wtorek, 3 maja 2016
niedziela, 1 maja 2016
niedziela, 24 kwietnia 2016
Dzień z drugim koncertem
Historia mego uczucia do Lubelskiej Federacji Bardów sięga 2010 roku, kiedy to w wakacje odwiedziłam Mazury, co opisałam TUTAJ. Więc nie dziw, że koncert w Białymstoku uradował me serce. Wprawdzie wahałam się przez moment, ale tylko dlatego, że weekend na uczelni, a bilety na koncert sobotni kupione. No ale JAK nie być?! No i choć sobota szalona, o czym pisałam w poprzednim poście - nie ma wyjścia. Niedziela również szalona - zajęcia, targi książki, pogaduchy różne, potem Wedel i pogaduchy z Alicją i koncert.
Lubię tę radość LFB, tę pozytywną energię rozpierającą muzyków, charyzmę Jana Kondraka, śpiew "najbardziej uśmiechniętego ponuraka" Marka Andrzejewskiego, słodycz Joli Sip, liryczność Piotra Sulima i - niech mi Tomasz Deutryk wybaczy - perkusistę o cudnym poczuciu humoru sprawiającego wrażenie naćpanego.
I trochę zdjęć - bez lampy, robionych dyskretnie - właściwie nie wiem, czy można je było zrobić, ale skoro już są, to szkoda by było ich nie użyć. Ach, jak bym chciała napisać taki tekst piosenki, którą LFB pragnęłaby gorąco zaśpiewać...
Dzień z koncertem
Wrzuciłam wczoraj słówko na fejsbuk - na szybko. Dziś przeklejam tu, ponieważ tutaj to wspomnienie odnajdę. :)
Długi, dłuuugi dzień za mną. Najpierw obudziłam się o 5.00 po śnie,
który się nadaje na scenariusz komedii romantycznej z elementami
kryminału i fantasy... Zostaję uratowana przez szlachetnego policjanta,
którego kot zjada mego prześladowcę po tym, gdy zostajemy zmniejszeni do
rozmiarów myszy... Budzę się i śmieję się w głos. A następnie
przypominam, że zapomniałam przygotować malutki esej na zaliczenie...
Zamiast więc obrócić się na drugi bok i uciąć smaczną drzemkę, zrywam się
i - piszę. Piszę, wysyłam. Amen. Zostaje mi tylko tyle czasu, żeby się
ogarnąć - i już mknę mem drogiem autkiem na uczelnię. Zdążam (a nawet
zdanżam) w automacie kupić kawę, dzięki czemu nie rozbijam nosem
klawiatury na zajęciach. Zajęcia, zajęcia, zajęcia, potem czas na targi
książki. Poezja stanowi nikły procent. Mimo to zdobywam dwa tomiki: Jerzy Hajduga i Jacek Mączka - oto Autorzy. Dorota Sokołowska
podpisuje swoje rozmowy z ks. Kralką, a na stoisku Muzy w atrakcyjnej
cenie zakupuję autobiografię Marquez'a.
Ale dzień się nie kończy, nie,
nie, nie... Dobrzy przyjaciele przygarniają mnie, karmią, nasączają
kawą, której jestem spragniona i za moment lecimy na koncert. Koncert,
ach, jaki koncert! Stanisława Celińska i Atramentowa. Śmieję się,
wzruszam, ronię łezkę. Co za dzień! Właściwie
to nie koniec dnia... W międzyczasie, kiedy odjeżdżam spod OiFP, puka
do mnie w okienko pan z samochodu obok i woła - ma pani za mało
powietrza w kole! I faktycznie - święta prawda. Wracając więc po
koncercie zajeżdżam do zaprzyjaźnionej stacji
paliw, robię minę żałosnego kota, mrugam rzęsami i mówię do panów, że
potrzebuję pomocy. Panowie pomagają. Docieram do dom. Pozostaję do jutra
w niepewności - zejdzie powietrze czy nie zejdzie. Co za dzień - że się
powtórzę.
Niestety, nie mam zdjęć z koncertu, więc kradnę jedno z fejsbuka Basi.
sobota, 16 kwietnia 2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































