Druga babka, Judyta, do
końca życia chodziła w rękawiczkach i kapeluszach. Nie miała łatwo w
siermiężnych komunistycznych latach, mimo to rękawiczka musiała być. Damy
zawsze osłaniają twarz i dłoń – mawiała. Tylko dziwki – ta babka nie miała
problemów ze słownictwem – wychodzą na słońce bez osłony. Ale właśnie ona
dotarła w życiu najdalej – do Paryża, tej modowej mekki. Wszyscy nazywali tę
babkę Paryżanką. Kiedy wróciła do domu w latach 70-tych, zażyczyła sobie dwóch
pomieszczeń. W jednym zamieszkała ze swoimi francuskimi córkami, w tym drugim
umieściła kapelusze, a później urządziła pracownię. Rok później wyremontowała
strych (była mowa o jakimś spadku po francuskim mężu), urządzając miejsce dla
każdej córki, przeniosła kapelusze i wyposażyła krawiecką pracownię oraz wydzieliła
część kuchenną, nie zważając na fochy Estery obrażonej, że pogardziła jej
gotowaniem.
– Esterko, ma chérie – zaczynała. Uwielbiała
popisywać się znajomością francuskiego. Wszystkie ciotki posługiwały się tym
językiem i kiedy nie chciały zostać zrozumiane, używały tylko francuskiego. Nie
wiedziały, że zirytowana ich chytrością jeszcze w szkole podstawowej
przymusiłam rodziców, żeby zapisali mnie do szkoły językowej. Ach, jaką miałam
satysfakcję, kiedy udawałam, że nie rozumiem zupełnie, ale to zupełnie ich
opowieści.
– Esterko, ma chérie – tłumaczyła
Paryżanka, – póki dziewczynki są małe, dajemy radę. Ale jeżeli mamy tutaj
zostać, musimy mieć swoje miejsce, inaczej wszystko wiecznie będzie stało na
głowie. Każdy jest u siebie, a jednocześnie jesteśmy razem, lepiej być nie
mogło.
Babka Judyta była krawcową, ale nie
znosiła, gdy tak o niej mówiono. Modystka – tak, to brzmiało dobrze, chociaż
nie do końca było prawdą. Wprawdzie nasza Paryżanka znała się na kapeluszach i
umiała się nimi zajmować, ale prawdziwą artystką była w krawiectwie. Szyła –
ach, jak szyła! Kiedy wróciła z Francji na stałe, nie mogła opędzić się od
sąsiadek, znajomych, a później znajomych znajomych i tak dalej. Miała coś
takiego w rękach, w oku, w głowie, że kobieta najpierw czuła się jak królowa w
czasie przymiarek, a po założeniu sukienki czy garsonki uszytej przez Judytę –
jak modelka. Jakby przez samo szycie babka dodawała wzrostu, ujmowała
kilogramów, prostowała przygarbione plecy spracowanych kobiet ze wsi i okolic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz