środa, 12 maja 2021

Krótka piłka

Cykl filmów promujących polską poezję współczesną przygotowuje Izabela Fietkiewicz-Paszek, poetka i bibliotekarka. Zapraszam!



sobota, 3 kwietnia 2021

Już czas...

 ...żeby zostawić Wam parę słów. Trudny był ten rok, z różnych względów. I pandemicznych, i osobistych, prywatnych. Dziękuję za obecność, dobre słowo, żart, za wysłuchanie, kiedy bardzo bolało.

Myślę teraz o Was, o tych, którzy czytają ten tekst: niech się odradza to, co dobre, we wszystkich sferach. Niech Wam będzie dobrze, miejcie wiele powodów do radości, do zachwytów, do poczucia, że ma się swoje miejsce na ziemi i ma się kogoś bliskiego.

I radosnego świętowania Wam życzę, dobrego czasu, spokojnego... Wesołych Świąt!



sobota, 20 marca 2021

Czy wyobrażałeś sobie śmierć?

 – Czy wyobrażałeś sobie swoją śmierć? – dzień był słoneczny tak bardzo, jak tylko może być słoneczny lipcowy dzień nad jeziorem, gdy od upału ratuje tylko możliwość zanurzenia się w wodzie. Małgorzata zadała pytanie przyglądając się pod słońce swoim dłoniom. Wydawało się, że jeżeli światło zwiększy natężenie, zobaczy wnętrze ciała – żyły, ścięgna, delikatne kostki palców.

– Co takiego? – senny głos obok zabrzmiał leniwie. Marcin, wyciągnięty na pomoście, przysypiał po przepłynięciu jeziora, przyjemnie zmęczony.

– Pytam, czy wyobrażałeś sobie śmierć?

– Ale że jak wygląda? Że z kosą, w przezroczystej sukni na kościach?

– Swoją! Swoją śmierć! – dziewczyna usiadła nagle. – Czy ty mnie słuchasz?

– Przecież widzisz, że śpię – chłopak przeciągnął się i poprawił ręcznik pod głową. Czerwono-niebieska krata koca przesunęła się na pomoście. – Jezioro trochę dało mi w kość dzisiaj, dawno tyle nie pływałem.

– No to co z tą śmiercią? Wyobrażałeś sobie?

– Doświadczyłem.

– Jak to doświadczyłeś? – Małgosia wpatrywała się w leżącego mężczyznę, który spojrzał na dziewczynę osłaniając ręką oczy od słońca.

– To było trzy lata temu, nie znaliśmy się jeszcze, nad jezioro jeździłem z kumplami z klasy. I po maturze zaplanowaliśmy weekend świętowania. Wynajęliśmy domek, żadnych dziewczyn – mówiliśmy – męskie świętowanie. Czerwiec był gorący, wylegiwaliśmy się nad wodą, graliśmy w karty, piliśmy piwo. Nie pilnowaliśmy języka, niewybrednie komentowaliśmy plażowiczów, ot banda rozwydrzonych gówniarzy, którzy myślą, że nikt im nic nie może zrobić. Pływanie nocą wymyślił Błażej. Zawody – Marcin także usiadł. – Kto pierwszy opłynie wyspę. Nie, nie byliśmy pijani, ot – kilka butelek na łebka w ciągu całego wieczoru. Zachowywaliśmy się jak rozdokazywane psiaki, pobiegliśmy nad tę wodę i każdy starał się być pierwszy. Nie, nic się nikomu nie stało – chłopak zauważył przestrach w oczach dziewczyny – ale nigdy nie zapomnę tych zawodów. Zawsze pływałem nieźle, na basen zapisał mnie ojciec jeszcze w przedszkolu, co roku w wakacje jezioro, więc zawody nocą – rewelacja.

Przez chwilę oboje milczeli, Małgorzata spojrzała uważnie, jakby pytała, co dalej?

– Szybko wyprzedziłem pozostałych, opłynąłem wyspę, chłopcy zostali z tyłu. I wtedy poczułem to. Jak gdyby wpełzło coś we mnie, wniknęło z czarnej wody, wodorosty zaczęły muskać łydki, poczułem skurcz i spanikowałem. Miałem wrażenie, że coś wciąga mnie do wody, znalazłem się w czarnej misie jeziora – bezwolny, bezwładny. To było kilka, kilkanaście może sekund, ale widziałem siebie – jakby z zewnątrz, jakby ze środka – jak opadam na dno, jak wodorosty związują mi nogi, krępują ręce, jak leżę nieruchomy i powoli przerasta mnie trzcina. Nie wiedziałem, co robić, w głowie miałem pustkę, jakbym zapomniał o wszystkich radach instruktorów. Czerń i cisza. Opadanie… – Marcin wstał, zrobił parę kroków, odwrócił się w stronę jeziora. Małgosia przerażona patrzyła na odcinającą się od błękitu wody i nieba postać. Zerwała się nagle, podbiegła i przytuliła się do pleców chłopaka mocno obejmując go w pasie. Stali tak przez moment. Wreszcie Marcin odwrócił się i gładził zmierzwione włosy dziewczyny.

– No już, już, przecież to tylko opowieść. Nic się nie stało. Usłyszałem zaniepokojone wołanie Błażeja, kilka ruchów i już leżałem na plecach, sięgałem do łydki, naciągałem mięsień i zanim dogonili mnie kumple, wychodziłem na brzeg. Owszem, sponiewierany, owszem, przestraszony, ale cały i żywy. Nawet nie opowiedziałem o tym momencie szaleństwa chłopakom. Po co? Jeszcze wyśmieliby mnie. Ale od tamtej pory nigdy nie wchodzę do wody nocą. Tak wygląda moja śmierć – czarna, mokra i niema.

CDN

wtorek, 16 lutego 2021

Mój pierwszy konkurs poetycki

Rok 2005. Publikuję od jakiegoś czasu wiersze na portalu poezja-polska.pl. Słyszę ponaglenia: zrób coś ze swoją poezją, wyślij może na jakiś konkurs czy co... No dobrze, myślę, szukam konkursów i w oko mi wpada piękny Konkurs Poetycki im. H. Poświatowskiej w Częstochowie. Patronka rozczulająca, jest kategoria "przed debiutem" no i - w razie jakiegoś wyróżnienia - z Białegostoku mam pociąg do Częstochowy, co wcale nie jest nieistotne, bo wydostać się z mojego końca świata nie było łatwo. I pewnego razu otrzymuję telefon z zaproszeniem na rozstrzygnięcie konkursu i informacją, że jestem w gronie laureatów. Z wrażenia siadam, a później w którymś wywiadzie opowiadam o tym - często mi się zdarza "z wrażenia" powiedzieć coś "zabawnego", z czego nie jestem zbyt zadowolona... Jest więc Częstochowa, jest wsparcie przyjaciół mi towarzyszących, jest wieczór w Teatrze im. Adama Mickiewicza. Rozpoczęcie. Na scenę wychodzi aktor i... czyta mój wiersz "świat urodził się pomarańczą". Drżą ręce, nogi, kolana, drżę wewnętrznie. Otrzymuję główną nagrodę w kategorii "przed debiutem". Przede mną jeszcze debiut w wydawnictwie pokonkursowym, debiut w czasopiśmie (nieodżałowane krakowskie "Studium" i korespondencja z Romanem Honetem), przede mną debiutancki tom "Lewa strona". Wspominam i czuję wzruszenie. Oto zestaw uhonorowanych laurem wierszy:

 

świat urodził się pomarańczą


wariatka usiadła przy drodze
zszywa stopy ścieżką z dzieciństwa
rozbiegły się w cztery strony świata

zna smak mięty melisy i szałwi
do szaleństwa wciera w język 
żyłki znajomych listków

bo świat urodził się pomarańczą
– śpiewa – ach pomarańczą

wariatka znów smakuje
porowate smugi słodyczy

jak pomarańcze krążą
– śpiewa – ach jak krążą

światem kołysze liść
wariatka pozwala
podnosić się i opuszczać

 
 

dzień gdy wariatka nadaje sobie imię


palce na zmarszczkach – wygładzić
popatrzeć w odbicie światła
rozszczepić jak pryzmat

wariatka przeczekuje złe wpływy
odbija się od księżyca w pełni

teraz będziesz nazywać się sonia
ach cóż za imię: sonia sonieczka

ujmuje za brzeg życie i tańczy
w kałuży zamacza dzień
śpiewa w ucho powietrza

ach cóż za imię: zielonooka sonia
takie imię to skarb – ach – prawdziwy skarb

wariatka rozśpiewuje się
w nieprzystających powtórzeniach

gdy zechcę będę zośką
zakasam szaleństwo
innym razem powiem: sofi
tak z francuska so – fi
przyciskając odpowiednio głos
jak me – sje albo bą – żur
och - będą mówić - prawdziwa
z ciebie soniu dama

wariatka zamyka oczy
potem otwiera na nowe życie

jestem sonia

 

sonia zanurza się w wodzie starając się przejść na drugą stronę

chcę zapomnieć na zawołanie
zacisnąć w pamięci to miejsce
do którego boję się wrócić

na piasku smugi jak gdyby pisane otwartą dłonią
woda niesie ze sobą wszystkie kolory znaczeń
sonia wybiera zieleń przeplecioną pajęczyną światła
wkracza w sieci plecione ze słonecznych rombów

chcę zawisnąć w bezruchu
zabierz mnie szybką smugą
wytop odpryski uczuć

woda podchodzi nieuchronnie jak codzienne rytuały
falą kreśli łagodne szlaki przełamując wszelkie opory
sonia pomiędzy palcami przesiewa zdziwione krople
podstawia ciche ciało pod spływającą pieszczotę

chcę już być po drugiej stronie
klękać z twarzą pokrytą patyną
jakby nalotem nieśmiertelności


sonia kocha

myśli że jeżeli zasłoni oczy 
nie zobaczy – ot – wariatka


kocham cię

zabrania tworzyć cokolwiek nowego w chwili
każe zamierać postaciom tworzącym nowe
poznaje zarysy ciała i wtapia się

nauczę podkreślać ciało
wyczuwać drżenia
kiedy sam cichniesz
i mówisz: cicho cicho

nauczę kołysać chwile
przetłumaczę miejsca do których
tylko my pasujemy

jeszcze o tym nie wiedzą
że oddech może parzyć
bogaci przeczuciem

kocham cię
kocham cię

chwila na którą nie ma słów

 

sonia kolejny raz poddaje się utracie

najpierw odwraca się by zmienić
bieg upartej rzeczywistości

tańczy

taniec dłoni obiera do czysta każdą przeszkodę

nałożę na siebie wieczory
schodzące jasną kreską

ale oszustwo znów dotyka
i sonia zwija się by ukryć
nagle objawiony brak

ach jak pięknie cierpię
śpiewa – spójrzcie jak pięknie
może to was zadowoli

liczy że może wreszcie odbiorą jej
przymus kreślenia umierających przyszłości