Z rozmów telefonicznych:
Ja: A w ogóle to byłam na warsztatach organizowanych przez wydawnictwo i dostałam mózg.
Jo: E????
Jo: Mózg?
Ja: No mózg, taki mały.
Jo: Ale do czego ci ten mózg?!
Ja: Eeeee... Nie wiem, chyba do gniecenia ręki.
Niniejszym mam zaszczyt przedstawić Państwu: Oto mózg! :P
poniedziałek, 18 października 2010
środa, 13 października 2010
wtorek, 12 października 2010
Kino objazdowe
Na ostatni piątek miesiąca czekaliśmy jak na zbawienie. To była
nasza mała Wielkanoc, comiesięczne Boże Narodzenie. Trzy rzeczy
powtarzalne, równe linie w zeszytach: szum taśmy, dziesiątki oddechów
i kurz w rozszerzającej się smudze światła. Cztery-trzy-dwa-jeden-zero
i wpadaliśmy w przygodę, w las, w miasto, w nieznane i nowe. Na łeb,
na szyję, z sercem zawieszanym na chybił trafił w sali pełnej zaduchu
i przyszłych odkrywców. Otwieraliśmy pyszczki, rybki pozbawione
swojego środowiska, wrzucone w obce i niebezpieczne. Do tej pory
pamiętam ten blask w oczach, kiedy cichł cudowny terkot projektora,
ten charakterystyczny dla wracających do świata żywych wyraz twarzy,
kiedy zapalane światła zdawały się krzywdą nie do naprawienia.
nasza mała Wielkanoc, comiesięczne Boże Narodzenie. Trzy rzeczy
powtarzalne, równe linie w zeszytach: szum taśmy, dziesiątki oddechów
i kurz w rozszerzającej się smudze światła. Cztery-trzy-dwa-jeden-zero
i wpadaliśmy w przygodę, w las, w miasto, w nieznane i nowe. Na łeb,
na szyję, z sercem zawieszanym na chybił trafił w sali pełnej zaduchu
i przyszłych odkrywców. Otwieraliśmy pyszczki, rybki pozbawione
swojego środowiska, wrzucone w obce i niebezpieczne. Do tej pory
pamiętam ten blask w oczach, kiedy cichł cudowny terkot projektora,
ten charakterystyczny dla wracających do świata żywych wyraz twarzy,
kiedy zapalane światła zdawały się krzywdą nie do naprawienia.
poniedziałek, 11 października 2010
Październikowo
Za takimi dniami będę tęsknić nawet w doskonałej wieczności. Światło. Jasne, o wyjątkowej świetlistości. Mądre światło, które za sobą ma większość roku, już wszystko widziało, od mrozów, przez odradzanie się, po uparte słońce. Widziało, a odkrywa coś nowego, blask przecedzony przez muślin, mleczny i delikatny jak koronka. Światło - pieszczota, światło - otucha. Potem kolory. Naręcza całe najcieplejszych kolorów. Kolorów - przyjaciół najmilszych, barw - wielbicieli doskonałych. Rysunek liści klonu, mozaikowe wzory, wyklejanki, wydzieranki. Popołudniowe powroty, gdy wszystko staje się jednością: zapatrzony w grudzień kalendarz, chylący się ku zachodowi dzień i życie.
piątek, 8 października 2010
ZMOWA
Nie minął tydzień, a znów poczułem, że coś niedobrego wkracza w moje życie. Znów, znów! Znowu! Tym razem zagrożenie przyszło ze strony przedmiotów. Sądzę, że się zmówiły i postanowiły utrudnić moją spokojną egzystencję. Kto wie! Może planują coś poważniejszego... Tak, tak, pewnie się uśmiechacie z przekąsem, ale proszę bardzo. Podam przykłady! W ogóle odnoszę wrażenie, że nie tylko przedmioty w moim mieszkaniu, ale przedmioty w całym mieście, ba! w całym kraju, a może i na świecie są nieprzychylnie nastawione do człowieka. Co? Nieprawda? Niedowiarki tomaszki! A mało razy stolik wystawił róg polując na ludzkie biodro, czy krzesełko nóżkę podstawiło?! Ha! Ale ostatnia zmowa dotyczy czego innego. Moje ubrania, książki, dokumenty, naczynia... wychodzą z szaf, szafek, biurek, regałów i... nie wracają... Och, robią to sprytnie, cała niecna procedura trwa, dniami i nocami, ooo, zwłaszcza nocami, już ja znam te przedmiociki. Przecież wiem, wiem doskonale, że nie używałem tego krawata od miesięcy, a raptem znajduję go pod kanapą czyhającego na trąbę odkurzacza, żeby dać się wessać. Te wszystkie koszule, swetry, skarpety... Skąd się biorą w dziwnych miejscach, przecież zazwyczaj wszystko kładę do szafy! A książki? Książki! Tylko wystarczy odwrócić się plecami i "Kuchnia Polska", którą dostałem od mamy na ostatnie urodziny leży na stole, "Amatorskie łowienie ryb" na parapecie, a stos innych towarzyszy im z uciechą! Na podłodze przy łóżku jakieś pisma, co do których w ogóle mam wątpliwości, czy je kupiłem... Sprytnie... potrafią przenikać przez zamknięte drzwi! Nadal mi nie wierzycie? No dobrze... a ile razy omawiano syndrom zaginionych w praniu skarpetek?! No gdzie one giną?! Gdzie?!! Mówię wam! To zmowa! Ale ja wyśledzę te nędzne robaki, jak pełzają, rażone żądzą zemsty na człowieku, założyłem pułapki, śledzę, czuwam...
czwartek, 7 października 2010
KOT
Obudził mnie przelatujący za oknem cień. Wyjrzałem. Na lipie tuż przy ogrodzeniu siedziało siedem wielkich gawronów. Wszystkie wpatrywały się w okno, w niewinne okno mojej sypialni. Miałem wrażenie, że przed chwilą się namawiały, a teraz udają, że po prostu sobie patrzą, ot, przypadkowo, ale to naprawdę zupełnie przypadkowo właśnie w tym kierunku. Pidżama lekko zwilgotniała na karku od tych myśli. No, rzuciłem sam do siebie, chyba nie masz kota? Faktycznie, kota nie miałem, bo po co mi kręcący się pod nogami śmierdziuch. Chociaż w tym momencie przydałby się. Skoczyłby na lipę i przegonił to ponure tałatajstwo spod mojego prywatnego okna. Wkurzony na potencjalnego nieobecnego kota przygotowałem śniadanie. Jadłem w poczuciu permanentnej inwigilacji ze strony siedmiu indywiduów na niewinnym drzewie. Na niewinnym? Kto wie, czy na takim niewinnym?! Z ukosa zerkałem na lipę, która zdała mi się równie podejrzana, co moi prześladowcy. Zasłaniając się teczką przemknąłem do autobusu. W pracy doszedłem do wniosku, że moje odczucia są wynikiem przewrażliwionej słowiańskiej duszy i że gawrony, skądinąd przemiłe przecież ptaki, po prostu znalazły chwilowe schronienie pod moim oknem. Wracałem do domu gotów przeprosić szkalowane zwierzęta, aczkolwiek przekonany, że nie będę miał przecież kogo przepraszać. Tymczasem te podłe kreatury trwały na straży! Przykryłem głowę marynarką przekonany, że w innym przypadku poznają mnie i przekradłem do mieszkania. Nie zapalałem światła. Wyjąłem valium i starałem się nieco uspokoić szalejące serce. Jutro kupuję kota! – postanowiłem. I niech ten sierściuch tylko spróbuje zlekceważyć to nastroszone zagrożenie!
poniedziałek, 4 października 2010
Nike 2010
Lauretaem został Tadeusz Słobodzianek, nagrodę otrzymał za dramat "Nasza klasa. Historia w XIV lekcjach.".
"Akcja "Naszej klasy" osnuta jest wokół pogromu w Jedwabnem w 1941 roku. Opowiada o uczniach i uczennicach jednej klasy szkoły powszechnej, Polakach i Żydach z małego miasteczka na wschodzie Polski. Słobodzianek przedstawia ich losy od lat 20. ubiegłego wieku aż po współczesność. Razem uczą się, bawią, wchodzą w dorosłość, aby podczas wojny stać się dla siebie katami i ofiarami."
Taka informacja o książce, która zwyciężyła, znalazła się na oficjalnej stronie Nagrody Nike. Z ogromną ciekawością sięgnę po dramat, zainteresowana podwójnie - i ze względu na moje przygody z literaturą, i ze względu na teatralne inklinacje.
"Akcja "Naszej klasy" osnuta jest wokół pogromu w Jedwabnem w 1941 roku. Opowiada o uczniach i uczennicach jednej klasy szkoły powszechnej, Polakach i Żydach z małego miasteczka na wschodzie Polski. Słobodzianek przedstawia ich losy od lat 20. ubiegłego wieku aż po współczesność. Razem uczą się, bawią, wchodzą w dorosłość, aby podczas wojny stać się dla siebie katami i ofiarami."
Taka informacja o książce, która zwyciężyła, znalazła się na oficjalnej stronie Nagrody Nike. Z ogromną ciekawością sięgnę po dramat, zainteresowana podwójnie - i ze względu na moje przygody z literaturą, i ze względu na teatralne inklinacje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


