niedziela, 1 kwietnia 2012

Poezja w Warszawie

Przekonana, że na spotkaniu z takimi poetami w samym centrum Warszawy będą tłumy, wymknęłam się odrobinę z końcówki zajęć i byłam w Kordegardzie 10 minut wcześniej, żeby zająć dobre miejsce. Ostrożnie uchyliłam drzwi, weszłam... w głębi zauważyłam Janusza (i poznałam od razu :P) rozmawiającego z prof. Bronisławem Majem. Oho! Trafiłam! Ale gdzie publiczność?! Przysiadłam w ostatnim rzędzie, wyciągnęłam biografię Woolf i oddałam się lekturze, zastanawiając się w międzyczasie, czy na spotkanie ktoś jeszcze przyjdzie, czy będę miała tę niezwykłą przyjemność obcowania indywidualnego z wspaniałym poetyckim trio. Ale (niestety, ach!) wkrótce weszło jeszcze kilka osób, całość zamknęła się bodajże w dziesiątce. I to jest punkt mojego niezrozumienia. Świetny i słynny Jacek Podsiadło, no ok - jako support mało znany Janusz Radwański (aczkolwiek przyszłość wróżę Mu świetlaną ;)), jako prowadzący - Bronisław Maj. Dlaczego tak niewielkie zainteresowane?!

Po Kordegardzie zdążyłam jeszcze na końcową część wieczoru Roberta Miniaka, spotkania organizowanego przez Stowarzyszenie Salon Literacki i prowadzonego przez Dorotę Ryst. W niewielkiej knajpce 4 pokoje na Pradze ściśnięta (ale w jakiej atmosferze!) publiczność najpierw słuchała poezji, a potem wzięła udział w Turnieju Jednego Wiersza. To też nie były wielkie tłumy, ale widownia co najmniej podwójnie liczebnie przewyższyła tę kordegardową. No i ach jakież później nocne rodaków rozmowy, czarowanie, dyskutowanie, gadanie, gadanie, gadanie... :)

11 komentarzy:

  1. Właśnie rozmawiam o tym, że ludzie lubią łatwiznę, lekko strawną, bo inaczej lipa... Jeżeli ktoś, lub coś wymaga wysiłku intelektualnego - to nie ma żadnej szansy, żadnej! Dlatego supermarkety w niedzielę pękają w szwach :)

    OdpowiedzUsuń
  2. W niedziele, poniedziałki, wtorki, środy... ;)
    No ale spodziewałam się, że w stolicy.. :/

    OdpowiedzUsuń
  3. bo ludzie mieszkają daleko :)

    OdpowiedzUsuń
  4. turniej jednego wiersza, czy spotkanie z poetą? jest to przynęta, ale jak długo? wina zawsze leży po stronie organizatorów, knajpki, kafejki itd. tylko stałe kluby, salony gdzie można się spotkać bez powodu, wydeptane ścieżki, wreszcie marketing, to klucz do sukcesu frekwencji.
    JBZ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę wina leży w ludzkim lenistwie, bo się nie jest, bo się nie chce. :) No okej, czasami nie można. :)

      Usuń
  5. Ha, miałaś łatwe zadanie z poznawaniem, on. Od prof. Maja różnię się znacznie, bodobnie od JP.

    Co do frekwencji: :magiczne słowo: promocja. Info o spotkaniu z Robertem Miniakiem wisiało na Nieszufli dość długo. Kordegarda ostatnie szczegóły uzgadniała na pięć dni przed imprezą, a info w necie wisiało bodaj od środy - tzn. na nieczytelnej i słabo wypozycjonowanej stronie Kordegardy. Nic nie słyszałem o jakimkolwiek plakatowaniu miasta.

    Mam swoją teorię: mianowicie jak jesteś knajpą albo prywatnym zajawkowiczem, to masz mobvilizację, żeby jak najwięcej ludzi przyjszło. Jak jesteś instytucją finansowaną przez państwo, to bardziej liczy się możłiwość wpisania imprezy w sprawozdanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, z poznawaniem nie było trudno, tym bardziej, że ja wiedziałam, że Ty będziesz stuprocentowo, natomiast Ty nie wiedziałeś, czy się zjawię na pewno. I fakt, nieco się różnisz. ;)

      To prawda, że nagłośnienie nijakie było, co jest bez sensu. Gdyby nie zapis u Ciebie oraz fakt, że zerkam na Twoje wpisy, to za Chiny bym nie wiedziała.

      Usuń