Lewisa Carrolla o dziewczynce, która pozostała dzieckiem nie wywarła na mnie jakiegoś większego wpływu, w jakimś sensie nie stała się ważna. Z dzieciństwa pamiętam wiele innych, znacznie istotniejszych lektur. Jednak byłam zaciekawiona, cóż to za sensacje proponuje mi autorka. Dopiero w trakcie czytania przypomniałam, że już słyszałam o skandalu, jaki wzbudziły zdjęcia autorstwa Carrolla (naprawdę Charlesa Lutwidge'a Dodgsona) - portrety dziewczynek. Do tej pasji pisarza nawiązuje M. Benjamin. Bazując w części na faktach, a w części na mitach i - rzecz jasna - na własnej wyobraźni, opowiada historię powstania "Alicji w Krainie Czarów" oraz dzieje pierwowzoru bohaterki. Opowiada z nieco skandalizującą nutą, zaskakując zakończeniem - dlatego nie zamierzam go zdradzić. 

    Spokojnie można sięgnąć po "Alicję w krainie rzeczywistości" i zanurzyć się w wiktoriański świat Oksfordu. Nie jest to wielka literatura, ale czyta się książkę lekko, dobrze. Może być niezłą lekturą np. na daleką drogę w pociągu.

    niedziela, 20 marca 2011

    Kompleks Portnoya czyli Teatr Konsekwentny w Starej Prochowni

    Warszawa, Warszawa w weekend, próby przed spektaklem dyplomowym i okazja, żeby wpaść do prawdziwego teatru w stolicy. Tym razem padło na Starą Prochownię - dwa kroki dosłownie obok naszego miejsca noclegowego, aż dziw bierze, że nigdy jeszcze tam nie byliśmy. Spektakl, co do którego można mieć obawy, czyli "Kompleks Portnoya". Z obawą więc podejmujemy decyzję, a na miejscu okazuje się, że... nie ma miejsc. I że trzeba poczekać - może, może jakieś osoby zaproszone nie dotrą. Udaje się, wchodzimy po schodkach do niewielkiej sali, widownia siada po obu stronach stojącego na środku czegoś w rodzaju symbolicznej klatki. Wewnątrz podest w kształcie trójkąta, który, odpowiednio przesunięty, z drugim trójkątem pod spodem tworzy gwiazdę Dawida. No - myślę - trudno aktorom będzie grać tak, by obie strony były usatysfakcjonowane... 

    Zaczyna się... I szybko wpadam w podziw. Pierwsza scena, która budzi mój zachwyt, to awantura, którą po włosku rozpętuje matka, ach jak pięknie się awanturuje wykrzykując te wszystkie włoskie (jak sądzę) przekleństwa. I potem są kolejne sceny, świetne, po prostu świetne. Obserwuję, jak przeistacza się, jak się kurczy, jak zmienia na twarzy tytułowy Aleks. Takie odnosi się wrażenie - od jasnej, szczerej twarzy dziecka, po skurczoną twarz kogoś, kto podjął decyzję niejako wbrew sobie. Podziwiam "małpkę", młodą aktorkę wcielającą się w różne bohaterki. Trochę mniej zachwyca mnie ojciec Aleksa - jest zbyt łagodny, ma taką szczerą twarz, to mi przeszkadza, przecież nie jest niewiniątkiem.

    Jeżeli ktoś zapytałby mnie, czy w spektaklu są wulgaryzmy, powiedziałabym, że tak, czy jest w nim erotyzm, rzekłabym, że pełno. Ale - i to mnie samą wciąż zaskakuje - nie ma tam nic niepotrzebnego. A to ogromna sztuka.

    I kolejna sprawa, która wydaje się ważna. Na stronie teatru znajduję kilka słów opisu:
    „Kompleks Portnoya” to kultowy i zarazem skandalizujący tekst - manifest młodego pokolenia lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Jeden z kamieni milowych prozy amerykańskiej ubiegłego stulecia. Aleks Portnoy, znerwicowany młody człowiek, ucieka od wszystkiego, co go ukształtowało - od ograniczeń, jakie niesie wychowanie w mieszczańskiej rodzinie żydowskiej, od obowiązujących zasad moralnych, od władzy ojca.

    Owszem - myślę - ten spektakl jest o tym, ale - co dla mnie zdaje się ważniejsze, wychodzi poza historię żydowskiego chłopaka. Tak naprawdę to rzecz o walce z własnymi korzeniami, walce pokoleń, o poszukiwaniu swojej tożsamości i o jej niszczeniu, o tym, od czego nie umiemy się wyzwolić. I niekoniecznie jest to walka zwycięska... 

    Gdzieś pomiędzy końcowymi scenami krążyło mi po głowie gombrowiczowskie "upupienie".

    Podsumowując - świetny spektakl, scenograficznie i reżysersko świetnie zrobiony, polecam bardzo.

    Trochę danych:


    KOMPLEKS PORTNOYA


    Na motywach książki Philipa Rotha
    Przekład: Anna Kołyszko
    Reżyseria i scenariusz: Aleksandra Popławska, Adam Sajnuk
    Obsada: Monika Mariotti, Anna Smołowik, Bartosz Adamczyk, Adam Sajnuk
    Scenografia: Katarzyna Adamczyk, Sylwia Kochaniec, Adam Sajnuk
    Kostiumy: Katarzyna Adamczyk


    Premiera: 27 kwietnia 2010


    Więcej informacji na stronie Teatru Konsekwentnego.