***
I wreszcie czwarta
babka, Estera, chyba najbardziej przypominała babcię – zwyczajną staruszkę, w
której pokoju pachniało cynamonem, wanilią i pomarańczą. Piekła serniki: czysty
ser, żadnych ciast na spodzie, żadnych pianek czy czekolady na wierzchu.
Idealny smak pachnącego najlepszą cukiernią sernika. Piekła szarlotki – ale
tylko jesienią, ponieważ jabłko musiało pochodzić z własnego sadu, a nie mogło
leżeć w piwnicy. Estera, obdarzona wyjątkowym poczuciem zapachów, nie dała rady,
po prostu nie dała rady jeść czy też kazać jeść innym owoców leżących
kilkanaście tygodni w piwnicy. Nie piekła makowców.
– Nie mogę – mawiała, zwłaszcza przed
Bożym Narodzeniem, – przygotować ciasta z kupowanego maku, to czyste
marnotrawstwo. Ten mak zawsze jest gorzki, obrzydliwy. Wiem, wiem, przecież i
tak kupuję do kutii, ale tam oszukuję smaki miodem, rodzynkami, pomarańczową
skórką. W makowcu tego się nie da. Może kiedyś znów będziemy hodować mak, siać,
podlewać, suszyć makówki, a potem zsypywać idealne ziarenka do płóciennych
woreczków. – Wzdychała z taką tęsknotą, że musiałam się do niej przytulić.
Ostatnie jabłeczniki piekła w październiku, zanim zimowe owoce zaległy w
skrzynkach. Piwnica przy dworku była istnym sezamem. Drewniane drzwi zamykano na
wielką kłódkę, za progiem zaczynały się od razu schody i wiodły w dół. Ile razy
wysyłano mnie po przetwory, wyobrażałam sobie, że schodzę do podziemi jakiegoś
zamku, do lochów pod miastem czy jaskini. Byłam uwięzioną księżniczką,
poszukiwaczką skarbów, uciekinierką albo przywódczynią skrytobójców. Na samym
dole panował wieczny chłód, zapach gliny i ziemniaków wirował w nozdrzach, a
mnie opanowywał lęk, że z ciemnego kąta wypełzną pajęcze stwory i porwą mnie
gdzieś w podziemne korytarze. Świecąc latarką zbierałam zamówione przez babki
słoiki, ustawiałam w koszu i wnosiłam z wysiłkiem na górę, spragniona świeżego
powietrza. Piwnica, schowana w bzach, najpiękniej wyglądała wiosną, gdy
wybuchało owo fioletowe szaleństwo. Babka Estera znosiła naręcza bzu i ustawiała
w kuchni, w jadalni, w bibliotece – dom pachniał bzem. Dlatego nazwałam ją
Bzową Wróżką – poza tym kochała fiolety i wrzosy we wszelkich odcieniach. Kiedy
szukałam dla niej prezentu – sięgałam w sklepach po fioletowe szale, chusty czy
apaszki. Babcia Estera była rodzoną babcią, mamą mojej mamy.
***
Salomea, Judyta,
Serafina, Estera – moje biblijne babki. Oto one, poznajcie się.
Bardzo piękny tekst. Wszystkie piękne.
OdpowiedzUsuń