sobota, 17 stycznia 2026

Moje biblijne babki - Judyta

 

Druga babka, Judyta, do końca życia chodziła w rękawiczkach i kapeluszach. Nie miała łatwo w siermiężnych komunistycznych latach, mimo to rękawiczka musiała być. Damy zawsze osłaniają twarz i dłoń – mawiała. Tylko dziwki – ta babka nie miała problemów ze słownictwem – wychodzą na słońce bez osłony. Ale właśnie ona dotarła w życiu najdalej – do Paryża, tej modowej mekki. Wszyscy nazywali tę babkę Paryżanką. Kiedy wróciła do domu w latach 70-tych, zażyczyła sobie dwóch pomieszczeń. W jednym zamieszkała ze swoimi francuskimi córkami, w tym drugim umieściła kapelusze, a później urządziła pracownię. Rok później wyremontowała strych (była mowa o jakimś spadku po francuskim mężu), urządzając miejsce dla każdej córki, przeniosła kapelusze i wyposażyła krawiecką pracownię oraz wydzieliła część kuchenną, nie zważając na fochy Estery obrażonej, że pogardziła jej gotowaniem.

– Esterko, ma chérie – zaczynała. Uwielbiała popisywać się znajomością francuskiego. Wszystkie ciotki posługiwały się tym językiem i kiedy nie chciały zostać zrozumiane, używały tylko francuskiego. Nie wiedziały, że zirytowana ich chytrością jeszcze w szkole podstawowej przymusiłam rodziców, żeby zapisali mnie do szkoły językowej. Ach, jaką miałam satysfakcję, kiedy udawałam, że nie rozumiem zupełnie, ale to zupełnie ich opowieści.

– Esterko, ma chérie – tłumaczyła Paryżanka, – póki dziewczynki są małe, dajemy radę. Ale jeżeli mamy tutaj zostać, musimy mieć swoje miejsce, inaczej wszystko wiecznie będzie stało na głowie. Każdy jest u siebie, a jednocześnie jesteśmy razem, lepiej być nie mogło.

Babka Judyta była krawcową, ale nie znosiła, gdy tak o niej mówiono. Modystka – tak, to brzmiało dobrze, chociaż nie do końca było prawdą. Wprawdzie nasza Paryżanka znała się na kapeluszach i umiała się nimi zajmować, ale prawdziwą artystką była w krawiectwie. Szyła – ach, jak szyła! Kiedy wróciła z Francji na stałe, nie mogła opędzić się od sąsiadek, znajomych, a później znajomych znajomych i tak dalej. Miała coś takiego w rękach, w oku, w głowie, że kobieta najpierw czuła się jak królowa w czasie przymiarek, a po założeniu sukienki czy garsonki uszytej przez Judytę – jak modelka. Jakby przez samo szycie babka dodawała wzrostu, ujmowała kilogramów, prostowała przygarbione plecy spracowanych kobiet ze wsi i okolic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz