środa, 2 maja 2018

Na Szweda! - dzień drugi, część druga

Kiedy wczoraj opublikowałam na blogu opowieść z połowy pierwszego dnia, zdałam sobie sprawę, że zgubiłam jeden motyw. Przyczyna była prosta - nie zrobiłam zdjęcia i ulotna pamięć nie zarejestrowała, o zgrozo, literackiego motywu! W Karlskronie, niedaleko Amiralitetskyrkan, czyli Kościoła Admiralicji, jest mały pomnik Nilsa Holgerssona wybiegającego z otwartej księgi i tablica upamiętniająca pierwszą kobietę-noblistkę, Selmę Lagerlöf oraz jej powieść "Cudowna podróż". Ktoś mi zrobił zdjęcie przy pomniku, jeżeli do mnie dotrze, wrzucę je tutaj. Zaś informacje o największej drewnianej świątyni w Szwecji znajdziecie w Wikipedii. Zwróćcie uwagę na figurę żebraka Rosenboma z odchylanym kapeluszem. :)

Sfotografowałam natomiast znajdującą się nieopodal kościoła, w parku Amiralitetsparken zabytkową dzwonnicę Amiralitetsklockstapeln (jak to wypowiedzieć?!), której dzwony są zsynchronizowane z Kościołem Admiralicji. 


Uzupełniłam zapomnianą część wędrowania i możemy ruszać w dalszą drogę. Przed nami Stortogret, czyli Wielki Rynek, największy rynek w Skandynawii o powierzchni 2 ha. W jego centrum znajduje się XIX-wieczny pomnik króla Karola XI. No za przystojni ci Szwedzi to nie byli - słyszę komentarz jednego z uczestników wycieczki... Za chwilę sami ocenicie, czy to prawda. :D

Obok pomnika, przy rynku, mieści się też neogotycka wieża ciśnień, w której obecnie ma swoją siedzibę prywatne muzeum sztuki rodu Kulenoviców. Wyczytałam, że w podziemiach wystawiony jest budzący kontrowersje obraz Madonny z Dzieciątkiem, który podobno namalował Leonardo. Szkoda, że nie mogliśmy go zobaczyć. Tutaj znajduje się Kościół Trójcy Świętej, okrągły budynek z dachem kopułowym, który jest nietypową dla Szwecji konstrukcją (znowu nie zrobiłam zdjęcia!), Kościół Fryderyka oraz Ratusz - dziś budynek sądu.




Teraz czeka na nas Muzeum Marynarki Wojennej - Marinmuseum, pięknie położone, wchodzące swoją bryłą w morze. Historia Szwecji nierozerwalnie wiąże się z Bałtykiem, oglądamy kolekcje związane ze sztuką budowy okrętów, przepiękne modele żaglowców i nie tylko, zwiedzamy okręt podwodny (spełnia się marzenie pewnej osoby ;)). Zachwyca mnie kolekcja rzeźb galionowych i zabytkowe okręty przed budynkiem muzeum. Zdjęcia zrobię po zwiedzaniu, kiedy wyruszymy w krótki rejs promem na wyspę Aspö i w czasie powrotu zachwyci mnie panorama portu.




Wyspę Aspö zamieszkuje około 500 osób i kursuje tam bezpłatny prom. Podróż trwa pół godziny w jedną stronę, płyniemy bez wysiadania na wyspie, w tę i z powrotem, podziwiamy widoki, a że lekko kołysze, urządzam sobie 15-minutową drzemkę. Przypominam, że w nocy nie było wiele czasu na sen.









Jedną z atrakcji południowej Szwecji jest ponadsześciokilometrowy most łączący ze stałym lądem wyspę Olandię. W drodze podziwiamy widoki, natura Szwecji jest zachwycająca, ale doskonale widać, że jeszcze nie nadeszła pełna wiosna - niewiele liści na drzewach, za to wszędzie przecudnie kwitnące zawilce - ogromne połacie zawilców wszędzie i wszędzie. Stokrotki zaś identyczne jak w Polsce. :)


 








I wreszcie Kalmar. Tereny zamieszkałe w czasach prehistorycznych, a źródła pisane o mieście pochodzą z XI wieku. Najstarsza pieczęć miasta pochodzi z okresu od 1255 do 1267, co czyni ją najstarszą pieczęcią Skandynawii. Zatrzymujemy się przy pięknej katedrze, spacerujemy po uliczkach Kalmaru, a na koniec docieramy do kalmarskiego zamku z zachwycającym widokiem na morze.












I... to wszystko... Jeszcze wskoczymy do sklepu i wydamy korony na kawę, herbatę i czekolady ze słonymi migdałami i słonym karmelem i - czas na prom. Ale o podróży i dniu trzecim - w następnym odcinku.

wtorek, 1 maja 2018

Na Szweda! - dzień drugi, część pierwsza

Właściwie mamy jeszcze wieczór dnia pierwszego, udajemy się do Gdyni, w drodze chwila strachu, bo czasu nie za wiele, a tu nagle sygnały karetek, policji... Pierwszy raz widzę, jak tworzy się na zatłoczonej trasie tzw. "tunel życia", auta rozjeżdżają się na dwie strony, naprawdę w miarę sprawnie, pogotowie, policja, straż... Wpadek. Powtórzę - jedźcie ostrożnie! Serca mamy lekko na ramieniu, bo co będzie, jeżeli nie zdążymy na prom? Czas jeszcze mamy, ale może nie da się przejechać...

Na szczęście zaczyna się ruch, jedziemy, docieramy na czas. Zbieramy bagaże. Terminal i oczekiwanie na prom. Stena Line. To nie pierwsza moja taka podróż, ale wrażenie podobne: czeka się dość długo, jest duszno, nie ma klimatyzacji oraz niewiele miejsc siedzących - na to trzeba się nastawić. Dobrze, że jest z kim pogadać i w końcu po otrzymaniu biletów i karnetów na posiłki zaczyna się okrętowanie. Wchodzimy po schodach, walizki i torby nie są lekkie, o nie... To właściwie najmniej przyjemna część podróży, co do reszty nie będę miała żadnych zastrzeżeń. 

Znajdujemy kajutę. Świeża pościel, czysto, łazienka. Oczywiście miejsca niedużo, ale nie tu będziemy tańczyć. :)



Zostawiamy bagaże, myjemy ręce, jako kazał nasz szef - i na kolację. Dopiero teraz, kiedy piszę te słowa, żałuję, że nie robiłam zdjęć na pokładzie w takich miejscach właśnie jak restauracja. No ale sądzę, że jeżeli ktoś chciałby obejrzeć fotki, może wejść na stronę promu i tam popatrzeć. A ja napiszę o wrażeniach. :) Wracam na prom. Obiadokolacja to tzw. szwedzki bufet. Na sporym terytorium stoliki, wystarczająca ilość miejsc, jedzenia jest dużo, możesz nakładać ile tylko chcesz, napoje i niskoprocentowe alkohole (piwo, wino) w cenie. Ogólnie - różnorodnie i smacznie. Nakładam miniaturowe porcyjki różnych potraw, których chciałabym spróbować. Jemy, smakujemy, dzielimy się uwagami. Stanowczo wygrywa polędwica z dorsza - delikatna i w smacznym sosie oraz kaczuszka - rozpływa się w ustach. Krewetki również niezłe, ale nie wszyscy mają kochające żony, które pozrywają pancerzyki, powyrywają nóżki (czy krewetki mają nóżki?) i jeszcze skropią limonką... :P

Czas oddechu, śmiechów, gadania... Dobry czas.

No ale, ale... Ile można jeść?! Czas na rozrywki! Ogarniamy się, poprawiamy fryzury i makijaże, zwiedzamy prom i ruszamy na tańce. To nic, że wstało się dużo przed piątą rano, a kładło późno dnia poprzedniego. To nic, że w autokarze szkoda było spać, bo śpiewaliśmy do oporu i nie tylko śpiewaliśmy. Tańczymy i tańczymy, aż niektórzy przysiadają przy stoliku i ze zmęczenia mimo głośnej muzyki zaczynają przysypiać... Zdajemy sobie sprawę, że dnia następnego... jakiego dnia następnego, skoro jest duuuuużo po północy? Zdajemy sobie sprawę, że praktycznie zaraz trzeba będzie wstawać, a my jeszcze nie śpimy! Więc - do kajut. Umawiamy się na 4.00 rano, więc po szybkim prysznicu zostają dwie godziny snu. Prom szumi, trochę drży, morze spokojne, kołysze delikatnie. Ledwo zamykam oczy. dzwoni budzik. Czwarta nad ranem - nuci mi się w łepetynce! Zakładam na siebie wszystko, co mam ciepłego i lecimy na 10 poziom. Ciemno! Świtu nie widać! A zimny wiatr urywa głowę. Dlaczego nie wzięłam czapki? I rękawic? I kożucha?! :)))



Schodzimy na chwilę do kajuty, ale zaraz dobra duszyczka puka do nas, że jest, jaśnieje! Widok nie jest najefektowniejszy, bo chmury, chmury! Ale i tak gdyby nie zimno, nie moglibyśmy się napatrzeć.




Jeszcze na chwilę do łóżka, jeszcze trochę drzemki, ale zaraz pobudka, bo przed nami leniwe śniadanko, zbieranie bagażu, przejście na ląd, zapakowanie się do autokaru i podbój Szwecji!

Podbój podbojem, ale byłoby ciekawie, gdybym pomyliła autokary. Idziemy, w lukach zostawiam torbę, zamierzam wsiadać, patrzę - Boże, to nie mój kierowca! Pędem wracam po bagaż, wyrywam spośród walizek lękając się, czy ktoś nie pomyśli, że zabrałam cudzy i już na spokojnie docieram do naszego wozu, dwa kroki dalej. Zabieramy sympatyczną młodą panią przewodnik i ruszamy.


Karlskrona leży na 33 wyspach archipelagu Blekinge, jest najsłoneczniejszym miastem Szwecji. Nie wiem, jak jest na co dzień, ale w czasie naszego podróżowania faktycznie było pełno słońca, długo towarzyszyło nam bezchmurne niebo. Na szczęście, bo przy chłodnym wietrze zmarzlibyśmy okrutnie. Nazwa miasta powstała od połączenia imienia króla Karola XI i słowa korona - czyli Korona Karola. Karlskrona została założona w 1680 roku, po przeniesieniu Szwedzkiej Marynarki Królewskiej. Obecnie jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO jako najlepiej zachowane ufortyfikowane miasto i baza marynarki wojennej z XVII i XVIII wieku.

Pierwsze wrażenia - pusto, jest po 9.00, a w stolicy regionu Blekinge prawie żywego ducha! No dobrze, jest niedziela. Ale wszyscy śpią? A może lękają się naszego najazdu?! ;) Poza tym - ładnie, czysto, świeżo, żadnych krzyczących reklam. Co ja piszę? Właściwie żadnych reklam - zazdroszczę. Jedziemy na Nabrzeże Królewskie z Bastionem Aurora i widokiem na port wojenny, obejrzymy Targ Rybny.











Björkholmen, najstarsza dzielnica Karlskrony, leży w zachodniej części wyspy Trossö. Dzielnica składa się małych, kolorowych, drewnianych domków, w których kiedyś mieszkali stoczniowcy, rzemieślnicy i marynarze. Osada powstała w XVII wieku, a jej zabudowa częściowo przetrwała do dziś, pomimo pożaru, który pod koniec XVIII wieku strawił prawie wszystkie drewniane budynki w mieście, ponieważ kiedyś znajdowała się na osobnej wysepce. Słodkie są te małe, urocze domki w pastelowych kolorach, z okienkami i firaneczkami, kwiatkami i lampkami. Zauważamy to już wcześniej, że w oknach ustawia się tutaj lampy. Przewodniczka opowiada, że to bardzo stary szwedzki zwyczaj. Lamki w oknach ustawiały żony, których mężowie wyruszali na morze. Prawdopodobnie, aby dać znak mężom, że czekają na ich powrót. Albo dać znak, że męża nie ma w domu... ;) Tak czy siak, robię masę zdjęć, Björkholmen wygląda uroczo.

















Dzień długi, baaaardzo długi, więc ciąg dalszy nastąpi... :)




Na Szweda! - dzień pierwszy

Pan Zagłoba w Sienkiewiczowskim "Potopie" o Szwedach mawiał:
Mdły to naród, bo ziemia tam okrutnie nieurodzajna i chleba nie mają, bo jeno szyszki sosnowe mielą, z takiej to mąki podpłomyki czyniąc, które żywicą śmierdzą. Inni nad morzem chodzą i co tylko fala wyrzuci, to żrą, jeszcze się z sobą o owe specjały bijąc. Hołota tam okrutna, dlatego nie masz narodu na cudze łapczywszego, bo nawet Tatarzy końskiego mięsa ad libitum mają, a oni czasem po roku mięsa nie widują i ciągle głodem przymierają, chyba, że połów ryb zdarzy się obfity.
Postanowiliśmy osobiście sprawdzić, czy ów szacowny bohater Trylogii miał trochę racji i wyruszyliśmy w sobotę w drogę ku dalekiemu krajowi za Bałtykiem. Najpierw jednak spory kawałek Polski musieliśmy przejechać, albowiem z Białegostoku wszędzie daleko, jak tej królewnie, która mieszkała za siedmioma górami, za siedmioma rzekami...

Szósta rano, autokar naszego ulubionego Biura Podróży (uwaga, lokowanie produktu!) Wygoda, wstawiam bagaż, zajmuję miejsce, towarzystwo wyśmienite. Wszyscy są? Wszyscy! W drogę! Ruszamy. Ponieważ wszyscy się znamy i na ogół lubimy, wędrowanie takie to sama przyjemność, prawie jak u Twardowskiego, znaczy Twardowskiej, znaczy Mickiewicza, gdzie "jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki, swawole...". Nie, nie, autokaru nie rozwalamy, jedziemy przez rozkwitającą, zieleniejącą ziemię. Z nami słoneczko - a obawialiśmy się, że będzie zimno, że deszcz, bo tak sugerowała prognoza pogody. A tu - ładnie! Trochę emocji po drodze, bo wypadki, niestety. Ludzie! Jedźcie ostrożnie! 

Zanim wsiądziemy na prom - trochę Gdańska, Oliwy i Gdyni. Znane miejsca, a wciąż z przyjemnością oglądane. Zwłaszcza spacer po Gdańsku z zatrzymaniem się na kawę i lody u Grycana w dobrym towarzystwie i w słoneczku bardzo mi się podoba. Później katedra i ogród w Oliwie. Trochę zdjęć tu i tam, proszę bardzo, oglądajcie. Kwitną magnolie! Tyle razy byłam w Oliwie i pierwszy raz trafiam w dobry czas. Wcześniej zawsze albo za wcześnie, albo za późno. Przed nami jeszcze msza - w niedzielę na promie się nie da i wsiądziemy na prom. Ciąg dalszy nastąpi... :)