***
Uwielbiałam wakacje w
Lipowym Dworku. Boże, jak ja czekałam na koniec roku szkolnego, pakowanie
plecaka i to poczucie, że znajdę się niedługo na swoim miejscu. Tam był mój
prawdziwy dom, a nie na ósmym piętrze w bloku z wielkiej płyty. To prawda, w ciągu
roku szkolnego wszystko było normalne: zacinająca się winda, codzienne wędrówki
do szkoły, koleżanki, spotkania ze znajomymi – normalne życie, bez wielkiej
tęsknoty, która odzywała się wyjątkowo trzy razy w roku. Przed Bożym Narodzeniem,
Wielkanocą i przed wakacjami rozpierało mnie poczucie szczęścia, że już
niedługo będziemy tam, że znowu ogarnie mnie ta radość spotkania z biblijnymi
babkami – nie myślałam o nich inaczej, odkąd poznałam historię imion wybranych
przez pradziadka Bogusława.
Cała rodzina zjeżdżała
się na święta i Lipowy Dworek zamieniał się w szpital wariatów: cztery nasze
biblijne babki, każda ze swoim prywatnym fisiem, trzy córki Paryżanki z dziećmi
(każda miała ich troje), nieślubny syn Serafiny, wujek Gabriel (czy mógł nosić
inne imię?), moi rodzice oraz ja. Dwadzieścia osób, którym trzeba było
przygotować nocleg, usadzić przy stole i nakarmić. Salomea z Serafiną odświeżały
pościel – trzepały kołdry i poduszki, nawlekały poszewki z wstawkami
wyszydełkowanymi przez Białą Babkę, rozdzielały pokoje: na strychu wszystkie
wnuki Paryżanki w dawnych pokojach matek plus ja w najmniejszym pokoiku przerobionym
z dawnej służbówki, na dole w dodatkowym pokoju Serafiny – wujek Gabriel, w
saloniku Salomei – córki Judyty, a w bibliotece moi rodzice. Zostawała wielka
jadalnia ze stołem cudem ocalałym z XIX wieku i kuchnia – niezmiennie królestwo
Estery, której sypialnia przycupnęła zaraz za spiżarnią. Aprowizacją zajmowali
się mężczyźni – codziennie rano tata i wujek Gabriel zbierali zamówienia od
wszystkich możliwych kobiet i jechali po zakupy. Gotowały córki Paryżanki i
moja mama, oczywiście berło kuchenne dzierżyła babka Estera. Kiedy przypominam
tamte czasy, to naprawdę nie wiem, jak nie zwariowaliśmy i nie pozabijaliśmy
się. Ale wiadomo było, że progenitura Paryżanki śniadania konsumuje na górze,
reszta – w kuchni Estery. Do obiadu siadaliśmy razem w jadalni i to był hardkor
nad hardkorami, a z kolacją było jak kto chciał – ogniska, grille, wyprawy do
miasteczka na pizzę, kruche ciasta i drożdżówki ciągle wypiekane przez ciotki, stosy
owoców zbieranych w sadzie. Mój Boże! Sad! Sad… Mój rajski ogród za domem, mój
utracony Eden, moje leśmianowskie chruśniaki, jabłonie, grusze, śliwy i
czereśnie. Latem kochałam to miejsce całym moim dziecięcym sercem. W sadzie
cała przyjezdna i dochodząca ze wsi dzieciarnia szalała dniami i nocami,
budując kryjówki, bazy, domki, moszcząc tajne legowiska wynoszonymi z dworku
kocami i kapami, ozdabiając wybłaganymi u Białej Babci szydełkowymi aniołami,
kwiatami i gwiazdkami. Sad i moje ulubione miejsce na czereśniowej polance,
gdzie umęczona, ubiegana, uchachana po szaleństwach z Lipową Bandą układałam
się z książkami w popołudniowym blasku sierpnia i zaczytywałam do zmierzchu. A
parę lat później – malowałam ten rozbuchany świat, ruchome cienie i światło,
najpiękniejsze na świecie światło mojej Arkadii.
Przyczepię się do tej pizzy w miasteczku, jakoś (choć nie jest powiedizane w jakich czasach urodziła się bohaterka, ale coś mi pachnie PRLem) mi ta pizza jest tu solą w oku. I czy wobec zastosowanego języka, ten język bohaterki zniósłby słowo "hardkor"? Poza tymi dwoma szczegółami, super :D
OdpowiedzUsuń