czwartek, 18 sierpnia 2011

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

niedziela, 14 sierpnia 2011

Zaczarowany ogród








 





Pułka na półce czyli Paralaksa w weekend

Pierwszy tom poezji Tomka mam u siebie od dawna, drugi jakoś nie wpadł w moje ręce, więc kiedy w olsztyńskim antykwariacie okazało się, że jest "do wzięcia", dołączyłam "Paralaksę w weekend" do stosiku lektur. Przeglądałam tomik i, okazało się, że znalazł się w nim wiersz, który autor niegdyś zadedykował piszącej te słowa...


Radio, książki i kucharki

                                     Teresie Radziewicz

Na śpiew mnie nie weźmiesz, ale wybaczy Pani,
czuć w Pani łyko dębu, kostkę węgla, co to pod
język się wciskają, że nawet cudze wargi smakują

znajomo. Jak te oczki z węgielków, lalki
zza granicy, odpoczynek w ogrodzie i ojciec
w szpitalu. Jakby za chwilę ziemia miała się

rozszczepić; tak wszystko ułożone. Tylko czeka
na wdechu, w pustej poczekalni. Tak wszystko
w tym domu albo u krawcowej: jasne, skrojone

na miarę. Jeszcze raz powtórzone. Dziergane palcami
i tylko palcami. Bez igły, bez włóczki,
jak suchy wąż, który karmi się dziećmi.

-------------------------------------------------------------------------------
I dodaję jeszcze swój wiersz dedykowany autorowi "Paralaksy w weekend":


HALFKA 

                                            Tomkowi Pułce

Zimno. Chłód się objawia w srebrnych oczodołach,
wciska jakby szron świtem, zagnieżdża ukradkiem
pod tą cieniutką skórką z pustym dookoła.

Rzucasz rzeczom wyzwanie, nazywanie woła,
wcierasz treść w jakąś formę. Nie ma żadnej kładki.
Zimno. Chłód się objawia w srebrnych oczodołach.

Świt zmienia się w południe, przekształcają słowa,
przerastają się, trwają w lęku przed ostatnim
pod tą cieniutką skórką z pustym dookoła.

Wszystko w zaciętym buncie: tętno, nogi, głowa,
oko prawe i lewe, ręce - dwie wariatki.
Zimno. Chłód się objawia w srebrnych oczodołach.

Trwa zbiórka rekwizytów. Miejsce jest gotowe,
by uzupełnić pustkę (tak niby przypadkiem)
pod tą cieniutką skórką z pustym dookoła.

Wiersze, książki, atrament, wódka i rozmowa
o rzeczach najważniejszych - na nic te dodatki.
Zimno. Chłód się objawia w srebrnych oczodołach,
pod tą cieniutką skórką z pustym dookoła.

środa, 10 sierpnia 2011

I wiersze piszę...

- Przepraszam, można?
Przybrudzone dżinsy i spłowiała błękitna bluza z napisem PKS Białystok nie wyglądały zachęcająco, ale cóż... mężczyzna też człowiek...
- Proszę.
- Wie pani, - przysunął się i uuuuuuu... powiało alkoholem - wracam od szwagra, trochę wypiliśmy... Postawił wino, wie pani, takie za trzy pięćdziesiąt i dwa piwa. Wszystko wypiliśmy, on sam mieszka, żona nie żyje dziesięć lat, dom ma, emeryturkę ma...
- Mhm - nie brzmiało zachęcająco. Autobus zatańczył na rondzie i znów pomarszczona twarz z wiśniowymi śladami w okolicach ust znalazła się niebezpiecznie blisko.
- Ja też mam emeryturę, czterdzieści cztery lata przepracowałem na kolei, chciałem czterdzieści pięć, ale szef wezwał, kazał podpisać, dziesięć tysięcy dostałem, no minus podatek, to jakieś osiem - i na emeryturkę. Ale jaką ja mam emeryturkę... No niech pani spróbuje zgadnąć...
- No nie wiem, trudno powiedzieć... - próbowała przygasić entuzjazm.
- Dwa tysiące! Najpierw dostał ja tysiąc osiemset, a potem była podwyżka. Ludzie mają po tysiąc czterysta, tysiąc sześćset, no nie znam ja żadnego kolegi, żeby więcej... Ale ja uczył się długo, najpierw na Hetmańskiej, a potem na kolei całe życie pracował. Wie pani, jako mechanik. Nie ma wagonów, to zaraz się jakąś butelkę skołuje. Razu jednego siedzimy w pokoiku, chłopcy przynieśli dwie flaszki, to wypiliśmy... No jakaś zagrycha była też... Nie ma co robić, to znowu któryś skoczył po butelkę, dwie przyniósł. Kurczaka z rożna zamówiliśmy. A pod koniec pracy jeszcze dwie połówki, ten kurczak został na zagrychę...
Uśmiech sąsiadki był cokolwiek niewyraźny.
- No ja pani mówił, że się uczyłem dużo... Teraz nawet książkę piszę... A tego od "Konopielki", Redlińskiego, to osobiście znam i "Konopielkę" czytałem. I wiersze piszę...
Pewien Heniek z Ogrodniczek
nie stronił od spódniczek.
Chciał, by go jedna kochała,
lecz ona go nie całowała.
Prosił ją, błagał nocami,
zlituj się w końcu nad nami.
Prosił ją dwa tygodnie,
aż wreszcie spadły mu spodnie.
- No i co pani powie, zły wiersz?
- No... Taki z rymami... Przepraszam, na tym przystanku wysiadam...

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Podróże kształcą... ;)

W Olsztynie odwiedziliśmy niewielki antykwariat w centrum miasta... Mieliśmy zajść na moment, rzucić okiem, a wynieśliśmy tyle książek, że przed zwiedzaniem trzeba było je zanieść do domu... Dzięki temu jednak przetrwałam podróż powrotną, bo owa podróż  byłaby koszmarem z racji takiego tłoku, że nie dało się przejść z wagonu do wagonu - w korytarzach same śledziki. Schytrzyłam się i w Korszach, gdzie ciuchcia miała dziesięciominutowy postój, przemknęłam po peronie, zdecydowana dopłacić do jedynki. Niestety, konduktor miał jakiś problem, więc usiadłam w pustawym - o dziwo - Warsie. Później zaś zabunkrowałam się tam, zamówiłam kawę, obiad, herbatę i, zaczytana, przetrwałam te 4 godziny w stanie względnie żywotnym. Wciągnął mnie Josif Brodski, "82 wiersze i poematy", wydanie z 1989 roku z wstępem Miłosza. I jeden z tych czarujących melodią wierszy przepisuję tu czym prędzej. :)


Josif Brodski
Przepływają obłoki


Słyszysz w lesie, czy słyszysz w lesie głosy dziecięce,
nad srebrnymi drzewami dzwoniące, łopocące w dźwięcznych pogłosach,
w zmierzchającym powietrzu zanikające naprędce,
w zmierzchającym powietrzu znikomiejące niebiosa?

Nici deszczu się przeplatają, połyskują wśród drzew niezdarnych,
i bezgłośnie szumią, bezgłośnie szumią w zbielałych trawach,
słyszysz głosy, czy widzisz włosy - te w grzebieniach czerwonobarwnych,
sięgające po mokre liście drobne ręce w przykrótkich rękawach?

"Przepływają obłoki, przepływają obłoki i gasną" -
to śpiewają dzieci, śpiewają dzieci, w mroku czarne szeleszczą gałęzie,
loty głosów wśród konarów o kształtach niejasnych,
w zmierzchającym powietrzu ani objąć je, ani uwięzić.

Tylko liście wilgotne jakby w nagłym podmuchu wystrzelone jak z procy
śpieszą z lasu, jakby z daleka ich dobiegło wołanie jesieni,
przepływają obłoki, to śpiewają dzieci, śpiewają wśród nocy,
i od trwa aż po szczyty wszystko - pulsujących głosów strumieniem.

Przepływają obłoki, a to życie przepływa zapewne,
przyzwyczajaj się, przyzwyczajaj - śmierć tkwi w tobie dymiącym pociskiem,
gdzieś wśród czarnych gałęzi - obłoki, pełne głosów, miłości pełne,
przepływają obłoki, to śpiewają dzieci, śpiewają o wszystkim.

Słyszysz w lesie, czy słyszysz w lesie dziecięce nucenie,
nici deszczu się przeplatają, śpiew łopoce w dźwięcznych pogłosach,
tuż przy szczytach strzelistych w nowym zmierzchu na oka mgnienie
znowu ujrzysz, na nowo ujrzysz wygasające niebiosa.

Przepływają obłoki, przepływają nad lasem wystrzelone jak z procy,
gdzieś tam szemrzą strumienie, tylko płakać i śpiewać w jesiennej zamieci,
tylko płakać i w górę spoglądać, i dzieckiem pozostać śród nocy,
tylko w górę spoglądać i płakać, i śpiewać, i o niczym nie wiedzieć.

Gdzieś tam szemrzą strumienie w jesiennej zamieci wśród konarów o kształtach niejasnych,
śpiew o zmierzchu, o zmierzchu, tylko płakać i śpiewać, liść się kładzie na liść,
coś, co wyższe nad ludzi, coś, co wyższe nad ludzi, przepływa i gaśnie,
tylko płakać i śpiewać, tylko płakać i śpiewać... Tylko żyć.

tłum. Andrzej Mandalian