piątek, 16 stycznia 2026

Moje biblijne babki - cz. I

To zdjęcie wygląda jak tysiące zdjęć z początku XX wieku. Na trawie siedzą cztery kobiety we wdzięcznych pozach, kapeluszach, parasolkach, rękawiczkach. Suknie rozpościerają się szeroko, w tle widnieje biały dom, niewielki dwór z gankiem, otoczony wysokim lipami.

***

        – Panie doktorze – miała powiedzieć moja pierwsza babka, Salomea, do ginekologa, do którego udała się po raz pierwszy z wizytą w wieku 83 lat, – jest pan bardzo odważny. Był pan w miejscu, którego nikt nigdy nie odważył się odwiedzić. Albowiem babka Salomea była starą panną i, rzecz jasna, dziewicą, co wielokrotnie podkreślała w ostatnich latach swojego życia, budząc konsternację wśród zgromadzonych starszych członków rodziny, a głupawe chichoty wśród tych młodszych.

        – A bo nie szanujecie się, dziewczęta, nie szanujecie. Ty, Mariolu – zwracała się do jednej z wnuczek – nosisz takie dekolty, że mężczyzna niczego już nie musi sobie wyobrażać. Wszyscy przy stole wybuchali śmiechem, patrząc na słuszny biust wypełniający sukienkę – rzec można – po brzegi. A ty, Jadziu – już miała kolejną ofiarę – mogłabyś przestać się tak malować, ta czerwona pomadka pasuje tylko dla kobiet lekkich obyczajów. Słowo dziwka czy prostytutka nie przeszłoby babce Salomei przez usta.

        – Babciu, nie jestem Jadzia, a Jagoda! – protestowała dziewczyna. – Poza tym mamy XXI wiek, mogę malować się, jak zechcę!

    – Dobrze, dobrze – babka Salomea wiedziała swoje, – w metryce chrztu masz porządne imię, Jadwiga, święta i królowa, a nie te kozie bobki! Ojciec ochrzcił cię jak trzeba! A malować możesz się, jak zechcesz, oczywiście, ale z tą paletą na twarzy nie weźmie cię żaden porządny mężczyzna.

    – Ale ja nie szukam żadnego porządnego – Jagoda odziedziczyła język po krewniaczce, – nieporządni są o wiele bardziej interesujący. Poza tym ty, babciu, też nie wyszłaś za mąż, nie chciał cię żaden?

    – Chciał niejeden, ale że żaden nie był taki jak mój Konstanty, dlatego postanowiłam dotrzymać mu słowa! Wy, młodzi, nie wiecie, co znaczy dane słowo… – i już, już drżał głos babki Salomei i wszyscy rzucali się pocieszać staruszkę, a ganić Jagodę. Legendarny Konstanty, babciny narzeczony, zginął w czasie wojny i wspominanie go kończyło się omdleniem, pogotowiem, lekarzem, medykamentami i co najmniej tygodniowym milczącym leżeniem w łóżku. O ile złośliwa babcia Salcia, przygadująca wszystkim dookoła, była jeszcze do zniesienia, to milcząca Salomea, szykująca się na ostatnią drogę swojego życia, ubrana w czarną suknię (taką kazała wówczas sobie podawać), leżąca na wznak z zapaloną gromnicą w rękach wprawiała wszystkich w popłoch. Ale nie dajcie się zwieść chimerom Salomei. To ona trzymała budżet domowy i twardo zarządzała finansami – istna brzytwa. Ścisły umysł plus pomysły na zarobkowanie wszystkich domowników przynosiły wymierne korzyści – było co jeść, w co się ubrać, czym napalić w piecach, a w miarę upływu lat – zebrać fundusze na potrzebne remonty, centralne ogrzewania, wymiany dachów i wszystkie te zamieszania. Nienienie… Babcia Salcia nabrała zwyczaju ubierania się w żałobną suknię dopiero pod koniec życia i tylko wtedy, kiedy chciała coś uzyskać. Wiedziałam, że to nie była ubranie do trumny – elegancki zestaw na, jak to mówiła, ostatnią drogę Salomea przechowywała w dolnej szufladzie przedwojennej dębowej szafy obłożony lawendą, co miesiąc wietrzony i przymierzany. Gromniczna suknia była straszakiem na wszystkie nieposłuszne wnuczki.