niedziela, 9 marca 2014

Sentymenty, menty, enty...

Jak to bywa przy omawianiu książek z moimi uczniami, przypominam sobie lekturę. Przyszedł w tym roku, w V klasie, czas na "Anię z Zielonego Wzgórza", moją ukochaną, ulubioną książkę z tamtych lat. W bibliotece wypożyczyłam zniszczony egzemplarz w płóciennej okładce, ten sam, który czytałam jako dziewczynka lat zapewne naście. Czytałam więc "Anię..." i wspominałam tamtą siebie, jak to z koleżanką Elą byłyśmy zafascynowane tą historią, i jak to wracając wieczorami z mlekiem z pobliskiego PGR-u zatrzymywałyśmy się po drodze i odgrywałyśmy scenki z książki. Ona, jako wyższa i szczuplejsza grała Anię, ja zaś Dianę - wrodzone poczucie estetyki nie pozwalało mi na odwrotną decyzję... 
Sądzę, że Ania - idealistka, marzycielka, wywarła duży wpływ na moją osobowość, a od czasu obejrzenia filmu na podstawie książki, bohaterka ma twarz Megan Follows. Jeżeli chodzi o film, to pierwsza część, wierniejsza książce, bardziej mi się podobała, kolejne części - odbiegające od literackiego wzoru, już mniej.

Której z Was, drogie odwiedzające mnie Kobietki, bliska jest też rudowłosa bohaterka Lucy Maund Montgomery?

Żółta historia


niedziela, 2 marca 2014

*** [Lubię twoje ręce...]


Lubię twoje ręce, ich siłę i delikatność,
długość palców, równe księżyce paznokci,
kreski włosków na kłykciach, szorstkość
wewnętrznej strony, zbiegające się linie

- mapa wzgórz i dolin, którą chciałam poznać,
nauczyć się na pamięć. Męskie dłonie, stanowcze
na kierownicy, otwierające drzwi, zręcznie trzymające
pałeczkami sushi, łagodne na twarzy, łapczywe

na skórze, piersiach, ramionach, brzuchu. Ręce
rysujące na zaparowanej szybie pociągu znaki,
odbierające telefon, składające z papieru
łódeczki, którymi wypływaliśmy w rejsy

naszych przyszłości: w słońce i błękit,
w przejrzystość i jasność.



poniedziałek, 24 lutego 2014

piątek, 14 lutego 2014

Zakochana Sonia

sposób na jedzenie granatów

oto muśnięcie ciepłych palców Boga
nad torami – granicą dzieciństwa
a oto księżyc
tak kiczowaty że aż prawdziwy

zsunął się po śladach dotyku
żeby zostać świadkiem
jak uczymy się karmić
na prawe ręce
owocami granatu

szklistopurpurowe cierpkosłodkie szkiełka
najbardziej smakują rozgryzane z trzaskiem
po ułożeniu na dwóch językach

 
grawitacja

popołudnie zawieszone na połówce lata
półmartwe od rozgrzanego powietrza
szukamy swojego miejsca
pod płaskimi kwiatami dzikiej róży
wśród krwawników
o zapachu gorzkim
zapowiedzią przyszłości
na słodkiej koniczynie jak dzieci
uczymy się smakować nektar

słońce odgrywa drugoplanową rolę
z talentem łączy nas
grawitacją ciał


maki

zmieniłeś tapetę na pulpicie – to dlatego
że one są jak maki – tłumaczysz
i dotykasz sutków
więc jednak może stać się cud

już wiem o kim myślisz nieustannie już wiem
wprowadzamy się na stałe do łóżka
czułe miejsca przepastne materace
nieważne nad czym pracujesz
masz mnie obok

cokolwiek robię
wychodzę rozmawiam piszę
zawsze z twoim oddechem
za uchem na policzku

skóra nie da się oszukać
za każdym razem działa
jak dzwonek do drzwi

dotykam i słyszysz
wróciłam

poniedziałek, 10 lutego 2014

O życiu i ostatnich dniach

Miałam dziś dziwny sen. W ogóle ostatnio miewam sny i choć w części je pamiętam, a to zwiastuje zazwyczaj jakąś zmianę. Dziś w nocy okazało się, że muszę (naprawdę nie wiem dlaczego) jeszcze raz przejść szkołę średnią. Pamiętam, że z jednej strony martwiłam się, że sobie nie poradzę może, a z drugiej byłam podekscytowana jeszcze jedną szansą - jakbym mogła zmazać w ten sposób wszystkie popełnione w liceum błędy. Był pierwszy września, ja w granatowej spódniczce i białej bluzce, szkoła ogromna, jakiś gmach, w którego podziemiach były szatnie - i spotykani w tej szkole ludzie - absolwenci niedawni i bardzo dawni szkoły w której pracuję, moi uczniowie. Do szatni przeciskało się między schodami a niskim stropem, bałam się, że się nie zmieszczę, ale dzielnie sobie poradziłam. Na lekcji okazało się, że w klasie są wszyscy z Juchnowca i okolic - bo to taka nowa zasada, gromadzić razem wszystkich znajomych... Wszyscy uczniowie mnie podtrzymywali na duchu, wspierali, cieszyli się, że będę z nimi w klasie... Jedynie jakaś nauczycielka wiecznie się mnie czepiała...

Poza tym pół świata ogląda Igrzyska Olimpijskie, a pół ich nie ogląda, trwa walka, którzy są lepsi, ci co oglądają czy ci co nie - każda ze stron uważa, że jest przez to, co robi, wyjątkowa. Ja nie oglądam, fakt, zawsze coś pilniejszego, ciekawszego, ważniejszego się znajdzie, ale rzucam okiem na fejsbukowe njusy znajomych i cieszę się medalem Stocha... Taka jestem ni siaka, ni owaka, zawieszona pomiędzy... To chyba gorzej niż gdybym z zacięciem oglądała albo była gorąco na nie...

A poza tym zrobiłam schab palce lizać, parzony, z tymiankiem i czosnkiem - rzadko kiedy mam zacięcie kucharskie, tym razem jednak ten kawałek schabu w sklepie wyglądał tak ładnie, że się skusiłam. A'propos "ładności jedzenia" - w książce Fannie Flagg "Witaj na świecie, maleńka" jest scena, w której bohaterka spotyka się ze swoim ubóstwianym pisarzem (cudem się w ogóle udaje namówić go na to spotkanie): siedzą w restauracji, zamawiają coś do jedzenia, a kelner proponuje "wyjątkowo ładne ostrygi". Pisarz prosi więc o tuzin ładnych i dwie brzydkie... No więc schab był ładny i ładnie mi się zrobił, z tym, że całe mieszkanie pachnie czosnkiem, nawet wietrzenie niewiele daje... 

Na dodatek ostatnie dni prorokowały wiosnę, nawet koty zaczęły urządzać wieczorne marcowanie, a dziś po porannym deszczu cały dzień śnieżyło, wielkie lepkie płatki schodziły gęsto z nieba, jak w teatrze telewizji, gdy trzeba, żeby sypał śnieg i jest on tak gęsty, że od razu widać, że sztuczny.

A jeszcze poza tym poza tym to przeglądając projekt najnowszej swojej książki, która nie wiem, kiedy i czy w ogóle zobaczy światło dzienne, przypomniałam sobie wiersz, który dziś musi się tutaj znaleźć.


-------------------------------------------------------------------------

Piołun, czekolada, mięta

Na co dzień zachwyt mglistym światłem września,
bańką powietrza mleczną od przejrzystych wschodów
– do wnętrza niech nikt nie schodzi. Panoszył się

czas, gorzki piołun i smak zbolałego lata jak dotknięcie
miazgi zęba. Pamiętasz? W czekoladkach słodka mięta,
dentysta, zdrętwiała lewa strona twarzy. Przestałam marzyć,

a miejsca rosły. Dni wypełniał podstępnie atrament
– wbrew prawom, bo przecież wierzyłeś, że śmierć
nie jest silniejsza nad miłość. I niby nic się nie zmieniło:

na co dzień mgliste światło września, jesień,
wewnątrz ciemne miejsca, nie dotykaj lepiej.