Toruń moim okiem. Już kiedyś pokazywałam, jak go widzę, o TUTAJ. Tym razem miasto kipiące od ludzkich istot, tłumy i tłumy wszędzie. Mimo to dało się zobaczyć co nieco.
środa, 15 października 2014
piątek, 10 października 2014
Dzień Nauczyciela
Staroświeckie, powojenne
moim Nauczycielom
Po wielu
latach emerytury wciąż budzą się
przerażone,
że się spóźniły, że nie zdążyły,
że
kontrola, że dyrektor, że dzieci,
później
opowiadają o tym koleżankom
na
spotkaniach z okazji Dnia Nauczyciela,
gdzie oczy
im się rozpływają na widok
białych
bluzeczek i dawnych uczennic
prowadzących
wnuki. Co roku kilka miejsc
zostaje
niezajętych, jak w Wigilię,
a we
wspomnieniach muszą wracać
te, które z
tamtej strony patrzą
na swoje
święto. Staroświeckie,
powojenne,
w ondulacjach, kokach,
sznurkach
bursztynów, przed wyjściem
w
zwolnionym tempie i dokładnie
opatulają
się w nieco starodawne
płaszcze. Ich
drżące dłonie, dobre
jak za
czasów mojego dzieciństwa,
co roku pierwszego
września
dyskretnie
podtrzymują
firanki w
oknach.
wtorek, 30 września 2014
Kruszyniany, Bohoniki, Sokółka
A to inne kółeczko, które pewnego pięknego wrześniowego dnia wykonaliśmy. Wprawdzie naszym celem były Bohoniki i Kruszyniany, ale zawsze po drodze coś ciekawego znajdzie się do odwiedzenia. Tak właśnie było z arboretum w Kopnej Górze - napatoczyło się "po trasie", więc skręciliśmy z głównej szosy, żeby za chwilę parkować pod ogrodem botanicznym. Nie mieliśmy czasu na długie spacery, zajrzeliśmy tylko tu i ówdzie, podpatrując te i owe rośliny.
A potem krótka droga do Kruszynian, gdzie można, zostawiając oczywiście obuwie na zewnątrz, zwiedzić meczet, obejrzeć mizar oraz zjeść w jednej z knajpek coś "tureckiego".
Po obiadokolacyjce ruszamy do Bohonik, gdzie zdążamy dosłownie w ostatniej chwili - właśnie imam przywędrowuje, by odprawić modły o zachodzie słońca i zamknąć świątynię. Jeszcze słońce nie znika za horyzontem przez chwilę, więc mamy szansę nie tylko na odwiedzenie meczetu, ale i posłuchanie imama, który opowiada o religii, zwyczajach, korzeniach Tatarów zamieszkałych w Polsce.
Z Bohonik do Sokółki przysłowiowe "dwa kroki", zajeżdżamy (także w ostatniej chwili) do kościoła pw. Świętego Antoniego, żeby na chwilę przyklęknąć przed ołtarzem, gdzie znajduje się, zakryty welonem, komunikant, którego część przemieniła się we fragment tkanki mięśnia sercowego człowieka w stanie agonii (wynik niezależnych badań dwóch patomorfologów).
Zmierzcha, lecz my w planach mamy jeszcze miłe zakończenie dnia... Wpadamy na prawie dwie godziny na basen w Sokółce. Rewelacja! Wracam do domu, gdy już późno i ciemno, po takim dniu sny są mocne i głębokie, do samego rana.
Jałówka, Dublany, Świsłoczany, Mostowlany, Bobrowniki...
Wyskoczyłam dziś na maliny i dziką różę, żeby sprawdzić, czy da się przygotować nalewki z tych owoców... Aroniówka z nutką korzenną wyszła smakowicie - moja pierwsza nalewka! Teraz ukryłam ją najdalszym i najciemniejszym kącie mieszkania, a nawet zastanawiam się, czy nie wynieść jej do piwnicy czy na inny koniec świata. Udany eksperyment zdopingował mnie do kolejnych - a więc maliny już zalane alkoholem, zasypane cukrem ze startą skórką z limonki. Dzika róża - w niewielkich, niestety, ilościach (zrobimy z niej nalewkę leczniczą na miodzie i z ziołami) - mrozi się aktualnie. Nie zebrałam czarnego bzu ani kaliny i obawiam się, że owoce mogły zostać skonsumowane przez ptactwo. Sprawdzę któregoś dnia. Ale właściwie ja nie o tym miałam. W czasie łażenia po krzakach przypomniałam, że nie wrzuciłam zdjęć z wrześniowego wyjazdu do Jałówki (o miejscowości TUTAJ). Pozazdrościłam Julii K., która fotografowała ruiny kościoła w Jałówce TUTAJ i chciałam zobaczyć to miejsce. Pojechaliśmy na wschód, ku granicy. I powiem, że ta droga zdaje się przeżyciem wprost metafizycznym. Ma się wrażenie, że tam czas się zatrzymał, a przynajmniej maksymalnie zwolnił. Po drodze - drewniana cerkiew, cudna brama! (miejscowość mi wyleciała z głowy, grrrrrrr).
W samej Jałówce - zachowany układ dawnego rynku z parkiem po środku, bardzo ciekawa cerkiew z oddzielną dzwonnicą o trzech kopułach.
I trochę poza miejscowością - osławione ruiny. Pani, która przy cerkwi nam tłumaczy, którą drogą pojechać, dodaje, że ludzie ciągle przyjeżdżają, młode pary robią zdjęcia... Trafiamy bez problemu.
Postanawiamy wrócić inną drogą i jedziemy wzdłuż granicy do Bobrownik. Po drodze - wioseczki, które wprawiają mnie i w zachwyt, i w zdumienie, i w melancholię.
A tę chatkę chcę! Chcę! :))) A gdybym urodziła się tutaj?
Jedziemy. Przejazd kolejowy, przysypany ziemią, w oddali - wjazd do Białorusi. Kolej już od dawna nie kursuje.
Po drodze jeszcze jedna niespodzianka - prawie raj na ziemi, brakuje tylko leżących lwów. ;)
Dojeżdżamy do Bobrownik, wskakujemy na białostocką szosę i suniemy do domku. Piękna wyprawa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































































