niedziela, 6 sierpnia 2017

Zachody i odloty

Wyraźnie czuję, że mam w końcu trochę czasu wolnego. Podczytuję sobie fejsbukowe opowieści, pogaduję ze znajomymi, spotykam się z ludźmi, gram w literaki, griluję się (jakkolwiek to brzmi)... Skończyłam biograficzną książkę o czterech córkach ostatniego cara (bardzo smutna, poruszająca) i zaczęłam autobiografię Wisłockiej. I mam czas na spacery. Dziś - proszę bardzo, jeszcze zdążyłam w czasie zachodzącego słońca pospacerować moją ulubioną trasą "do torów". Niestety, zasmuciłam się nagle - usłyszałam jakieś ptasie gęganie, a nad horyzontem pojawił się klucz. Boćki zdaje się brzmią inaczej. Kaczki? Gęsi? Żurawie? "Dziewczyny płaczą, bo skończyło się już lato" - zanuciłam piosenkę Magdy Umer. One chyba jeszcze nie odlatują - liczę, że mój ulubiony biolog pocieszy mię. Zaczęło się ściemniać, odwróciłam się więc i nad Juchnowcem wisiał sobie księżyc - nad szkołą, nad kukurydzą, nad pszenicą, nad budynkami...






czwartek, 3 sierpnia 2017

Sierpniu, drogi sierpniu

Melduję Ci, że przyszedłeś w tym roku z upałem wyjątkowym, za którym tęskniłam. Mimo skwaru, bądź trochę jeszcze taki. Wychodzę z domu, podziwiam nową elewację, idę na malutki spacer dookoła szkoły. Jest duszno, chmurzy się na zachodzie, idzie burza. Sprawdzam, jak się miewają jabłonie, wędruję obejrzeć przedszkolny kasztanowiec. Pachnie skoszoną trawą. Chłopcy na boisku grają w piłkę, młodszy się buntuje - słychać wyraźnie. Grusza ładnie zaowocowała, lecą na ziemię pierwsze owoce, wśród nich kłębią się osy. Ostrożnie stąpam, wybieram trzy najzdrowsze gruszki. Jeżeli są niedojrzałe, skończą w piekarniku razem z kurczakiem albo kaczką. Nie mają wyboru. Po drodze zrywam kwiat czerwonej koniczyny na herbatkę. Śliwki węgierki - te, które zaowocowały w tym roku - dojrzewają już. W trawie fioletowe paćki. Świat pachnie gorącym sierpniem, co roku szukam tego zapachu w łąkach, sadach i ogrodach. Jarzębina znów nagle w czerwieni, jak zwykle nie wiadomo kiedy owoce zyskały kolor. Wracam do domu, pachnie miętą z mamowego ogródka, którą zaparzyłam przed wyjściem. Lód, cytryna, trochę miodu, jeżeli lubicie. Pycha. Dzban orzeźwienia. Słodki spokój, wreszcie czuję, że odpoczywam. Kiedy kończę pisać te słowa, o parapet dzwonią pierwsze krople deszczu. Wychodzę jeszcze na balkon i proszę - oto ilustracja do tekstu. Dobrego wieczoru Wam życzę. 




poniedziałek, 24 lipca 2017

Krasnogruda


Jest piątek, 30 czerwca 2017. Mimo, że rok szkolny skończył się tydzień wcześniej, jeszcze pracuję. Jeszcze parę spraw do zamknięcia, parę do przygotowania i wreszcie - amen! Do domu, ogarnięcie, autko i fruuuuuuuu - mój wierny Mundzio sunie dzielnie przez Białystok ku Suwałkom (trochę błądzę, ponieważ centrum zablokowane - Festiwal Bluesa), a dalej przez Sejny (niezmiennie lubię) do Krasnogrudy. 

Byłam już tutaj, mam w głowie to poczucie odcięcia od świata. Stałam na pomoście nad jeziorem Hołny i w wyobraźni wspominałam zdjęcie Czesława Miłosza trzymającego w ręku zdjęcie własne sprzed lat. Stary Miłosz patrzy na młodego Miłosza. Czas się zapętlił. Ten moment, świat dookoła, to nakładanie się czasów i miejsc sprawiło, że właśnie tam, nad jeziorem powstał wiersz "podróż do krasnogrudy", który trafił do mojego ostatniego tomu "pełno światła".

I znów tutaj jestem w dniu urodzin Czesława Miłosza, zaproszona przez Krzysztofa Czyżewskiego szykuję się na czytanie "Traktatu teologicznego". I znów ogarnia mnie spokój. To jakiś czas magiczny, spotkanie rozpoczyna syn Czesława Miłosza, Antoni Miłosz, a potem kolejne części traktatu brzmią w wykonaniu kolejnych i kolejnych osób. Czyta Krzysztof Giedroyć i czyta Darek Szada-Borzyszkowski, czyta spotkana niespodziewanie Janina Joanna Osewska. Słuchają ludzie, słucha jezioro, słucha to niezwykłe miejsce. 

Kończymy. Jeszcze trochę rozmów, wręczam Antoniemu Miłoszowi "pełno światła" - i droga powrotna przez noc. Wrócę tu jeszcze.

   























 
Na zdjęciu (fot. K.Korotkich) czytam właśnie. :) A więcej o miejscu i idei TUTAJ

sobota, 15 lipca 2017

cień


twoja obecność, twoje jestem. ty.
spokojny przy stole, przyglądający się
zaparzaniu herbaty, szykowaniu filiżanek,
nalewaniu herbaty. trzymający w rękach
filiżankę. z zielonym oczekiwaniem
w oczach. tuż obok. za plecami, w objęciach.
najbliżej. a później cień. odtrutka

na nocne bezsenności, na dzienne zabiegania,
na bezradności i bezradości. twój cień
na ciemność, na niemówienie,

na pamięć

Julia Hartwig (1921-2017)

Zmarła wczoraj, w Stanach Zjednoczonych. Za miesiąc skończyłaby 96 lat. Odchodzą Najlepsi, odchodzi epoka.

Dajmonion

Przywoływał go nieustępliwie
i pilnował nocą i dniem
bo wiedział
że zawsze gotów jest do ucieczki

Gdy był już stary
otrzymał w zapłacie jego wierność
i absolutne oddanie

położył się przy jego łóżku
i odszedł razem z nim

środa, 5 lipca 2017

Przed końcem roku szkolnego

Końcówka roku szkolnego to zawsze bardzo gorący okres - istne szaleństwo, to zamykanie roku szkolnego, rady końcowe, klasyfikacyjne, dzienniki, arkusze, monitorowanie podstawy, zamawianie tysięcy podręczników, sprawozdania, informacje o pracy nauczyciela... Gorąco, gorąco... 

Stąd też (chociaż nie tylko) moje nieobecności na końcówce festiwalu "Metamorfozy Lalek". Chcę jednak napisać o dwóch spektaklach, na których jeszcze zdążyłam być i które mnie zachwyciły totalnie. Dwa zupełnie inne przedstawienia, które łączy użycie lalek. Wspomnijmy więc najpierw spektakl Teatru Animacji z Poznania pt.

Molier

- cóż za finezja, fantazja i fantastyczne poczucie humoru. Molierowskie smaczki - i śmiech, i ironia, i nawiązanie do władzy, która pragnie tylko zachwytów, w innej sytuacji karze, zabrania i wyciąga konsekwencje. Lalki obłędne, tempo zabójcze, muzyka - ach! Gdybym miała okazję, natychmiast obejrzałabym jeszcze raz. Żałuję tylko, że w tej obsadzie nie było Marcina Chomickiego. Ach, może się kiedyś uda zobaczyć wersję z Marcinem. Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Poznaniu - oglądaj. Same superlatywy.

I drugi spektakl, zupełnie inny. Teatr litewski - Kauno Valstybinis Lėlių Teatras i widowisko

Za drzwiami śnieżycy

- pozostaję wciąż pod wrażeniem piękna tego spektaklu. Motywy ludowych opowieści w scenerii padające śniegu... zadymki. Światło wykorzystane w cudowny sposób - cienie i jasności, dzień i noc, słońce i cień. Był piękny estetyką niezwykłą i tak bardzo żałuję, że nie mogę go zobaczyć jeszcze raz. W moim przypadku pragnienie zobaczenia spektaklu po raz drugi czy trzeci to najwyższy stopień zachwytu.

Jeżeli więc piszę, że oba widowiska zobaczyłabym z radością drugi raz, oznacza to mój zachwyt. Lubię się zachwycić spektaklem. I to mi przypomina, że koniecznie muszę napisać recenzję "Wziołowstąpienia" Wierszalina - spektakl widziałam dwa razy, chyba muszę obejrzeć go trzeci raz i napisać, napisać dużo więcej od tego, co już o Wierszalinie napisałam. 

I dodaję link do fotorelacji Bogumiła Gudalewskiego z tego dnia festiwalu - kliknijcie TUTAJ
 

wtorek, 20 czerwca 2017

Metamorfozy Lalek - dzień trzeci i czwarty

Łączę te dwa dni w jeden, gdyż z powodu pewnej niespodziewanej niespodzianki w niedzielę nie mogłam wskoczyć w moje autko zwane Mundkiem i obejrzeć festiwalowych spektakli. Z mojego wywiadu wynika, że warte były obejrzenia, więc trochę żałuję jednak.

Za to dziś nie żałowałam sobie!

Rano wskoczyłam do pracy na chwilę, zaś później czekało mnie szkolenie na temat statutów szkół. Pozwólcie, że oszczędzę Wam tłumaczeń i wyjaśnień. Kto wie - ten wie, a kto nie wie - niech się cieszy, że nie musi wiedzieć. Aczkolwiek szkolenie było w porządku. Wybaczcie wszyscy, którzy do mnie dzwoniliście czy pisaliście, ale telefon w czasie szkolenia i później, w czasie spektakli, miałam wyciszony. Komu mogłam, odpowiadałam w międzyczasie, do kogo dałam radę, dzwoniłam.

No i, no i, no i... wreszcie nadeszła 17.00 i spektakl pierwszy, czyli

Na arce o ósmej

który okazuje się być właściwie spektaklem dla dzieci. Sympatyczna scenografia, sympatyczni aktorzy z Wileńskiego Kameralnego Teatru, ale no - dziecięcy spektakl, trochę dłużyzn. Fakt, że może się dłużyć, ponieważ grany jest w języku litewskim i nic a nic nie rozumiem. Troszeczkę ukłonów w stronę Polaków w postaci wtrętów w języku polskim, które wywołują wybuchy śmiechu na widowni. No i fabuła w kilku zdaniach wyświetlana na ekranie. Ot, poprawny teatr dla malucha.

Kurcgalopkiem, spóźnieni, lecimy z BTL-u do AT. Na szczęście czekają, ponieważ żałowałabym, gdybym nie obejrzała spektaklu drugiego zatytułowanego

Dzień osiemdziesiąty piąty

powstałego na podstawie noweli Hemingway'a "Stary człowiek i morze". Już w recenzji Ania podkreśliła ten inny punkt widzenia: jesteśmy w szpitalu, bohater czuje się samotny, tęskni za wnukiem, przeszłością, morzem, obok czuwa pielęgniarz, razem wyruszają w morze. Wciąż przeplatają się dwie rzeczywistości, dwa plany. Jednocześnie jesteśmy na łóżku w szpitalu i na łodzi w czasie połowu. Widzimy ból i tęsknotę, śmierć i spokojne odchodzenie bohatera. Lalka jest animowana genialnie. Pielęgniarz-aktor jest jednocześnie lalką-starcem. Panowanie nad ruchem, zupełnie inne głosy obu postaci są zachwycające, a spektakl jest piękny i wzruszający. Jeżeli ktoś mieszka w Wałbrzychu - polecam!

Wracamy do BTL-u, po drodze wpadamy na lody (karmel z solą - genialne!). I na koniec teatr grecki (nie, nie, nie będzie żadnych starożytnych teatrów):

Dom Klaunów

i tutaj jestem nieco rozdwojona. Na zaciemnionej scenie - pokój, który przekształcany w różne pomieszczenia jest miejscem kolejnych etiud. Całość czytam jako spektakl o zniewoleniu codziennością i zatraceniu się w tej swojej codzienności. Potrzebuję jednak znaleźć wiersz, zdaje się pod tytułem "Dom Klaunów", który brzmi pomiędzy etiudami. Niestety, brzmi w języku angielskim, a chociaż z moim angielskim lepiej niż rok temu, to jednak jeszcze wiele mi brakuje... Wprawdzie Janusz sobie zażartował, że jeżeli taki ma być grecki teatr, to on dziękuję, ale mi się zdaje, że chodzi o pokazanie różnych realizacji lalkowych. I rzeczywiście spektakl wyróżnia się - zwłaszcza od strony technicznej, lalki są animowane genialnie. Historyjki są krótkie: człowiekowi nadmiernie oglądającemu TV odbiornik niszczy głowę, gospodynię domową unieruchamia za pomocą kabla odkurzacz, a lampa przyczynia się do spalenia postaci, od słuchania wrzasków i hałasów płonie mózg, bankowiec rzyga pieniędzmi i umiera, a kobiecie wiecznie ryczącej i nie wiedzącej czego chce księżyc... ucina głowę. I uwierzcie, ten ruch księżyca na niebie tnący jak sierp sprawił, że wybuchnęłam głośnym śmiechem, tak surrealistycznie podsumował wcześniejsze etiudy autor. Niestety, lalki nie były duże, raczej przeznaczone do niewielkiej sali, oświetlenie niezbyt jasne (lalki animowane "od tyłu"), dlatego żałuję, że nie mogłam być bliżej i przyjrzeć się uważnie wszystkim niuansom.

Na koniec jeszcze wymiana wrażeń i już mknę do domu po drodze podrzucając Olę, która wkrada się na plac budowy, przez który przedostaje się do siebie. Czekam na recenzje, potem redakcja, kończę właśnie ten post. Jest pięć minut przed pierwszą. Pięć po pierwszej pewnie będę już spać snem sprawiedliwego. Przede mną pobudka o 6.30, długi dzień w pracy, spektakle i na koniec próba "Parostatku". Oraz znów oczekiwanie na recenzje.