czwartek, 17 lipca 2014
środa, 16 lipca 2014
poniedziałek, 14 lipca 2014
Próbując się z ekfrazą
zdjęcie: Rafał Babczyński
Przybywaj, przybywaj!
Wyłonić
się z nicości i poskładać, zebrać się
w
kobietę – długie linie palców, rozpostarte ręce
–
to się nazywa oczekiwanie. Stać się Penelopą
spragnioną
dotyku: rozwarte nozdrza, usta
rozchylone,
pytające, przymknięte oczy – rysunek
niespokojnego.
Przybywaj, przybywaj! Uczta
przygotowana,
cielce zabite, wino w dzbanach glinianych
chłodzi
się w piwnicy. Z pieca wyjmuję
pachnące chleby.
Przybywaj, przybywaj! Ciało
mam gotowe: oto krągłe ramiona,
oto
pajęczyna włosów, oto biodra rozkołysane tańcem,
moje
ciało, jak z Pieśni nad pieśniami,
przekształca się
w
czarę zmysłów – zaczerpnij,
wyłów
z ciemności.
sobota, 12 lipca 2014
Z ostatnich dni, czyli o życiu
Czwartek słoneczny, odwiedziny na ostatnim piętrze u pewnego artysty... Widoki na Białystok z pracowni niezłe. Rozwija się to nasze miasto, rozwija, zmienia, ulice szersze, centra handlowe większe, domy wyższe... Czy to dobrze? Nie wiem, ale raczej konieczne to i niepowstrzymywalne.

A po południu jadę do siostry i tam karmimy gęsi, króliki, cielaczki i psa Maję.
Wracam do domu w sam raz na zachód słońca nad "torami, granicą dzieciństwa".
W piątek, zanim wyruszę rano, zatrzymuje mnie jarzębina, pod którą zazwyczaj parkuję, taka już czerwona w połowie lipca, że aż niemożliwa - wciąż mi po głowie chodzi, że mam pretensje do jarzębin o zbyt wczesne dojrzewanie. Ela na Fejsbuku mi pisze, że to znaczy, że czas do szkoły - no proszę ja was, proszę, przed chwilą zaczęły się wakacje...
Piąteczek poranny dentystyczny, jako dodatek antybiotyk na kilka dni, do przeżycia wszystko. Na chwilę wpadam do pracy, załatwiam sprawy, a po południu miłe spotkanie przy kawie, ładne kończenie tygodnia.
Sobota od rana w deszczu, wstaję, jak się obudzę, leniwię się, dbam o siebie, kupiłam niedawno taką aromatyczną (niearomatyzowaną!) herbatę, czarną, że nie mogę się jej nawąchać (jakkolwiek to brzmi), piję z przyjemnością. Trochę odpisuję na maile, trochę gadam, trochę się fejsbukuję, trochę czytam - same dobre rzeczy. Z balkonu fotografuję zieloności, głównie jarzębiny, którymi się zachwycam jednocześnie i na które się krzywię z powodów wyjawionych powyżej... Deszcz, deszcz, szumi, szeleści, płynie...
I jeszcze pierwszy raz udaje mi się zrobić zdjęcie mojego gościa - zasiadają na tym kabelku dość często, ale wystarczy mój ruch i zwiewają. Dziś - może ten deszcz zagłuszył, bo pstryknęłam fotkę - jedną tylko, bo natychmiast odfrunął. :)
Bawię się w programie sprawdzając, co mogę zrobić ze zdjęciami, stąd te dziwne rzeczy - podoba mi się to kombinowanie. No i do tego wszystkiego - nieszczęście (oby tylko takie nieszczęścia się zdarzały). Robi mi się ciasno na dysku! Muszę zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze - przejrzeć zdjęcia i wybrać do wywołania, żeby coś papierowego zostało, a po drugie - kupić dysk zewnętrzny, przegrać na płyty, wielkiego pendrive'a? W każdym razie ciasno się robi i trzeba działać!
Oprócz tych dwóch rzeczy mam, rzecz jasna, sporo innych do zrobienia, ale to już temat na kolejny post. :)))
niedziela, 6 lipca 2014
Niekończące się słoneczne spacery...
Istnieje jeszcze świat, gdzie wieczorem rozpala się w piecu przyniesionym z podwórka drewnem, żeby nagrzać wodę. Najpierw łuczywo, potem polanka, wystarczy jedna zapałka i za chwilę ogień poirytowany, że się go zamyka pod fajerkami, huczy aż miło. Kot wskakuje na kolana, mruczy, ma białe łapki, a jego elegancja sięga wszelkich salonów.
Istnieje świat, gdzie dzieci wiedzą, że ziemniaki rosną w ziemi, zboże na polu, grzyby zbiera się w lesie, marchewkę zaś wyrywa z grządki, a nie kupuje w Biedronce. Powietrze pachnie, wszelkie łąkowe zielsko się pyszni, puszcza tuż tuż, a psy - jakby się ich nie zamykało, zawsze znajdą dziurę, żeby wybiec na spacer.
sobota, 5 lipca 2014
Nieśmiertelne zachody słońca
Zmieniam na kilka dni miejsce zamieszkania, wyjeżdżam, droga prowadzi na zachód, przez miasto, za miasto... Słońca już nie widać, przejeżdżam przez most, hamuję, zjeżdżam na pobocze. W powietrzu wieczorny chłód, niebo zmienia kolory, przestrzeń rozciąga się na prawo i na lewo, rozciąga się daleko, zielenieje, brązowieje, czerwieni się, zaognia... Od rzeki skrada się wilgoć i dotyka skóry, świat wygląda jakby składał się z kolorowych plam nakładających się na siebie, świat wygląda jakby był namalowanym obrazem. Świat jak dzieło sztuki. Czy świat, który wygląda jak obraz, może być prawdziwy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































