sobota, 18 grudnia 2021

Mój dziennik - wpis nr 2

18 grudnia 2021 r.

Sobota, nic takiego. Dłuższe spanie, trochę leniuchowania porannego w łóżku. Trochę czytania. Później porządki sobotnie, zakupy. Coraz krótszy dzień, czekam na przesilenie. 

Dziś jeszcze - książka, herbata z sokiem z czarnego bzu i o 21.00, jeżeli nie zagapię się, turniej scrabblowy. :)

Sobota, nic takiego - oddech po intensywnym tygodniu.

piątek, 17 grudnia 2021

Mój dziennik - wpis nr 1

 17 grudnia 2021 r.

No cóż, no cóż... Jak to mówi mądre przysłowie "Słowo się rzekło, kobyłka u płotu" (a propos's pochodzenia tego przysłowia - pamiętam, jak wyczytałam w Wikipedii, jaką ma genezę, o tu: KOBYŁKA U PŁOTU). Wymyśliłam na trzy najbliższe tygodnie dla mojej Va projekt. Pisanie dziennika. I żeby nie było im smutno, obiecałam, że również będę prowadzić zapiski. Regularne, w miarę możliwości nawet codziennie. A kiedy zajrzałam dziś do reteskowa, czyli tutaj, okazało się, że bardzo zaniedbałam mój blog. I moja obietnica dla uczniów sprawi, że wrócę do notatek.

Jak dzień wyglądał? Pracowicie, intensywnie. Rano, po siódmej, byłam w szkole, ponieważ od 7.30 mieli zgłaszać się rodzice uczniów po laptopy wypożyczane na czas zdalnej nauki. Po ósmej zastąpiła mnie jedna z koleżanek, ponieważ wędrowałam na lekcję. Porozmawialiśmy sobie z uczniami o pamiętniku i dzienniku, czym się różnią, w czym są podobne i opowiedziałam o projekcie, a po wszystkim pośpiewaliśmy kolędy, gdyż przyniosłam gitarę. Ha! Chyba byli zaskoczeni, że potrafię grać. A na przerwie pogadaliśmy sobie o różnych innych sprawach. Lubię rozmowy z nimi. :)

Później byłam na obserwacji lekcji, fajnej lekcji języka angielskiego. I dzieciaki mnie też zaskoczyły, bo zapytały, czy umiem grać (biegłam z lekcji w Va bezpośrednio na ten angielski z gitarą). No to sobie kolędkę trzasnęliśmy na przerwie i w IIIa. Super!

Wróciłam do sekretariatu, a tam obowiązki, laptopy, telefony... Życie. Pod koniec dnia wyskoczyłam pomóc przygotować naszą szkolną malutką wigilię. Każdy z uczestników coś przygotował i jak zwykle - okazało się, że stół się przysłowiowo "ugina". I na spotkaniu były dobre słowa, był śmiech, żarty, wspólne śpiewanie kolęd. Dobry czas.

A jeszcze później wpadłam na chwilę do domu, lekko się ogarnęłam i za godzinkę pojechałam do mamy. Tam zrobiłyśmy (ja i moja siostra cioteczna) spotkanie online między dziewięćdziesięciodwuletnią ciocią a moją osiemdziesięciotrzyletnią mamą. Ach, ta technika! A później pomoc mamie, jak co dzień wieczorem. I po 20.00 do domku. Dłuuuuugi dzionek.

A teraz piszę tę kilometrową notatkę, przeglądam FB, gawędzę to z tym, to z owym i słucham Chopina w wykonaniu Bruce Liu.

Ciekawe, czy któryś z uczniów przebije długość mojego zapisu. ;)

wtorek, 13 lipca 2021

środa, 12 maja 2021

Krótka piłka

Cykl filmów promujących polską poezję współczesną przygotowuje Izabela Fietkiewicz-Paszek, poetka i bibliotekarka. Zapraszam!



sobota, 3 kwietnia 2021

Już czas...

 ...żeby zostawić Wam parę słów. Trudny był ten rok, z różnych względów. I pandemicznych, i osobistych, prywatnych. Dziękuję za obecność, dobre słowo, żart, za wysłuchanie, kiedy bardzo bolało.

Myślę teraz o Was, o tych, którzy czytają ten tekst: niech się odradza to, co dobre, we wszystkich sferach. Niech Wam będzie dobrze, miejcie wiele powodów do radości, do zachwytów, do poczucia, że ma się swoje miejsce na ziemi i ma się kogoś bliskiego.

I radosnego świętowania Wam życzę, dobrego czasu, spokojnego... Wesołych Świąt!



sobota, 20 marca 2021

Czy wyobrażałeś sobie śmierć?

 – Czy wyobrażałeś sobie swoją śmierć? – dzień był słoneczny tak bardzo, jak tylko może być słoneczny lipcowy dzień nad jeziorem, gdy od upału ratuje tylko możliwość zanurzenia się w wodzie. Małgorzata zadała pytanie przyglądając się pod słońce swoim dłoniom. Wydawało się, że jeżeli światło zwiększy natężenie, zobaczy wnętrze ciała – żyły, ścięgna, delikatne kostki palców.

– Co takiego? – senny głos obok zabrzmiał leniwie. Marcin, wyciągnięty na pomoście, przysypiał po przepłynięciu jeziora, przyjemnie zmęczony.

– Pytam, czy wyobrażałeś sobie śmierć?

– Ale że jak wygląda? Że z kosą, w przezroczystej sukni na kościach?

– Swoją! Swoją śmierć! – dziewczyna usiadła nagle. – Czy ty mnie słuchasz?

– Przecież widzisz, że śpię – chłopak przeciągnął się i poprawił ręcznik pod głową. Czerwono-niebieska krata koca przesunęła się na pomoście. – Jezioro trochę dało mi w kość dzisiaj, dawno tyle nie pływałem.

– No to co z tą śmiercią? Wyobrażałeś sobie?

– Doświadczyłem.

– Jak to doświadczyłeś? – Małgosia wpatrywała się w leżącego mężczyznę, który spojrzał na dziewczynę osłaniając ręką oczy od słońca.

– To było trzy lata temu, nie znaliśmy się jeszcze, nad jezioro jeździłem z kumplami z klasy. I po maturze zaplanowaliśmy weekend świętowania. Wynajęliśmy domek, żadnych dziewczyn – mówiliśmy – męskie świętowanie. Czerwiec był gorący, wylegiwaliśmy się nad wodą, graliśmy w karty, piliśmy piwo. Nie pilnowaliśmy języka, niewybrednie komentowaliśmy plażowiczów, ot banda rozwydrzonych gówniarzy, którzy myślą, że nikt im nic nie może zrobić. Pływanie nocą wymyślił Błażej. Zawody – Marcin także usiadł. – Kto pierwszy opłynie wyspę. Nie, nie byliśmy pijani, ot – kilka butelek na łebka w ciągu całego wieczoru. Zachowywaliśmy się jak rozdokazywane psiaki, pobiegliśmy nad tę wodę i każdy starał się być pierwszy. Nie, nic się nikomu nie stało – chłopak zauważył przestrach w oczach dziewczyny – ale nigdy nie zapomnę tych zawodów. Zawsze pływałem nieźle, na basen zapisał mnie ojciec jeszcze w przedszkolu, co roku w wakacje jezioro, więc zawody nocą – rewelacja.

Przez chwilę oboje milczeli, Małgorzata spojrzała uważnie, jakby pytała, co dalej?

– Szybko wyprzedziłem pozostałych, opłynąłem wyspę, chłopcy zostali z tyłu. I wtedy poczułem to. Jak gdyby wpełzło coś we mnie, wniknęło z czarnej wody, wodorosty zaczęły muskać łydki, poczułem skurcz i spanikowałem. Miałem wrażenie, że coś wciąga mnie do wody, znalazłem się w czarnej misie jeziora – bezwolny, bezwładny. To było kilka, kilkanaście może sekund, ale widziałem siebie – jakby z zewnątrz, jakby ze środka – jak opadam na dno, jak wodorosty związują mi nogi, krępują ręce, jak leżę nieruchomy i powoli przerasta mnie trzcina. Nie wiedziałem, co robić, w głowie miałem pustkę, jakbym zapomniał o wszystkich radach instruktorów. Czerń i cisza. Opadanie… – Marcin wstał, zrobił parę kroków, odwrócił się w stronę jeziora. Małgosia przerażona patrzyła na odcinającą się od błękitu wody i nieba postać. Zerwała się nagle, podbiegła i przytuliła się do pleców chłopaka mocno obejmując go w pasie. Stali tak przez moment. Wreszcie Marcin odwrócił się i gładził zmierzwione włosy dziewczyny.

– No już, już, przecież to tylko opowieść. Nic się nie stało. Usłyszałem zaniepokojone wołanie Błażeja, kilka ruchów i już leżałem na plecach, sięgałem do łydki, naciągałem mięsień i zanim dogonili mnie kumple, wychodziłem na brzeg. Owszem, sponiewierany, owszem, przestraszony, ale cały i żywy. Nawet nie opowiedziałem o tym momencie szaleństwa chłopakom. Po co? Jeszcze wyśmieliby mnie. Ale od tamtej pory nigdy nie wchodzę do wody nocą. Tak wygląda moja śmierć – czarna, mokra i niema.

CDN