środa, 16 sierpnia 2017

Morze, nasze morze...

Za mną wspaniałe spotkanie. Wyobraźcie sobie, że ze wszystkich stron Polski (i nie tylko!) przybywają ludzie, żeby ze sobą pobyć. Połączyła nas literatura, a tuż za moment przyjaźnie, sympatie i wspomnienia. I teraz już nie mamy wyjścia - co parę miesięcy coś nas przymusza, żeby obrać ten sam kierunek. Tym razem skusił nas Gdańsk. Trochę zdjęć z wędrówki.

























niedziela, 6 sierpnia 2017

Zachody i odloty

Wyraźnie czuję, że mam w końcu trochę czasu wolnego. Podczytuję sobie fejsbukowe opowieści, pogaduję ze znajomymi, spotykam się z ludźmi, gram w literaki, griluję się (jakkolwiek to brzmi)... Skończyłam biograficzną książkę o czterech córkach ostatniego cara (bardzo smutna, poruszająca) i zaczęłam autobiografię Wisłockiej. I mam czas na spacery. Dziś - proszę bardzo, jeszcze zdążyłam w czasie zachodzącego słońca pospacerować moją ulubioną trasą "do torów". Niestety, zasmuciłam się nagle - usłyszałam jakieś ptasie gęganie, a nad horyzontem pojawił się klucz. Boćki zdaje się brzmią inaczej. Kaczki? Gęsi? Żurawie? "Dziewczyny płaczą, bo skończyło się już lato" - zanuciłam piosenkę Magdy Umer. One chyba jeszcze nie odlatują - liczę, że mój ulubiony biolog pocieszy mię. Zaczęło się ściemniać, odwróciłam się więc i nad Juchnowcem wisiał sobie księżyc - nad szkołą, nad kukurydzą, nad pszenicą, nad budynkami...






czwartek, 3 sierpnia 2017

Sierpniu, drogi sierpniu

Melduję Ci, że przyszedłeś w tym roku z upałem wyjątkowym, za którym tęskniłam. Mimo skwaru, bądź trochę jeszcze taki. Wychodzę z domu, podziwiam nową elewację, idę na malutki spacer dookoła szkoły. Jest duszno, chmurzy się na zachodzie, idzie burza. Sprawdzam, jak się miewają jabłonie, wędruję obejrzeć przedszkolny kasztanowiec. Pachnie skoszoną trawą. Chłopcy na boisku grają w piłkę, młodszy się buntuje - słychać wyraźnie. Grusza ładnie zaowocowała, lecą na ziemię pierwsze owoce, wśród nich kłębią się osy. Ostrożnie stąpam, wybieram trzy najzdrowsze gruszki. Jeżeli są niedojrzałe, skończą w piekarniku razem z kurczakiem albo kaczką. Nie mają wyboru. Po drodze zrywam kwiat czerwonej koniczyny na herbatkę. Śliwki węgierki - te, które zaowocowały w tym roku - dojrzewają już. W trawie fioletowe paćki. Świat pachnie gorącym sierpniem, co roku szukam tego zapachu w łąkach, sadach i ogrodach. Jarzębina znów nagle w czerwieni, jak zwykle nie wiadomo kiedy owoce zyskały kolor. Wracam do domu, pachnie miętą z mamowego ogródka, którą zaparzyłam przed wyjściem. Lód, cytryna, trochę miodu, jeżeli lubicie. Pycha. Dzban orzeźwienia. Słodki spokój, wreszcie czuję, że odpoczywam. Kiedy kończę pisać te słowa, o parapet dzwonią pierwsze krople deszczu. Wychodzę jeszcze na balkon i proszę - oto ilustracja do tekstu. Dobrego wieczoru Wam życzę. 




poniedziałek, 24 lipca 2017

Krasnogruda


Jest piątek, 30 czerwca 2017. Mimo, że rok szkolny skończył się tydzień wcześniej, jeszcze pracuję. Jeszcze parę spraw do zamknięcia, parę do przygotowania i wreszcie - amen! Do domu, ogarnięcie, autko i fruuuuuuuu - mój wierny Mundzio sunie dzielnie przez Białystok ku Suwałkom (trochę błądzę, ponieważ centrum zablokowane - Festiwal Bluesa), a dalej przez Sejny (niezmiennie lubię) do Krasnogrudy. 

Byłam już tutaj, mam w głowie to poczucie odcięcia od świata. Stałam na pomoście nad jeziorem Hołny i w wyobraźni wspominałam zdjęcie Czesława Miłosza trzymającego w ręku zdjęcie własne sprzed lat. Stary Miłosz patrzy na młodego Miłosza. Czas się zapętlił. Ten moment, świat dookoła, to nakładanie się czasów i miejsc sprawiło, że właśnie tam, nad jeziorem powstał wiersz "podróż do krasnogrudy", który trafił do mojego ostatniego tomu "pełno światła".

I znów tutaj jestem w dniu urodzin Czesława Miłosza, zaproszona przez Krzysztofa Czyżewskiego szykuję się na czytanie "Traktatu teologicznego". I znów ogarnia mnie spokój. To jakiś czas magiczny, spotkanie rozpoczyna syn Czesława Miłosza, Antoni Miłosz, a potem kolejne części traktatu brzmią w wykonaniu kolejnych i kolejnych osób. Czyta Krzysztof Giedroyć i czyta Darek Szada-Borzyszkowski, czyta spotkana niespodziewanie Janina Joanna Osewska. Słuchają ludzie, słucha jezioro, słucha to niezwykłe miejsce. 

Kończymy. Jeszcze trochę rozmów, wręczam Antoniemu Miłoszowi "pełno światła" - i droga powrotna przez noc. Wrócę tu jeszcze.

   























 
Na zdjęciu (fot. K.Korotkich) czytam właśnie. :) A więcej o miejscu i idei TUTAJ

sobota, 15 lipca 2017

cień


twoja obecność, twoje jestem. ty.
spokojny przy stole, przyglądający się
zaparzaniu herbaty, szykowaniu filiżanek,
nalewaniu herbaty. trzymający w rękach
filiżankę. z zielonym oczekiwaniem
w oczach. tuż obok. za plecami, w objęciach.
najbliżej. a później cień. odtrutka

na nocne bezsenności, na dzienne zabiegania,
na bezradności i bezradości. twój cień
na ciemność, na niemówienie,

na pamięć

Julia Hartwig (1921-2017)

Zmarła wczoraj, w Stanach Zjednoczonych. Za miesiąc skończyłaby 96 lat. Odchodzą Najlepsi, odchodzi epoka.

Dajmonion

Przywoływał go nieustępliwie
i pilnował nocą i dniem
bo wiedział
że zawsze gotów jest do ucieczki

Gdy był już stary
otrzymał w zapłacie jego wierność
i absolutne oddanie

położył się przy jego łóżku
i odszedł razem z nim

środa, 5 lipca 2017

Przed końcem roku szkolnego

Końcówka roku szkolnego to zawsze bardzo gorący okres - istne szaleństwo, to zamykanie roku szkolnego, rady końcowe, klasyfikacyjne, dzienniki, arkusze, monitorowanie podstawy, zamawianie tysięcy podręczników, sprawozdania, informacje o pracy nauczyciela... Gorąco, gorąco... 

Stąd też (chociaż nie tylko) moje nieobecności na końcówce festiwalu "Metamorfozy Lalek". Chcę jednak napisać o dwóch spektaklach, na których jeszcze zdążyłam być i które mnie zachwyciły totalnie. Dwa zupełnie inne przedstawienia, które łączy użycie lalek. Wspomnijmy więc najpierw spektakl Teatru Animacji z Poznania pt.

Molier

- cóż za finezja, fantazja i fantastyczne poczucie humoru. Molierowskie smaczki - i śmiech, i ironia, i nawiązanie do władzy, która pragnie tylko zachwytów, w innej sytuacji karze, zabrania i wyciąga konsekwencje. Lalki obłędne, tempo zabójcze, muzyka - ach! Gdybym miała okazję, natychmiast obejrzałabym jeszcze raz. Żałuję tylko, że w tej obsadzie nie było Marcina Chomickiego. Ach, może się kiedyś uda zobaczyć wersję z Marcinem. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Poznaniu - oglądaj. Same superlatywy.

I drugi spektakl, zupełnie inny. Teatr litewski - Kauno Valstybinis Lėlių Teatras i widowisko

Za drzwiami śnieżycy

- pozostaję wciąż pod wrażeniem piękna tego spektaklu. Motywy ludowych opowieści w scenerii padające śniegu... zadymki. Światło wykorzystane w cudowny sposób - cienie i jasności, dzień i noc, słońce i cień. Był piękny estetyką niezwykłą i tak bardzo żałuję, że nie mogę go zobaczyć jeszcze raz. W moim przypadku pragnienie zobaczenia spektaklu po raz drugi czy trzeci to najwyższy stopień zachwytu.

Jeżeli więc piszę, że oba widowiska zobaczyłabym z radością drugi raz, oznacza to mój zachwyt. Lubię się zachwycić spektaklem. I to mi przypomina, że koniecznie muszę napisać recenzję "Wziołowstąpienia" Wierszalina - spektakl widziałam dwa razy, chyba muszę obejrzeć go trzeci raz i napisać, napisać dużo więcej od tego, co już o Wierszalinie napisałam. 

I dodaję link do fotorelacji Bogumiła Gudalewskiego z tego dnia festiwalu - kliknijcie TUTAJ
 

wtorek, 20 czerwca 2017

Metamorfozy Lalek - dzień trzeci i czwarty

Łączę te dwa dni w jeden, gdyż z powodu pewnej niespodziewanej niespodzianki w niedzielę nie mogłam wskoczyć w moje autko zwane Mundkiem i obejrzeć festiwalowych spektakli. Z mojego wywiadu wynika, że warte były obejrzenia, więc trochę żałuję jednak.

Za to dziś nie żałowałam sobie!

Rano wskoczyłam do pracy na chwilę, zaś później czekało mnie szkolenie na temat statutów szkół. Pozwólcie, że oszczędzę Wam tłumaczeń i wyjaśnień. Kto wie - ten wie, a kto nie wie - niech się cieszy, że nie musi wiedzieć. Aczkolwiek szkolenie było w porządku. Wybaczcie wszyscy, którzy do mnie dzwoniliście czy pisaliście, ale telefon w czasie szkolenia i później, w czasie spektakli, miałam wyciszony. Komu mogłam, odpowiadałam w międzyczasie, do kogo dałam radę, dzwoniłam.

No i, no i, no i... wreszcie nadeszła 17.00 i spektakl pierwszy, czyli

Na arce o ósmej

który okazuje się być właściwie spektaklem dla dzieci. Sympatyczna scenografia, sympatyczni aktorzy z Wileńskiego Kameralnego Teatru, ale no - dziecięcy spektakl, trochę dłużyzn. Fakt, że może się dłużyć, ponieważ grany jest w języku litewskim i nic a nic nie rozumiem. Troszeczkę ukłonów w stronę Polaków w postaci wtrętów w języku polskim, które wywołują wybuchy śmiechu na widowni. No i fabuła w kilku zdaniach wyświetlana na ekranie. Ot, poprawny teatr dla malucha.

Kurcgalopkiem, spóźnieni, lecimy z BTL-u do AT. Na szczęście czekają, ponieważ żałowałabym, gdybym nie obejrzała spektaklu drugiego zatytułowanego

Dzień osiemdziesiąty piąty

powstałego na podstawie noweli Hemingway'a "Stary człowiek i morze". Już w recenzji Ania podkreśliła ten inny punkt widzenia: jesteśmy w szpitalu, bohater czuje się samotny, tęskni za wnukiem, przeszłością, morzem, obok czuwa pielęgniarz, razem wyruszają w morze. Wciąż przeplatają się dwie rzeczywistości, dwa plany. Jednocześnie jesteśmy na łóżku w szpitalu i na łodzi w czasie połowu. Widzimy ból i tęsknotę, śmierć i spokojne odchodzenie bohatera. Lalka jest animowana genialnie. Pielęgniarz-aktor jest jednocześnie lalką-starcem. Panowanie nad ruchem, zupełnie inne głosy obu postaci są zachwycające, a spektakl jest piękny i wzruszający. Jeżeli ktoś mieszka w Wałbrzychu - polecam!

Wracamy do BTL-u, po drodze wpadamy na lody (karmel z solą - genialne!). I na koniec teatr grecki (nie, nie, nie będzie żadnych starożytnych teatrów):

Dom Klaunów

i tutaj jestem nieco rozdwojona. Na zaciemnionej scenie - pokój, który przekształcany w różne pomieszczenia jest miejscem kolejnych etiud. Całość czytam jako spektakl o zniewoleniu codziennością i zatraceniu się w tej swojej codzienności. Potrzebuję jednak znaleźć wiersz, zdaje się pod tytułem "Dom Klaunów", który brzmi pomiędzy etiudami. Niestety, brzmi w języku angielskim, a chociaż z moim angielskim lepiej niż rok temu, to jednak jeszcze wiele mi brakuje... Wprawdzie Janusz sobie zażartował, że jeżeli taki ma być grecki teatr, to on dziękuję, ale mi się zdaje, że chodzi o pokazanie różnych realizacji lalkowych. I rzeczywiście spektakl wyróżnia się - zwłaszcza od strony technicznej, lalki są animowane genialnie. Historyjki są krótkie: człowiekowi nadmiernie oglądającemu TV odbiornik niszczy głowę, gospodynię domową unieruchamia za pomocą kabla odkurzacz, a lampa przyczynia się do spalenia postaci, od słuchania wrzasków i hałasów płonie mózg, bankowiec rzyga pieniędzmi i umiera, a kobiecie wiecznie ryczącej i nie wiedzącej czego chce księżyc... ucina głowę. I uwierzcie, ten ruch księżyca na niebie tnący jak sierp sprawił, że wybuchnęłam głośnym śmiechem, tak surrealistycznie podsumował wcześniejsze etiudy autor. Niestety, lalki nie były duże, raczej przeznaczone do niewielkiej sali, oświetlenie niezbyt jasne (lalki animowane "od tyłu"), dlatego żałuję, że nie mogłam być bliżej i przyjrzeć się uważnie wszystkim niuansom.

Na koniec jeszcze wymiana wrażeń i już mknę do domu po drodze podrzucając Olę, która wkrada się na plac budowy, przez który przedostaje się do siebie. Czekam na recenzje, potem redakcja, kończę właśnie ten post. Jest pięć minut przed pierwszą. Pięć po pierwszej pewnie będę już spać snem sprawiedliwego. Przede mną pobudka o 6.30, długi dzień w pracy, spektakle i na koniec próba "Parostatku". Oraz znów oczekiwanie na recenzje.

niedziela, 18 czerwca 2017

Metamorfozy Lalek - dzień drugi

Drugi dzień rozpoczął się o godz. 13.00 w Akademii Teatralnej spektaklem "Amor omnia vincit". Niestety, ponieważ miałam parę rzeczy do zrobienia w pracy (w sobotę!), rzekłam - trudno. Natomiast na własne uszy słyszałam, co Rafał Domagała odpowiedział na pytanie "Jak było?". "Szczęka odpadła". Hoho - pomyślałam - to musiał być spektakl, jeżeli szczęka nie tylko opadła, ale odpadła!

Na szczęście na godzinę 15.00 dotarłam szczęśliwie i mogłam podziwiać powstały w koprodukcji Białostockiego Teatru Lalek oraz Teatru Malabar Hotel spektakl

Czarodziejska Góra wg Tomasza Manna

Właściwie wszystko o tym spektaklu powiedziała pewna starsza pani do starszego pana. Naprawdę wszystko super i ja wszystko rozumiem, ale można by było skrócić. Cóż, jest trochę w tym prawdy. Cztery godziny na "Czarodziejską Górę" - to naprawdę odwaga. Intelektualny, filozoficzny, "gadany" spektakl. Naturalne rozmowy. Bardzo "podbija" całość scenografia i pomysły na działania. No i ekipa, świetna ekipa, głownie młodzi aktorzy, których już mogłam obserwować we wcześniejszych spektaklach. 

Mogłabym wymieniać po kolei wszystkich, ale szczególna moja uwaga należy się Błażejowi Piotrowskiemu. Poprzedniego dnia oglądałam go jako Mistrza Panglosa w Kandydzie i byłam przekonana, że to dojrzały aktor, dojrzały także w sensie wieku. W "Czarodziejskiej Górze" okazuje się młodym mężczyzną, a na dodatek momentami trochę przejrzałą kuracjuszką. To prawda, że czasami nieco trąci Mariolką z kabaretu Paranienormalni, ale naprawdę tylko czasami. Na pewno będę śledzić karierę aktorską tego młodego człowieka. 

Podsumowując - Czarodziejska Góra nie jest łatwym spektaklem, natomiast jest spektaklem wyjątkowym. Więcej i mądrzej napisała Ola w gazetce festiwalowej. Czytajcie!


2062. performans teatralny na żywo (Karla Kracht & Andrés Beladies)

Spektakl zrobiony świetnie technicznie, wykorzystujące wszelki multimedia, komputery, kamery, wizualizery... Spektakl o tym, że nie uczymy się nic a nic od historii. Mijają kolejne lata i zapominamy, co znaczy wojna, śmierć, nienawiść... Spektakl momentami powtarzający się, trzeba by zadbać o różnorodność akcji. Mimo to - wyzwolił w mojej głowie konieczność zapisania myśli kłębiących się od dawna, szczególnie od czasu Syrii i Aleppo. Więc na zakończenie opowieści o dniu drugim Festiwalu, próba wiersza.



 
***

2062. performans teatralny na żywo
(Karla Kracht & Andrés Beladies)

aleppo, ach aleppo,
jak pięknie brzmi ta pieśń,
aleppo, ach aleppo,
wiarę będziemy nieść.

uczcie, uczcie swoje dzieci grać dobrze
w gry komputerowe, trafnie celować.
świat niczego nie pojmuje, niech będą gotowe,
kiedy historia raz kolejny
zatoczy koło.

i niech nie przyjdzie wam żałować
rzeczy, które zostały w domach.
gdy znowu ziemią wstrząsną słowa
– winni będziecie, bo oprócz walki
nic w głowach.

nie dajcie dzieciom czasu ani siebie,
nie dajcie sobie wiary ni miłości.
za wielkie słowa – dla wolności
trzeba z tych dziwactw
zrezygnować.

a wolność niechaj będzie taka:
ja, mnie, mojego, moje, dla mnie.
człowiek miał zawsze już brzmieć
dumnie. cóż z tego? martwe, bez skrzydeł
ciało ptaka.

aleppo, ach aleppo,
to nasza nowa pieśń.
aleppo, ach aleppo,
słońce, piasek i krew.



Metamorfozy Lalek - dzień pierwszy

Tak jak w odbywającym się w ubiegłym roku Festiwalu Szkół Lalkarskich, znalazłam się w grupie redakcyjnej II Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek dla Dorosłych "METAMORFOZY LALEK". Najpierw była rekrutacja piszących recenzje oraz warsztaty krytyki teatralnej, które współprowadziłam. I wreszcie - Festiwal. Strona Festiwalu: http://www.metamorfozy-lalek.pl/.

Dzień pierwszy - Aigner, Compagnie La Pendue oraz Ostateczna Forma.

Po pierwsze - AIGNER

czyli

Kandyd

czyli

Optymizm

Aignera darzę wielką miłością od czasów prawie prehistorycznych, a dokładnie od spektaklu "Cyrano de Bergerac". To był 1996 rok, a my - zachwyceni -  ze trzy razy oglądaliśmy sztukę. Jakiś czas później Paweł Aigner wyfrunął w świat, ale na szczęście wraca do Białegostoku jako reżyser. Spektakle Aignera są szalone, nieprzewidywalne, przebogate, pełne aluzji, dowcipne... Wspomnijmy chociażby "Texas Jima". Oprócz reżysera ozłociłabym jeszcze, gdybym mogła, panią Barbarę Muszyńską za rolę Srebrzystego Sokoła, wodza Indian Takiewałów... Ale wracajmy do naszych baranów... Znaczy Metamorfoz.

A dokłanie - do Kandyda. Wolter przewróciłby się w grobie? Może i tak, ale byłaby to dla niego dość dobra gimnastyka... Wiem, wiem, może żarcik i głupawy, ale winny jest przecież Paweł Aigner, albowiem już zawsze w czasie lektury Kandyda bohater będzie miał twarz i mimikę (oj ta mimika) Michała Jarmoszuka, a Kunegunda - Sylwii Janowicz-Dobrowolskiej (jednej z moich najulubieńszych aktorek BTL-u). 

Spektakl wspaniały, wiążący rewelacyjnie wszystkie sznurki - scenografię, kostiumy, muzykę, grę aktorską, a na dodatek wiążący i splatający je w tempie zabójczym. Jestem pełna podziwu dla tego zgrania aktorów. I nie mam wyjścia - muszę, muszę raz jeszcze zobaczyć Kandyda. Zwłaszcza, żeby popatrzeć na Ryszarda Dolińskiego, który potrafi zagrać wszystko - nawet falę i słonia morskiego.

Po drugie - Compagnie La Pendue

Tę dwuosobową grupę widziałam w ubiegłym roku we francuskiej wersji Poliszynela i nawet skrobnęłam wówczas kilka słów recenzji, zauroczona fantazją i lalkarskim kunsztem Francuzów. O, właśnie TUTAJ pojawiły się owe słowa, a recenzja w ubiegłorocznej gazetce festiwalowej.

Z czym przyjechali w tym roku?

Spektakl "TRIA FATA" oparty jest na prostym motywie. Oto do staruszki przychodzi Śmierć. Bohaterka pragnąć zyskać trochę czasu, proponuje opowieść o swoim życiu. I plecie się historia od narodzin do... śmierci. Fabuła nie jest akurat istotna, ważne jest to, jakie możliwości mogą pokazać aktorzy. Na scenie zasiada człowiek-orkiestra: perkusja, klarnet, saksofon, głos, nieustanny partner aktorki, która jest i Śmiercią, i bohaterką opowieści od narodzin do - no właśnie - oczywiście do śmierci. I wędrujemy przez życie od śmiechu do wzruszenia. Syn Kasi, który siedzi niedaleko, śmieje się w głos, zwłaszcza w scenach porodu. Śmiejemy się i my. A później ocieramy łzy, kiedy przychodzi czas na miłość, no i właśnie - na śmierć. Serce płonie i gaśnie, ulatując z wiatrem. "Wszystko wydarzyło się tak szybko" - mówi staruszka. I stajemy się tą staruszką wzdychając - "Tak szybko".

Zastanawia ten motyw śmierci - i w Poliszynelu, i w Tria Fata. Dwoje młodych ludzi oswajających śmierć, oswajających obcowaniem z nią i - śmiechem.

Po trzecie - Spider Demon Massacre

Zespół mający swoje korzenie, o ile dobrze myślę, w spektaklu dyplomowym Akademii Teatralnej w Białymstoku "Tarantula". Bawią się muzyką, kpią z muzyki, wzruszają się muzyką, angażują, walczą - na scenie trwa performance. Ciekawy zestaw osobowości muzyczno-aktorskich (następnego dnia ujrzymy część grupy w "Czarodziejskiej Górze".

I za chwilę wychodzimy w ciepłą noc, pełni wrażeń. W autko - i do domu. Czekam na recenzję, redakcja, drobna korekta - i fruu, leci do Krzysztofa, który wstanie skoro świt, aby przetłumaczyć teksty. Później z przyjemnością weźmiemy do ręki festiwalową gazetkę.




niedziela, 28 maja 2017

O życiu - bo zaniedbuję bloga

Ponieważ Robert czepia się, że (cytuję) "jakoś Anka i ty zaniedbujecie swoje blogi", to na chwilę "odniedbuję" zapiski. :) Stan bloga wskazuje na poziom wolnego czasu. Jeżeli przestaję pisać, oznacza to zabieganie skrajne. Koniec roku zbliża się wielkimi krokami - w pracy jestem zakręcona "jak radziecki słoik", angielski dwa razy w tygodniu robi swoje, zajęcia teatralne z dwoma grupami oraz warsztaty literackie... Naprawdę, dawno nie byłam tak zajęta, jak w czasie tych ostatnich miesięcy. Pocieszają mnie przybliżające się wakacje, robię malutkie plany, będzie słońce, woda i spacery. Będą książki, czas na pisanie, na głośne czytanie na pomoście, na długie dyskusje, na zabawy z rodzinnymi i zaprzyjaźnionymi dziećmi, na gry... Szykujcie się, skrabliści i nie tylko! Czas na oddech. 

A tymczasem w czwartek wernisaż Grzegorza i rozmowy z ciekawymi ludźmi, w sobotę piknik po Biegu Konopielki i też ludzie, cudni ludzie z różnych stron. Podsłuchałam taką rozmowę: "bieg jak bieg, ale atmosferaaaa...". Podziwiam bardzo tych, którzy przygotowują całą imprezę. Pamiętajmy, że to bieg "z literackim akcentem". Kilka osób wylosowało i moje książki. Mam nadzieję, że zajrzą do środka... ;) Dziś święto ulicy Kilińskiego - ależ sympatyczne. Wpadłam, żeby popatrzeć, jak Grzegorz maluje (na ulicy) i - oczywiście - mnóstwo znajomych, słońce, malutkie zakupy (rękodzieło). W sklepie z pamiątkami "Śledzik" przepyszna degustacja śledzi. Jagoda zachwycona pesto z borowików i śledzi, ja zajadam się śledziem w śliwkach i granatach, Ani smakują także. Właścicielka przesympatyczna. Kupuję białowieską herbatę i mus pomarańczowy do ciała. Zapach! Uwielbiam pomarańcze.

A ileż różnych zaproszeń mnie omija! Nie da się być wszędzie, nie da się rozciągnąć doby. A tu jeszcze trochę prac uczniowskich do sprawdzenia... Jeżeli nie skończę, to parę dni poczekają moje dzieciaki. 

A z ciekawostek - wiedzieliście, że Zdzisław Beksiński (ten Beksiński) pracował w Autosanie? Jako projektant? I projekt jego autorstwa, projekt autobusu, został odrzucony jako "zbyt imperialistyczny"! Naprawdę ciężko musiało być w czasach socjalizmu artystom - wolnym duchom. 

No mam nadzieję, że Robert będzie usatysfakcjonowany... ;)

A na koniec Chanajki Klezmer Band - nasi muzycy z OiFP w nieco innej roli. Znaczy nadal w roli muzyków, ale innego rodzaju. Moja nowa miłość muzyczna od czasu Biegu Konopielki, gdzie słuchałam ich w zachwycie. :D




niedziela, 30 kwietnia 2017

Kwiecień w Mońkach, maj w Michałowie...

Długi leniwy weekend. Z założenia leniwy. Mam wysypiać się do południa, czytać w łóżku, rozmyślać intensywnie, nie robić nic, a po nocach włóczyć się po necie. I oczywiście w takie weekendy zrywam się o szóstej rano, a do głowy przychodzą mi różne prace... Dziś nie pracowałam - w końcu niedziela (zdaje się, bo w takie długie weekendy tracę rachubę czasu) - natomiast siostra ma rodzona zadzwoniła i skusiła mnie... basenem w Mońkach. Właściwie od nich to niecałe pół godziny, a basen czyściutki, nieduży, a co najważniejsze - pusty! Był moment, kiedy wszystkie tory należały do mnie! Jaka szkoda, że ode mnie to spory kawałek. Jechać do siostry na obiad i potem wyskoczyć na basen - to jakoś inaczej, ale jechać tylko na basen... Wtedy - no cóż - wybieram Włókniarz. Ale kto wie, czy w najbliższych dniach nie sprawdzę, jak się ma basen w Michałowie - też nigdy z niego nie korzystałam...

A na zdjęciach - okolice Moniek. Dodajmy - w monieckim szpitalu przyszłam pewnego dnia na świat, więc czuję się z tym miasteczkiem nieco związana. :)






sobota, 15 kwietnia 2017

Świątecznie do Was przychodzę

Kiedy słońce zachodzi i ciemność ogarnia Ziemię, ratuje nas oczekiwanie i wiara we wschodzące Słońce, w nowy dzień, w początek. W Noc Zmartwychwstania ogarniam myślą bliskich, przyjaciół, znajomych - tych, z którymi spotykam się na co dzień i tych dalszych, od których często dzieli mnie wiele kilometrów. Ogarniam myślą i życzliwością - pragnę dla Was wielu początków, każdy wschód słońca, każdy poranek niech będzie kolejnym cudem. Wierzącym i niewierzącym, wątpiącym i niepoznającym życzę radosnego Alleluja. Dobrego, spokojnego czasu.