czwartek, 22 września 2011

Czyta się Karpowicza - cz. II: chińskie ciasteczko

Kiedy kilka lat temu zaczęłam grać w literaki, odkryłam, że literakowy słownik zezwala na użycie form czasownika w czasie przeszłym, w rodzaju nijakim i nie tylko w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Byłom, robiłom, czytałom... I uczyłoś, śpiewałoś, tańczyłoś... Wówczas zastanawiałam się, kto i w jakiej sytuacji w ten sposób może mówić. 

Kilkanaście dni temu trafiłam wreszcie w bibliotece na "Balladyny i romanse" Ignacego Karpowicza; po "Niehalo" i "Nowym kwiecie cesarza" chciałam sięgnąć po kolejną powieść tego autora. A powiem, że "Balladyny..." w ciągłym były czytaniu, polowałam na nie już od kilku miesięcy. Wreszcie jednak wpadły w moje ręce. Otworzyłam na pierwszej stronie i... cóż to... Narratorem pierwszoosobowym pierwszej cząstki okazało się... chińskie ciasteczko! Które o sobie mówiło, rzecz jasna, w rodzaju nijakim! Rozbawiło mnie to bardzo i  - jednocześnie - wciągnęło od pierwszych stron w lekturę.

Co mogę powiedzieć w tym momencie, kiedy książkę nominowaną do nagrody Nike mam już za sobą? Przede wszystkim - po lekturze różnych rzeczy w ostatnim czasie wiem, co szczególnie cenię w powieści. Jest to tzw. "story". Książka musi opowiadać dobrą historię, fabuła ma wciągnąć i nie pozwolić się oderwać, zmuszać do powracania, aż do ostatniej strony. I z pewnością "Balladyny i romanse" mają swoją "story". Na dodatek na tyle niezwykłą, że w czytelniku budzi przeróżne uczucia. Zaczyna się z pozoru całkiem zwyczajnie - zwyczajne miejsca, zwyczajni ludzie, no może czasem jakieś niepokojące zdarzenia... Z biegiem akcji wszystko się zapętla, rozkręca, a apogeum osiąga, kiedy autor przenosi nas do... nieba, które zamieszkane jest przez rzesze bogów z różnych epok i religii. Funkcjonują obok siebie, w miarę zgodnie, w mieście miast do czasu, kiedy podejmują decyzję, że należy zamknąć niebo, a bogowie, gromadnie, zstąpią na ziemię - czyż to nie interesujące "story"! Jak najbardziej!

Gdybym jednak ktoś mnie zapytał - o czym są "Balladyny i romanse", powiedziałabym, że o sprawach wiecznych - o miłości i samotności, o pragnieniach i niespełnieniu. O życiu i śmierci. To wszystko podszyte nutką ironii, opisane z niemałym poczuciem humoru, czasami czarnego.

Przypomniałam sobie, już po lekturze, rozmowę na temat książki Karpowicza, w której usłyszałam, że to typowa powieść postmodernistyczna. Nie powiem, że nie, ale z przyjemnością takie postmodernistyczne powieści mogę czytać.

6 komentarzy:

  1. Że powieść jest "postmodernistyczna" miało być zarzutem?

    OdpowiedzUsuń
  2. Że typowa postmodernistyczna. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No, ale zrozumiałem, że w tej rozmowie wyszło, że jeśli to "typowa powieść postmodernistyczna" to źle ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. nie chodzi o to, że postmodernizm jest zły... wadą natomiast postmodernistycznej prozy po polsku jest to, że powstaje jakieś z trzydzieści-czterdzieści lat po wysypie takiej literatury w innych krajach... w związku z tym kiedy czytam "Balladyny i Romanse", to z jednej strony odczuwam przyjemnośc czytania, śmieję się, a z drugiej strony mam wrażenie że niektóre rozwiązania już gdzieś kiedyś widziałem... jest to na pewno dobra literatura, ale nie wiem czy chciałbym ją na Nike. w ogóle, zawsze przy Nike czekam na jak najwięcej poezji, nawet nie dlatego że sam piszę, raczej dlatego że mam wrażenie że Polacy mają znacznie więcej ciekawszych rzeczy do zaoferowania w poezji, a nie w prozie. przynajmniej współcześnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. O, uderz w stół... To właśnie Kuba o powieści mówił. I się wyjaśnił. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. "mam wrażenie że Polacy mają znacznie więcej ciekawszych rzeczy do zaoferowania w poezji, a nie w prozie" - ależ to jest Święta Prawda!
    I co do reszty też pełna zgoda. Nie wiem, czy się mogę wypowiadać, bo "Balladyn" przeczytałem jeno kilkadziesiąt stron. Wakacje to jest dla mnie zawsze czas na odrabianie zaległości. I w tym roku padło na klasykę postmodernistycznej prozy: Calvino, Perec. Gdy skończyłem "Życie instrukcję obsługi" sięgnąłem po Karpowicza i szybko odpadłem.
    Natomiast teraz czytam "Chumrdalię" Joanny Bator. No i jeśli lektury jeszcze nie porzuciłem, to znaczy, że jest dobrze. Muszę nawet przyznać, że mnie trochę wciągnęło. Także dołączam się do kibiców Bator w tegorocznym finale Najek.
    O samej nagrodzie można pisać dużo. A czemu nie ma poezji? Wyobrażacie sobie, żeby "Po tęczy" Sosnowskiego wygrało w 2007 (jeśli się nie mylę) wygrało z "Biegunami" Tokarczuk? Przecież książki z paseczkiem Nike chce mieć na swojej półce znakomita część polskiej inteligencji. Gdyby w ich ręce trafił Sosnowski to byłoby ogromne rozczarowanie! I prestiż tej - bądź co bądź - bardzo medialnej nagrody upadł by zupełnie. Tak myślę. Także zamiast rewolucyjnego Sosnowskiego, lepiej wylansować przecież dość konwencjonalną Tokarczuk.

    OdpowiedzUsuń