Pradziadek Bogusław,
ojciec biblijnych babek, zamierzał zostać księdzem. Od dziecka służył do mszy,
dzwonił na podniesienie i nie rozstawał się z Biblią, czytał na wyrywki, czytał
po kolei kolejny raz całość, od Księgi Rodzaju, od stworzenia świata po Apokalipsę.
Jego zachwyt Słowem Bożym niezmiernie podobał się tutejszemu proboszczowi
dobrodziejowi, więc hołubił tego syna zubożałego szlachcica, dobrze
wychowanego, który nie włóczył się po zabawach i bijatykach, uczył się gorliwie
i codziennie odmawiał różaniec, spacerując wokół księżowskich stawów. I pewnie jesienią
zostałby przyjęty do seminarium, gdyby nie miłość – tak głosi rodzinna legenda
jednakowo opowiadana przez każdą babkę. Zakochała się w pobożnym Bogusławie piękna
i młoda dziedziczka z dworu. Po raz pierwszy usłyszała, jak słodkim tenorem śpiewa
psalm, kiedy po rezurekcyjnej procesji zabrzmiało radosne alleluja. I stało się
– Ludmiła każdego ranka przychodziła na mszę, siadała w pierwszej ławce i
wpatrywała się czarnymi jak węgiel oczyskami w młodego prawie że kleryka.
Posmutniała, płakała po kątach, schudło się panience okrutnie. Nic nie
pomagało. Odmówiła wyjazdu do miasta, chociaż kuszono balami i operami, nie
chciała nowych sukienek, zaczęła ubierać się na czarno i przebąkiwać o zakonie.
Wezwany na ratunek felczer przeprowadził wywiad, badania, wypytał o dietę,
kazał pić tran i więcej mleka, jednak nie znalazł choroby. W dworze wybuchła
rozpacz – jedyne dziecko, wychuchane, wypielęgnowane, wyedukowane na pensji jak
trzeba i z guwernantką w domu, która dawała lekcje muzyki, haftu i rysunku, a
tutaj – do zakonu. Matka zapłakiwała się z rozpaczy, wołała córę, przytulała,
wypytywała – nic z tego. Do zakonu i do zakonu – szeptała Ludka. Powód odkrył
ojciec, kiedy wieczorami zaczął śledzić córę i wypatrzył, że spacery urządza ku
księżowskim stawom. Zza krzaków zaś nie odrywa oczu od jakiejś postaci wytrwale
obchodzącej połyskującą w zachodzącym słońcu wodę. W pierwszej chwili przeraził
się, że Ludmiła zapatrzyła się na proboszcza – jednak to nie była ta figura,
ten krok, brakowało sutanny, z którą pobożny duchowny się nie rozstawał. Podszedł
więc po cichu bliżej i kiedy córa zawróciła do domu, stanął na drodze
Bogusławowi. Młody szlachcic z należytym szacunkiem skłonił się przed
dziedzicem, roztropnie na pytania odpowiadał, a kiedy zadzwoniono w kościele,
pożegnał się tłumacząc, że obiecał proboszczowi odśpiewać nieszpory.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz