Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROZA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROZA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 czerwca 2012

Dywany

Był najpiękniejszy ze wszystkich, które dwa razy w roku  - na Boże Narodzenie i Wielkanoc, rzecz jasna - wyjmowało się z szafy. Leżały tam, równo poukładane, przez pół roku, czekając na swoją chwilę - kilka świątecznych dni na łóżkach. Gloria, gloria in excelsis Deo! Świat przytłumiony bielą i zmrokiem, zapach choinki czekającej w kącie pokoju na błyskotki, sernik i makowiec w piekarniku. Alleluja! Święconka pod wykrochmaloną serwetką, dni wypełnione porządkami, pichceniem i wieczornym nabożeństwem, wiosna w powietrzu, w zapachu świata. I dywany - bo to nie były kapy, narzuty, koce. To były DYWANY, nie na podłogę, oczywiście, ale nie można było ich inaczej nazywać. Dywany. Tkane przez babcie i prababcie, na krosnach, z wełny własnoręcznie przędzonej wieczorami, kiedy dziewczęta spotykały się o adwentowym zmierzchu, żeby długie fioletowe popołudnia wypełnić śmiechem i pracowitym zapałem rąk. Nici farbowało się, wybierało kolory, szukało wzorów i ruszał tkacki warsztat, wątek i osnowa spotykały się i rozstawały, spotykały i rozstawały, wielokrotnie, niestrudzenie, aż wreszcie można było wziąć do rąk ciężkie sploty, cieszyć oczy szalonym pasiakiem, grającym barwami czy prowadzić dłonie po roślinnych wzorach, wygładzać frędzle, równać brzegi. Z matki na córkę, z córki na jej córkę, i na córkę tej córki - droga była prosta. Zmieniały się skrzynie posażne, a później szafy. I nowe ciała dotykały pamięci zaklętej w dywanowej feerii. Dobrze znała wszystkie, ale ten, który trzymała właśnie na kolanach, był najpiękniejszy. Od tej pory należał do niej.

środa, 10 sierpnia 2011

I wiersze piszę...

- Przepraszam, można?
Przybrudzone dżinsy i spłowiała błękitna bluza z napisem PKS Białystok nie wyglądały zachęcająco, ale cóż... mężczyzna też człowiek...
- Proszę.
- Wie pani, - przysunął się i uuuuuuu... powiało alkoholem - wracam od szwagra, trochę wypiliśmy... Postawił wino, wie pani, takie za trzy pięćdziesiąt i dwa piwa. Wszystko wypiliśmy, on sam mieszka, żona nie żyje dziesięć lat, dom ma, emeryturkę ma...
- Mhm - nie brzmiało zachęcająco. Autobus zatańczył na rondzie i znów pomarszczona twarz z wiśniowymi śladami w okolicach ust znalazła się niebezpiecznie blisko.
- Ja też mam emeryturę, czterdzieści cztery lata przepracowałem na kolei, chciałem czterdzieści pięć, ale szef wezwał, kazał podpisać, dziesięć tysięcy dostałem, no minus podatek, to jakieś osiem - i na emeryturkę. Ale jaką ja mam emeryturkę... No niech pani spróbuje zgadnąć...
- No nie wiem, trudno powiedzieć... - próbowała przygasić entuzjazm.
- Dwa tysiące! Najpierw dostał ja tysiąc osiemset, a potem była podwyżka. Ludzie mają po tysiąc czterysta, tysiąc sześćset, no nie znam ja żadnego kolegi, żeby więcej... Ale ja uczył się długo, najpierw na Hetmańskiej, a potem na kolei całe życie pracował. Wie pani, jako mechanik. Nie ma wagonów, to zaraz się jakąś butelkę skołuje. Razu jednego siedzimy w pokoiku, chłopcy przynieśli dwie flaszki, to wypiliśmy... No jakaś zagrycha była też... Nie ma co robić, to znowu któryś skoczył po butelkę, dwie przyniósł. Kurczaka z rożna zamówiliśmy. A pod koniec pracy jeszcze dwie połówki, ten kurczak został na zagrychę...
Uśmiech sąsiadki był cokolwiek niewyraźny.
- No ja pani mówił, że się uczyłem dużo... Teraz nawet książkę piszę... A tego od "Konopielki", Redlińskiego, to osobiście znam i "Konopielkę" czytałem. I wiersze piszę...
Pewien Heniek z Ogrodniczek
nie stronił od spódniczek.
Chciał, by go jedna kochała,
lecz ona go nie całowała.
Prosił ją, błagał nocami,
zlituj się w końcu nad nami.
Prosił ją dwa tygodnie,
aż wreszcie spadły mu spodnie.
- No i co pani powie, zły wiersz?
- No... Taki z rymami... Przepraszam, na tym przystanku wysiadam...

niedziela, 10 kwietnia 2011

Powroty

Przeglądając pliki na dysku moim komputerowym, znalazłam takie coś, co powstawało parę lat temu. Niedokończone, ale... może warto wrócić?

Każdy mężczyzna toczy dwie bitwy
W snach walczy z Bogiem
A kiedy się budzi,
Musi pokonać morze.
                       Antonio Machado


Podróże

Każda podróż Wu była jak nowe życie: początek, czas, koniec. Decyzja stawała się poczęciem. Nigdy nie wiedział, kiedy nastąpi. Zaskakiwała. Potem płód wykształcał się. Rósł. Kiedy przychodziła właściwa chwila, Wu pakował rzeczy, golił się, zapinał koszulę, wiązał krawat, wkładał marynarkę. W walizce układał wyprawkę: skulone podkoszulki i panoszące się świeże koszule. Krawaty. Zawsze krawaty. Każdą podróż naznaczał nowym. Pomiędzy kolejnymi przekładał i przypominał: czerwony w delikatne prążki ecru - piaskowy Egipt, szary w wyraziste wzory - pijana upałem Chorwacja, wytłaczane zielonkawe esy-floresy - obłąkany Paryż. Przekręcał klucz. Wyjeżdżał. Bilety, przewodnik, kanapka na dworcu. Droga jak dojrzewanie. Obcy hotel i to, co musisz koniecznie zobaczyć. Przełom. Powrót jak starość, jak umieranie. Zmięte koszule, zużyte podkoszulki - wykorzystane ciało starca. Śmierć. Potem Wu śniły się dworce, przystanki i lotniska, pokryte rdzą tory, samoloty z plastikowymi stewardessami. Wszystko zlewało się jak życia przed życiem. I nic to nie zmieniało. Poniedziałek rozpoczynał kawą w najbliższym barze. Tylko dnia trzeciego sklejał twarz i ręce. Płakał godzinami jak po śmierci matki.

Sny
Wcale nie przybiegały na zawołanie. Od kiedy Wu dowiedział się, że człowiek przesypia co najmniej 30% życia, nie chciał się z tym pogodzić. Nie żeby zamierzał przestać spać, ale żył ze świadomością, że marnuje czas. Trwoni bezczynnie kolejne godziny. Tym bardziej, że nawet snów nie miewał. Zasypiał jak kamień. Czasem myślał, że nocą zamienia się w kamień. Nic nie czuł, nic nie widział, nic nie pamiętał. Napełniał się jak lękiem brakiem świadomości. Kiedyś matka często powtarzała, że można go w czasie snu okraść, wynieść, zamordować. Nawet nie poczułby. Wyobrażał sobie: śpi. Otwierają się drzwi, ostrożnie i cicho. Bezszelestne postacie kneblują go, potem przyduszają poduszką. Żadnego noża, krwi, strzałów. Próżnia. Dlatego przeprowadził się do mieszkania na czwartym piętrze, bez balkonu. Osiedle pod całodobową ochroną, domofon, antywłamaniowe drzwi. I codzienne zasypianie przychodzące jak morderca. Wyczytał u Myśliwskiego, że "nie zawsze człowiekowi śnią się jego sny. Mogą się na przykład śnić nam sny umarłych, które im się nie zdążyły przyśnić. Czy sny tych, którzy dopiero przyjdą na świat. (...) sny wędrują nieraz po ludziach, po domach, po wsiach, po miastach i w ogóle. I nawet zdarza się, że czasem pobłądzą." Od tej pory Wu wierzył, że jego sny zgubiły drogę. Zastanawiał się, kto mógł je śnić. I jak. Noc kojarzył nie z odpoczynkiem, a z wpadaniem w sen, a właściwie w spanie - jak w studnię. Ze strachem. Takim jak wtedy, gdy chciał sprawdzić, czy naprawdę język zimą klei się do klamek.

Odpowiedzi

Zaczął więc szukać odpowiedzi. Pierwszy etap to było zbieranie informacji. Wiedział już, ile życia mniej – więcej przesypia oraz że tolerancja na skrócenie snu waha się w dużych granicach u poszczególnych ludzi. Okazało się, że skrócenie snu do minimum (około 4 - 5 godzin) „nie zaburza aktywności fizycznej i umysłowej”, jak to gdzieś przeczytał. Wypróbował to więc na sobie. I – prawda. Skrócił odpoczynek nocny do 4,5 godziny. Kładł się o 24, wstawał przed piątą. Zyskał tyle czasu. Nadrabiał wszelkie zaległości. Sprzątanie w szafach. Głupia czynność: wyjąć rzeczy, posegregować, wyrzucić czy oddać komuś niepotrzebne i stare. Ułożyć pozostałe. Godzina – dwie. Szafki w kuchni: sklejone resztki kawy, pokruszony makaron, jakieś torebki z przeterminowaną zawartością. Łazienka. Sypialnia. Pokój. Potem zaczął biegać. Rano. Codziennie zwiększając dystans. Wieczorami czytał. Na początku sięgał po cokolwiek. To, co stało na półce. Nieważne: kryminał, klasyka, literatura popularnonaukowa. Znalazł nawet, gdzieś w drugim rzędzie swojej biblioteczki, serię „Tomków” Szklarskiego. Z sentymentem, tom po tomie, przygoda za przygodą przypominał zdarzenia i dni, gdy pierwszy raz miał je w ręce. Jakby czuł smak czereśni z tego lata, gdy dostał w prezencie pierwszą część. Schowany w cieniu godzinami zaczytywał się i zajadał czereśniami. Potem bolały go oczy, głowa, brzuch. Nie wiedział: z emocji czy od owoców? Czytał. Kiedy skończył to, co miał w domu, zapisał się do najbliższej biblioteki. Początkowo brał to, co polecały obsługujące go bibliotekarki. Panie szybko polubiły schludnego, nieco krępego, cichego mężczyznę. Wiedział, że wypatrują go we wtorki i piątki, wymieniają półgłosem uwagi, widział w oczach, w uśmiechu, w miłym tonie zachętę. Mógłby, gdyby zechciał, nawiązać znajomość. Ale nie chciał. Jeszcze nie. Nie wiedział, czy kiedykolwiek zechce. Próbował w tym czytaniu zaprowadzić jakąś logikę. Ale próba czytania w kolejności alfabetycznej bardzo szybko się znudziła. Przecież nie jest robotem. Zazwyczaj więc wchodził między półki (przywilej zarezerwowany tylko dla takich jak on stałych czytelników) i wybierał parę książek. Kierował się przypadkowością: zdaniem, które go poruszyło, obwolutą, czasem sugestią spikera w radiu czy reklamy w gazecie. W pewnym momencie stwierdził, że ma dość.
   
Żadna książka nie przyniosła mu snów, nie pozwoliła im wrócić do niego ani nie uczyniła go mądrzejszym. „Skrócenie snu poniżej minimum wywołuje zaburzenia koncentracji uwagi i nastroju oraz sprawności psychofizycznej” – znów gdzieś przeczytał. Zaczął dociskać czas snu do minimum. W ciągu tygodnia przespał zaledwie 16 godzin. Skończył tę zabawę pewnego dnia, gdy, właściwie śpiąc z otwartymi oczami, wjechał w śmietnik pod budynkiem, gdzie pracował. Wiedział, że żyć chce na pewno. Zawrócił, pojechał do lekarza, wziął zwolnienie do końca tygodnia i przespał prawie 18 godzin. Pamiętał, że wydłużanie snu ponad minimum zwykle nie przynosi poprawy nastroju i wydolności psychofizycznej. Po wielogodzinnej wymuszonej bezsenności sen wyrównawczy jest nieproporcjonalnie krótki. Już kiedyś czytał, że najdłuższa opisana bezsenność wynosiła 264 h i 12 min, a po niej sen wyrównawczy trwał 14 h i 40 min. Po obudzeniu się człowiek był całkowicie wypoczęty. Podobnie i Wu.  EEG snu wyrównawczego wskazuje zawsze zwiększoną ilość snu delta, a ponieważ to zjawisko występuje nawet po jednej bezsennej nocy, sen delta uznaje się za miernik intensywności snu. Zwiększenie ilości snu REM następuje dopiero po 4 dniach bezsenności, jest opóźnione, widoczne nie podczas pierwszej, ale podczas drugiej nocy snu wyrównawczego. Całkowita wymuszona kilkudniowa bezsenność powoduje zaburzenia percepcji, orientacji i uwagi. Ich stopień jest zróżnicowany w zależności od typu osobowości badanego. Może wywołać odwracalne zaburzenia psychiczne: iluzje wzrokowe i słuchowe, depersonalizację, urojenia. Zaburzenia somatyczne są słabiej wyrażone niż psychiczne; niektóre osoby wykazują przemijające objawy neurologiczne: oczopląs poziomy, zmniejszenie napięcia mięśni karku, drżenie rąk i inne.

Wybiórcze pozbawianie stadiów snu nie wywołuje niekorzystnych objawów psychicznych i fizycznych. Nowsze badania zaprzeczają wcześniejszym twierdzeniom o szkodliwym wpływie na stan psychiczny pozbawiania snu REM. Wybiórcze pozbawianie snu delta wskazuje, że całkowite jego wyeliminowanie jest niemożliwe, ponieważ jego rugowanie prowadzi do zwiększenia ilości fal delta w innych stadiach snu NREM.

Dopiero wtedy zaczął analizować swoje życie szukając w którym momencie zapomniał śnić. Pamiętał przecież: w dzieciństwie miewał sny. Rozmyślał, rozkopywał pamięć. Zaciskał w sobie, żeby przestać czuć się innym. Przez nieśnienie przestawał czasem uważać siebie za człowieka. A jeżeli już za człowieka, to z brakiem. Miał w sobie wyrwę, czarną przestrzeń w miejscu, gdzie inni przechowywali sny. W dzieciństwie pokrywał kolorowymi farbami kartkę, potem smarował ze wszystkich sił woskiem ze świecy i pokrywał dokładnie czarnym tuszem. Czekał, aż wyschnie. Potem zdrapywał górną warstwę odkrywając bajecznie kolorowe kwiaty, motyle, pejzaże. Cokolwiek zechciał. I teraz myślał, że ktoś zamazał jego sny i nie ma komu ich wydrapać.

Przyciskając pamięć, wracając do łóżek, w których spał, do poranków, które pamiętał, dotarł do snów z dzieciństwa. Pierwszy, jaki przypomniał, spisał natychmiast. Włączył komputer. Założył folder pod nazwą SNY. Otworzył nowy dokument, zapisał: pierwszy_sen.doc i sprawnie wklepał treść. Wydrukował. Następnego dnia wracając z pracy, kupił segregator i dziurkacz. W domu włożył pierwszą kartkę. Przeczytał:

Biegnę i czuję, że wieje coraz silniejszy wiatr. Zaczyna mi brakować tchu, bo biegnę pod wiatr. Nie wiem, jak nazwać to miejsce, gdzie jestem. Wygląda jak brązowy korytarz, a raczej mur po obu stronach drogi, bo nade mną widać niebo. Nie widzę końca, bo co jakiś czas droga zakręca. Czuję się, jakbym brodził po kolana w piachu. Dokładnie w tym momencie, gdy nie dam rady zrobić kolejnego kroku i zamierzam paść w ten piach, mury kończą się. Wpadam w zieleń. Ogarnia mnie łąka, spokój i wiszące pod słońcem powietrze wypełnione  ciężkim oddechem lata i monotonną muzyką owadów. W tym momencie budzę się. Jest noc, leżę na podłodze. Widocznie spadłem z łóżka. Wracam, owijam się kołdrą i zasypiam. Nie pamiętam, żebym coś jeszcze śnił tej nocy.

czwartek, 21 października 2010

MAM KOTA

No tak. Tak. Tak. Jestem wariatem. Szaleńcem! Tydzień temu doświadczyłem halucynacji, a dwa tygodnie wcześniej uległem manii prześladowczej. No i mam efekt. Nieodwracalny... Kupiłem Kota. Czy to znaczy, że mam dwa koty? Jeden panoszy się we łbie, a drugi w mieszkaniu. I ten jest stanowczo znacznie bardziej niebezpieczny. Siada przede mną i wpatruje się zielonymi, jadowitymi ślepiami. A dziś, dziś wkradł się w moje sny! Śniło mi się, że tak zirytował mnie wgapianiem się, iż rzuciłem w bestię pantoflem! W odwecie potwór skoczył mi do gardła, rozdrapał tęnicę, rozgryzł krtań! Leżałem w pościeli, która nasączała się krwią, a Kot czekał, oblizując się... Dlaczego się oblizywał?! Obudziłem się wreszcie, spocony jak mysz, czując się jak biedne zwierzątko przygwożdżone wzrokiem kata. Ślepia zdawały się mówić: no spróbuj, spróbuj, rzuć tym pantoflem, tylko czekam... Delikatnie, powoli, nie spuszczając oczu z bestii, omijając z daleka, wpadłem do kuchni. Chciałem tylko wstawić wodę na kawę i choć chwilowo odetchnąć. Ale skąd! Zagrożenie skradało się tuż za mną, a potem siadło przy lodówce. O matko! - przemknęło mi przez głowę. - On jest głodny! Stąd ten wzrok! Wyciągnąłem puszkę kociego żarcia. Prześladowca unicestwił ją sprawnie, po czym ziewnął, przeciągnął się i... ruszył w moją stronę! Stało się! - pomyślałem i zasłoniłem rękoma szyję. Potwór z mruknięciem otarł się o moją nogę, usiadł i najspokojniej w świecie rozpoczął kocią toaletę. Tym razem przeżyłem.

piątek, 8 października 2010

ZMOWA

Nie minął tydzień, a znów poczułem, że coś niedobrego wkracza w moje życie. Znów, znów! Znowu! Tym razem zagrożenie przyszło ze strony przedmiotów. Sądzę, że się zmówiły i postanowiły utrudnić moją spokojną egzystencję. Kto wie! Może planują coś poważniejszego... Tak, tak, pewnie się uśmiechacie z przekąsem, ale proszę bardzo. Podam przykłady! W ogóle odnoszę wrażenie, że nie tylko przedmioty w moim mieszkaniu, ale przedmioty w całym mieście, ba! w całym kraju, a może i na świecie są nieprzychylnie nastawione do człowieka. Co? Nieprawda? Niedowiarki tomaszki! A mało razy stolik wystawił róg polując na ludzkie biodro, czy krzesełko nóżkę podstawiło?! Ha! Ale ostatnia zmowa dotyczy czego innego. Moje ubrania, książki, dokumenty, naczynia... wychodzą z szaf, szafek, biurek, regałów i... nie wracają... Och, robią to sprytnie, cała niecna procedura trwa, dniami i nocami, ooo, zwłaszcza nocami, już ja znam te przedmiociki. Przecież wiem, wiem doskonale, że nie używałem tego krawata od miesięcy, a raptem znajduję go pod kanapą czyhającego na trąbę odkurzacza, żeby dać się wessać. Te wszystkie koszule, swetry, skarpety... Skąd się biorą w dziwnych miejscach, przecież zazwyczaj wszystko kładę do szafy! A książki? Książki! Tylko wystarczy odwrócić się plecami i "Kuchnia Polska", którą dostałem od mamy na ostatnie urodziny leży na stole, "Amatorskie łowienie ryb" na parapecie, a stos innych towarzyszy im z uciechą! Na podłodze przy łóżku jakieś pisma, co do których w ogóle mam wątpliwości, czy je kupiłem... Sprytnie... potrafią przenikać przez zamknięte drzwi! Nadal mi nie wierzycie? No dobrze... a ile razy omawiano syndrom zaginionych w praniu skarpetek?! No gdzie one giną?! Gdzie?!! Mówię wam! To zmowa! Ale ja wyśledzę te nędzne robaki, jak pełzają, rażone żądzą zemsty na człowieku, założyłem pułapki, śledzę, czuwam...

czwartek, 7 października 2010

KOT

Obudził mnie przelatujący za oknem cień. Wyjrzałem. Na lipie tuż przy ogrodzeniu siedziało siedem wielkich gawronów. Wszystkie wpatrywały się w okno, w niewinne okno mojej sypialni. Miałem wrażenie, że przed chwilą się namawiały, a teraz udają, że po prostu sobie patrzą, ot, przypadkowo, ale to naprawdę zupełnie przypadkowo właśnie w tym kierunku. Pidżama lekko zwilgotniała na karku od tych myśli. No, rzuciłem sam do siebie, chyba nie masz kota? Faktycznie, kota nie miałem, bo po co mi kręcący się pod nogami śmierdziuch. Chociaż w tym momencie przydałby się. Skoczyłby na lipę i przegonił to ponure tałatajstwo spod mojego prywatnego okna. Wkurzony na potencjalnego nieobecnego kota przygotowałem śniadanie. Jadłem w poczuciu permanentnej inwigilacji ze strony siedmiu indywiduów na niewinnym drzewie. Na niewinnym? Kto wie, czy na takim niewinnym?! Z ukosa zerkałem na lipę, która zdała mi się równie podejrzana, co moi prześladowcy. Zasłaniając się teczką przemknąłem do autobusu. W pracy doszedłem do wniosku, że moje odczucia są wynikiem przewrażliwionej słowiańskiej duszy i że gawrony, skądinąd przemiłe przecież ptaki, po prostu znalazły chwilowe schronienie pod moim oknem. Wracałem do domu gotów przeprosić szkalowane zwierzęta, aczkolwiek przekonany, że nie będę miał przecież kogo przepraszać. Tymczasem te podłe kreatury trwały na straży! Przykryłem głowę marynarką przekonany, że w innym przypadku poznają mnie i przekradłem do mieszkania. Nie zapalałem światła. Wyjąłem valium i starałem się nieco uspokoić szalejące serce. Jutro kupuję kota! – postanowiłem. I niech ten sierściuch tylko spróbuje zlekceważyć to nastroszone zagrożenie!

wtorek, 18 maja 2010

Miasteczko - część II

Sen był dziwny. Goląc się w hotelowej łazience nie mógł przypomnieć, komu bądź czemu przyglądał się, stojąc nad brzegiem stawu, a właściwie nad kilkoma stawami, które dzieliły groble i zastawki. Zdawało mu się, w tym śnie, że idzie, podnosi i opuszcza te zastawki, woda przelewa się ze stawu do stawu, a on szuka i szuka... Swoją drogą, jeszcze miesiąc i może być całkiem ciepło, ciekawe czy gdzieś w okolicy jest jakieś kąpielisko. Musi się od czasu do czasu poruszać, bo od siedzenia w papierach bynajmniej nie przybywa tężyzny. W głowie układał plan dnia: śniadanie (nie, nie w hotelu, jakiś sklep po drodze), a potem biblioteka i ogólny przegląd – oczywiście nie zamierzał sprawdzać wszystkiego, etap lektur szkolnych miał dawno za sobą. Interesował się wąskim zagadnieniem epistolografii przełomu XVIII i XIX wieku, a jakimś cudem w tym miasteczku na końcu świata zachowały się fragmenty, nie wiadomo dokładnie nawet jakie, korespondencji ówczesnych właścicieli pałacu z ówczesnymi wielkimi tego świata, ponoć nawet nieznane listy jakiegoś słynnego pisarza. Wojnę przetrwały ukryte gdzieś przez okolicznych mieszkańców i niedawno przekazane przez tajemniczego darczyńcę pani Jadwidze. Z zastrzeżeniem, że zostaną w miasteczku, nie pojadą do wielkich muzeów. Stąd obecność Piotra. Jako naukowiec „na dorobku” nie zastanawiał się długo, kiedy zaproponowano mu stypendium i opracowanie tego, co odnajdzie. Rektor sam niezbyt wierzył, że może to być cenne odkrycie, ale – wyjaśniał – na wszelki wypadek trzeba sprawdzić, a to akurat pańska działka, panie Piotrze. Piotr wiedział dokładnie, że gdyby było to coś interesującego, zaraz znaleźliby się chętni postawieni nieco wyżej w hierarchii uniwersyteckiej, a tak – jest tutaj, jest maj, a przed nim godziny pracy w chłodzie starej biblioteki. Lubił to. Nawet jeżeli, jak się spodziewał, nic ciekawego nie znajdzie, nie zamierzał cierpieć z tego powodu. Ot, wróci szybciej do wcześniejszych, chwilowo zawieszonych prac. No, panie Piotrze – wyszczerzył się do lustra – świat przed panem stoi otworem! Zachichotał. Ten świat to trzy uliczki na krzyż w zapomnianym miasteczku. Przechodząc namiastkami arterii pomyślał, że zapyta w szkole, na początek pani Jagody, czy ktoś w okolicy nie ma wolnego pokoju i nie chciałby zarobić paru groszy goszcząc naukowca – niekłopotliwego (no raczej...), młodego (hehe) i z perspektywami (taaaa...). Wpadł do szkoły równo z dzwonkiem i miał wrażenie, że za moment pani woźna zapyta go o powód spóźnienia i spisze klasę, żeby donieść wychowawcy.
Pani Jagoda układała w bibliotece karty i po uśmiechniętym dzień dobry wyszła na zaplecze, a za chwilę przyniosła kawę.
– Moja nie będzie taka dobra jak dyrektorska – zaśmiała się – ale na dużej przerwie może pan się zgłosić do gabinetu i pani Ania na pewno zaparzy lepszą.
– O, pani Jagodo, wypiję i taką, tym bardziej, że przydałoby się zjeść śniadanko.
– W hotelu pana nie nakarmili?
– Chyba pani żartuje. Gdybym zaczął jeszcze stołować się w hotelu, to poszedłbym z torbami szybciej, nim bym tu dotarł – śmiał się głośno. I jakoś beztrosko. Dobrze mu robiło to miejsce, przypomniał, że ma poczucie humoru.
– W takim razie, panie Piotrze, proszę na zaplecze, tam wygodniej panu będzie.
– Taaaa... Chodzi pani o to, żebym tych cennych pozycji nie wytłuścił – wskazał na rząd najbliższych książek, zdaje się, że z serii słynnego Harrego Pottera.
– Rozszyfrował mnie pan, a poza tym mam na zapleczu rzodkiewki. Świeżutkie! Przed godziną jeszcze rosły spokojnie w moim ogródku. Do tego biednego serka, który pan ukrywa w reklamówce będą w sam raz – pani Jagoda miała w oczach lekką kpinę.
Po śniadaniu bibliotekarka zaprowadziła go do archiwum.

sobota, 8 maja 2010

Miasteczko - cz. I

Miasteczko było tak małe, że jeździła tu tylko jedna taksówka. Piotr wysiadł z autobusu i natychmiast poczuł, jak paski plecaka wpijają się w ramiona. Czego tam napakowałem? - przemknęło przez myśl, choć doskonale wiedział, co ciągnie bagaż ku ziemi. Głównie książki, bo nie liczył tych paru szmatek, a laptop przywiózł w oddzielnej torbie. Po wyjściu z autobusu skierować się w prawo, minąć dwa kościoły, po prawej i lewej, nieco w dole ma być widoczny park z pałacykiem w głębi – powtarzał plan. Wcześniej, po prawej, jedyny przyzwoity (ponoć) hotel. Ceny horrendalne. Ale póki co, nie miał wyjścia, musiał zamówić pierwsze noclegi zanim nie znajdzie tańszego kąta. Nie potrzebował wiele – miejsce do spania, miejsce do pracy. Łazienka. Jeżeli chodzi o posiłki, liczył na stołówkę szkolną. Przynajmniej w sprawie obiadów.
Szedł ukosem przez niewielki rynek, przeciął ulicę niezbyt zgodnie z zasadami ruchu. Hotel wyglądał całkiem porządnie, nawet jakieś iglaki w donicach stały obok wejścia. Nachylił się. Cis, Taxus baccata 'Elegantissima', dobry wybór odmiany, przynajmniej nie boi się polskiej zimy. Co jeszcze? Dwa żywotniki, piękne Thuja orientalis 'Aurea Nana', sosna karłowa, Pinus pumila, no no, ktoś tu zna się na ogrodnictwie i specjalnie wybrał wolno rosnące odmiany. Niebieska lobelia, żółte werbeny i biała skalnica ładnie odbijały się od zielonego tła. Może nie będzie tak źle, uśmiechnął się i popchnął drzwi. Dzień dobry, mam zamówiony pokój. Nazwisko, dowód, klucze. Pierwsze piętro, jasne wnętrze. Prysznic. Zbiegł na dół. Teraz reszta spraw. Dawną siedzibę Mięsickich zobaczył już po kilku krokach.
Łaaaaaadnieeeee, myślał przeciągając samogłoski, po prostu łaaadnie. Pałac zanurzony w zieleni, soczystej o tej porze roku, wyglądał jak wycięty z XIX-wiecznej ryciny. Jeszcze chwila i usłyszy turkot kół, obok przejedzie dorożka, roześmiane damy w białych sukniach i z piórami przy kapeluszach. Zaśmiał się, bo zamiast dorożki przemknął tuż za nim wielki tir. No tak, szosa przelotowa. Za bramą boisko i grające w kosza dzieciaki. Gimnazjum? Liceum? Nie pamiętał, jaka szkoła tu się mieści. Chętnie przespacerowałby się po parku, ale najpierw, najpierw sprawy zawodowe. Woźna w niebieskim fartuchu uśmiechnęła się, kiedy powiedział dzień dobry i wskazała drogę do dyrektorskiego gabinetu. Pani dyrektor. Krótki uścisk dłoni i propozycja kawy. Nie odmówił, chociaż domyślał się, że dostanie zalewaną wrzątkiem lurę. Pani Aniu, dwie kawy! Tak, proszę pana, dzwoniono już z uniwersytetu, wiemy o pańskim przyjeździe. Oczywiście, udostępnimy bibliotekę, oczywiście, pomożemy w czym tylko będzie można, mamy tu niewielkie muzeum, a przede wszystkim trochę listów. To chyba najbardziej pana interesuje, prawda?
Kawa była niespodziewanie dobra, żadnych fusów, żadnych rozpuszczalnych świństw, aromatyczna i z ekspresu, miód i niebo w gębie. Zaskoczony stwierdził, że odczuwa coś w rodzaju zadowolenia. Miejsce było interesujące, dyrektorka okazała się całkiem kompetentną osobą i szybko ustalili zasady współpracy. A raczej jego pracy na terenie jej szkoły. Energiczna pięćdziesięciolatka (tak na oko) sprawnie przeszła do podpisania odpowiednich dokumentów, równie sprawnie poznała go z bibliotekarką. Proszę, to pani Jagoda, proszę we wszystkich sprawach polegać na jej wiedzy, przekazuję pana w dobre ręce. Nauczycielka wyglądała jak uosobienie wszystkich bibliotekarek świata. Niewysoka, siwa, włosy upięte w kok, okulary na nosie. Ha! Uśmiechnął się w duchu i wyobraził zakurzone półki i stary katalog, gdzie nic nie można znaleźć, bo tylko pani Jagoda zna klucz. Później, kiedy wrócił do hotelu, myjąc zęby śmiał się do odbicia w lustrze. Zakurzone półki! Stary katalog! Dobrze, że nie zrobił z siebie idioty mówiąc o tym głośno. Biblioteka była jednym wielkim cackiem. Meble (później dowiedział się, że pamiętały ostatnich właścicieli), książki, archiwum, laptop na biurku pani Jagody (ku jeszcze większemu zaskoczeniu okazało się, że babcia całkiem nieźle potrafi się tym sprzętem posługiwać), komputery ustawione na stylizowanych stolikach, to wszystko nieco go zaskoczyło. Nieco. Zachichotał. I dobrze! Może oduczy się wyciągania pochopnych wniosków! Przed pójściem do łóżka sprawdził pocztę, przejrzał jakieś wiadomości, zdążył jeszcze pomyśleć, że musi poszukać tańszego noclegu, inaczej stypendium wystarczy nie do końca roku, ale do końca miesiąca. Póki ciepło, mogę spać w parku, mruknął i pozwolił zagarnąć się snom.