niedziela, 26 sierpnia 2012
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Zagościł u mnie...
Reiner Kunze
Zaproszenie na herbatę jaśminową
Proszę wejść, odłożyć
smutek, tu
można milczeć
Zaproszenie na herbatę jaśminową
Proszę wejść, odłożyć
smutek, tu
można milczeć
niedziela, 19 sierpnia 2012
Niedzielnie o niczym
No tak, no tak... Oddajesz przyjaciółce tunikę, na zdjęciach widzisz, że ładniej jej w ciuszku niż tobie i się zastanawiasz - cieszyć się czy zazdrościć i zgrzytać zębami... Przełykam drugie i wybieram pierwsze. Piękna dziś niedziela, wczoraj upieczona szarlotka wciąż pachnie w całym mieszkaniu, balkon zaprasza, więc wyciągam nogi na sąsiednim krześle, ciepło i wiatr wzmacniają aromat świeżo skoszonej trawy, kocham to miejsce, kocham cudowny leniwy czas. Trochę piszę, trochę czytam, trochę podggaduję z moimi babeczkami. Czuję, że już sierpień, zapach tego miesiąca ma swój ciężar przemijania, chyba właśnie sierpień w moim życiu szczególnie zaznacza się przemijaniem... Kończą się wakacje, zbliża się nowe, kolejny rok studiów, praca, moje czorty w szkole, grupy teatralne, pisanie, tyle książek do przeczytania. Jeszcze chwila, jeszcze parę godzin, dni i się zacznie. Ale dziś jeszcze kawa, szarlotka, dobry czas - piękna niedziela.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Niedziela na Podlasiu
W czwartek pojechałam do Poznania, żeby być na spotkaniu z Małgosią Południak i jej debiutancką książką "Czekając na Malinę"; owemu spotkaniu poświęcę oddzielny tekst, ponieważ jest jak najbardziej tego warte. Następnego dnia po owym spotkaniu zgarnęłam Dorotę i zabrałam ją do do tej mojej Azji (jak to czasem co bardziej zarozumiali Wielkopolanie nazywają Podlasie). W sobotę zdobywałyśmy Białystok (włóczęga, zakupy, obiadek...), a w niedzielę zaplanowałyśmy Tykocin i w drodze powrotnej Choroszcz. Z sercem na ramieniu sprawdziłam na trasę i stwierdziłam, że i tak będę jechać na czuja, więc: śniadanko, zbieranie się, samochodzik i fruuuuuuuuuuuuuu - pojechały. I właściwie bez większych perypetii dotarłyśmy do tego miasteczka, które chlubi się piękną historią. Informacji w necie o Tykocinie dostatek, na przykład TUTAJ, nie ma co przepisywać. Na zdjęcia można popatrzeć. A przede wszystkim - odwiedzić osobiście Podlasie.
Widok od strony kościoła p.w. Świętej Trójcy na plac z pomnikiem Stefana Czarnieckiego i niewysoką zabudowę.
Tykocińska synagoga, pełniła swoją rolę od 1642 (sic!) do 1941 r.
I zabudowania w okolicy synagogi.
Piękne, ciepłe wnętrze pełne słońca wpadającego przez duże okna - na środku - bima.
Wspomnienie rzeczywistości, której już nie ma.
Aron ha-kodesz - ołtarzowa szafa na zwoje Tory.
W budynku synagogi obecnie mieści się muzeum.
Dorota pod wielkim wrażeniem.
Chanukowe świeczniki.
I niespodzianka... Kubuś Puchatek tutaj?!!
Bywa i tak. :)
Dzieci...
Wejście dla kobiet i dzieci.
W którym domku chcielibyście mieszkać?
Na jednym końcu kościół, na drugim - synagoga.
A przed synagogą się pracuje...
Obok, w dawnym domu talmudycznym, galeria malarstwa Z. Bujnowskiego, ekspozycja poświęcona życiu i działalności Zygmunta Glogera oraz kolekcja wyposażenia dawnej apteki w małym miasteczku.
Z dawnego domu talmudycznego wędrujemy na obiad...
...do restauracji w jego piwnicach o wdzięcznej nazwie:
A po konsumpcji smakowitych dań kuchni żydowskiej jedziemy dalej.
Kościół parafialny pod wezwaniem Świętej Trójcy w Tykocinie oraz zespół klasztorny pomisjonarski został wzniesiony z fundacji hetmana Jana Klemensa Branickiego.
Elewacja frontowa w rodzaju fasady parawanowej.
I główny ołtarz - kościół przygotowany do ślubu.
Z Tykocina "wstąpił do piekieł, po drodze mu było" - zajeżdżamy do Choroszczy, gdzie trwa Jarmark Dominikański. Tłumy.
Jednakże po Kubusiu Puchatku w synagodze, wszędzie widzę balony...
Różnorodne...
Bardzo różnorodne...
W Tykocinie witał nas, a w Choroszczy żegna Puchatek. Lecimy do domku, na czuja znowu, trafiamy.
niedziela, 29 lipca 2012
Powrót
Przydałoby się zapisać parę słów kończących ten cykl zdjęć i opowieści o moim spotkaniu z Ameryką. Już w domu, po powrocie, powoli przestawiam się na czas europejski (6 godzin różnicy). Powrót przebiegał spokojnie, Adaś z Kubusiem odwieźli mnie na lotnisko (bardzo trudno było się rozstać z Beatką i Julcią, baaardzo). Kuba na lotnisku oszalał z podekscytowania - skakał i śpiewał: "Jestemy na airport! Jestemy na airport!". A przed oddaniem bagażów orzekł: Lecę z reteską! A tatuś? - zapytaliśmy. Też leci! A mamusia? Będzie płakać z Julcią... Retesko, polecimy, trochę się pobawimy i zaraz wrócimy...
Niestety - oddanie bagażu, potem przejście przez bramki - zdejmowanie butów i wędrowanie boso jest niehigieniczne i niesmaczne. Potem trzeba było się rozstać, więc uściski, obietnice, że będziemy rozmawiać na skype, że przylecę... I już przejście do hali odlotów, jeszcze czekanie, czekanie, a potem już samolot, start, pogaduchy z sąsiadkami, posiłek, drzemka... i połowa drogi za nami. Jeszcze trochę, kanapka, kawa, sok i kapitan informuje, że znaleźliśmy się nad terenem Polski. To dobrze - mówię do sąsiadek - przynajmniej jak się rozbijemy, to u siebie... Towarzystwo wybucha śmiechem. I zaraz okazuje się, że to już Warszawa, schodzimy do lądowania, odbieram w całości (o dzięki!) bagaż, pokazuję paszport (albo odwrotnie), idę, idę, idęęęęęęęęęęęę i wyjście na halę przylotów, i Warszawa, i powitanie, i do domuuuuuuuuuuu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































