poniedziałek, 26 stycznia 2026

Moje biblijne babki / cz. 6.

 

***

Uwielbiałam wakacje w Lipowym Dworku. Boże, jak ja czekałam na koniec roku szkolnego, pakowanie plecaka i to poczucie, że znajdę się niedługo na swoim miejscu. Tam był mój prawdziwy dom, a nie na ósmym piętrze w bloku z wielkiej płyty. To prawda, w ciągu roku szkolnego wszystko było normalne: zacinająca się winda, codzienne wędrówki do szkoły, koleżanki, spotkania ze znajomymi – normalne życie, bez wielkiej tęsknoty, która odzywała się wyjątkowo trzy razy w roku. Przed Bożym Narodzeniem, Wielkanocą i przed wakacjami rozpierało mnie poczucie szczęścia, że już niedługo będziemy tam, że znowu ogarnie mnie ta radość spotkania z biblijnymi babkami – nie myślałam o nich inaczej, odkąd poznałam historię imion wybranych przez pradziadka Bogusława.

Cała rodzina zjeżdżała się na święta i Lipowy Dworek zamieniał się w szpital wariatów: cztery nasze biblijne babki, każda ze swoim prywatnym fisiem, trzy córki Paryżanki z dziećmi (każda miała ich troje), nieślubny syn Serafiny, wujek Gabriel (czy mógł nosić inne imię?), moi rodzice oraz ja. Dwadzieścia osób, którym trzeba było przygotować nocleg, usadzić przy stole i nakarmić. Salomea z Serafiną odświeżały pościel – trzepały kołdry i poduszki, nawlekały poszewki z wstawkami wyszydełkowanymi przez Białą Babkę, rozdzielały pokoje: na strychu wszystkie wnuki Paryżanki w dawnych pokojach matek plus ja w najmniejszym pokoiku przerobionym z dawnej służbówki, na dole w dodatkowym pokoju Serafiny – wujek Gabriel, w saloniku Salomei – córki Judyty, a w bibliotece moi rodzice. Zostawała wielka jadalnia ze stołem cudem ocalałym z XIX wieku i kuchnia – niezmiennie królestwo Estery, której sypialnia przycupnęła zaraz za spiżarnią. Aprowizacją zajmowali się mężczyźni – codziennie rano tata i wujek Gabriel zbierali zamówienia od wszystkich możliwych kobiet i jechali po zakupy. Gotowały córki Paryżanki i moja mama, oczywiście berło kuchenne dzierżyła babka Estera. Kiedy przypominam tamte czasy, to naprawdę nie wiem, jak nie zwariowaliśmy i nie pozabijaliśmy się. Ale wiadomo było, że progenitura Paryżanki śniadania konsumuje na górze, reszta – w kuchni Estery. Do obiadu siadaliśmy razem w jadalni i to był hardkor nad hardkorami, a z kolacją było jak kto chciał – ogniska, grille, wyprawy do miasteczka na pizzę, kruche ciasta i drożdżówki ciągle wypiekane przez ciotki, stosy owoców zbieranych w sadzie. Mój Boże! Sad! Sad… Mój rajski ogród za domem, mój utracony Eden, moje leśmianowskie chruśniaki, jabłonie, grusze, śliwy i czereśnie. Latem kochałam to miejsce całym moim dziecięcym sercem. W sadzie cała przyjezdna i dochodząca ze wsi dzieciarnia szalała dniami i nocami, budując kryjówki, bazy, domki, moszcząc tajne legowiska wynoszonymi z dworku kocami i kapami, ozdabiając wybłaganymi u Białej Babci szydełkowymi aniołami, kwiatami i gwiazdkami. Sad i moje ulubione miejsce na czereśniowej polance, gdzie umęczona, ubiegana, uchachana po szaleństwach z Lipową Bandą układałam się z książkami w popołudniowym blasku sierpnia i zaczytywałam do zmierzchu. A parę lat później – malowałam ten rozbuchany świat, ruchome cienie i światło, najpiękniejsze na świecie światło mojej Arkadii.

1 komentarz:

  1. Przyczepię się do tej pizzy w miasteczku, jakoś (choć nie jest powiedizane w jakich czasach urodziła się bohaterka, ale coś mi pachnie PRLem) mi ta pizza jest tu solą w oku. I czy wobec zastosowanego języka, ten język bohaterki zniósłby słowo "hardkor"? Poza tymi dwoma szczegółami, super :D

    OdpowiedzUsuń